W liście do przewodniczącego Rady Europejskiej Antonio Costy premier Węgier Viktor Orban zapowiedział, że nie podpisze się pod konkluzjami przyszło-tygodniowego szczytu Rady Europejskiej w sprawie unijnego wsparcia dla Ukrainy. „UE powinna rozpocząć bezpośrednie rozmowy z Rosją” – przekonywał.
W wysłanym w sobotę liście Orban oświadczył, że Węgry nie mogą zgodzić się na uzgodnione wstępnie przez unijnych ambasadorów przy UE konkluzje ze szczytu, mówiące o wsparciu UE dla Ukrainy. Przywódcy państw członkowskich mieli przyjąć te konkluzje na szczycie Rady Europejskiej w czwartek 6 marca w Brukseli. „Stało się oczywiste, że istnieją strategiczne różnice w naszym podejściu do Ukrainy” – napisał Orban.
Wyraził przekonanie, że UE wzorem USA powinna rozpocząć bezpośrednie rozmowy z Rosją w sprawie zawieszenia broni i trwałego pokoju w Ukrainie. „To podejście jest nie do pogodzenia z podejściem odzwierciedlonym w konkluzjach” – ocenił.
Zdaniem Orbana na czwartkowym szczycie Rada nie powinna przyjąć projektu konkluzji w sprawie Ukrainy. Zamiast tego zaproponował, by ograniczyć pisemne konkluzje ze szczytu do poparcia rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ przyjętej 24 lutego. Chodzi o przygotowaną przez USA rezolucję na temat wojny w Ukrainie, w której Rosja nie jest wymieniona jako agresor, nie potępia się rosyjskiej agresji, mowa jest o „wojnie rosyjsko-ukraińskiej” i wzywa się do trwałego jej zakończenia.
„Rezolucja sygnalizuje nowy etap w historii tego konfliktu i sprawia, że wszystkie poprzednie uzgodnienia Rady Europejskiej stają się nieistotne” – napisał w liście premier Węgier, dodając, że próby przyjęcia wcześniej zapisanych wniosków dotyczących Ukrainy pokazałyby tylko podział w UE.
——————
Z kolei premier Słowacji Robert Fico napisał na X, że w sprawie konkluzji ze szczytu jego kraj zaproponuje zapis o natychmiastowym zawieszeniu ognia w Ukrainie, niezależnie od tego, kiedy uda się zawrzeć porozumienie pokojowe. Zdaniem Ficy porozumienia pokojowego nie chce ani ukraiński prezydent Wołodymyr Zełenski, ani wiele krajów unijnych.
„Słowacja żąda też, by konkluzje zawierały wyraźny zapis o przywróceniu tranzytu (rosyjskiego – PAP) gazu przez Ukrainę do Słowacji i Europy Zachodniej” – napisał polityk. Jeśli przywódcy „nie uszanują faktu, że istnieją inne opinie niż te o kontynuowaniu wojny”, Radzie nie uda się porozumieć co do wspólnego stanowiska – zagroził.
W projekcie konkluzji, o którym mówią Orban i Fico, a które widziała PAP, podkreślono niezachwiane poparcie Ukrainy przez UE. W dokumencie zaznaczono, że wszelkie negocjacje pokojowe nie mogą toczyć się bez udziału Ukrainy i Europy, a do zawieszenia broni może dojść tylko w ramach kompleksowego porozumienia pokojowego, któremu towarzyszyć muszą solidne i wiarygodne gwarancje bezpieczeństwa dla Ukrainy. W projekcie zapisano też, że wszelka pomoc dla Ukrainy, w tym wojskowa, będzie udzielana „z pełnym poszanowaniem polityki bezpieczeństwa i obrony niektórych państw członkowskich” oraz przy uwzględnieniu interesu wszystkich państw UE. Rada podkreśliła też, że konieczne są większe wysiłki w zakresie dostarczania Kijowowi m.in. systemów obrony powietrznej, pocisków rakietowych oraz kontynuowania szkoleń ukraińskich żołnierzy. Zwróciła się też do szefowej unijnej dyplomacji Kai Kallas, by przeanalizowała możliwości wsparcia Ukrainy w ramach wspólnej polityki bezpieczeństwa i obrony (WPBiO) UE.
Projekt wniosków dotyczył też wzmocnienia unijnej obronności – podkreślono, że UE powinna przyspieszyć mobilizację niezbędnych instrumentów i finansowania, by wzmocnić swoje bezpieczeństwo, gotowość obronną i zmniejszyć strategiczne zależności od sojuszników. W dokumencie znalazł się też zapis o konieczności ochrony i obrony granic UE, a zwłaszcza wschodniej granicy Unii, najbardziej narażonej na zagrożenia ze strony Rosji i Białorusi. Przyczyni się to do bezpieczeństwa całej Europy – podkreślono.
Polityka bardzo często nie opiera się na wartościach
To prawda. Z tego właśnie powodu, bardzo często, dochodzi do wojen i budowania totalitarnych systemów.
Reakcja żyjących w informacyjnej bańce „silnych razem” „nienawidzących razem” i „głupszych razem” na ostatnie wydarzenia opiera się na przekonaniu, że zakończenie wojny na Ukrainie na amerykańskich i rosyjskich warunkach jest hańbą. Wojny, którą rozpoczęto i toczono również na tych samych warunkach – zasadach wyznaczonych przez USA i Rosję z zamiarem osiągnięcia celów będących poza percepcją „głupszych razem” i poza wpływem wykorzystywanych pionków.
A co „głupsi razem” sądzą w takim razie o pokoju w Polsce? Pytam o „pokój”, bo wojny toczonej przeciw Ojczyźnie nie widzą. Nie widzą m.in. z powodu braku umiejętności odróżniania dwóch rodzajów propagandy. Propagandy, która w ich umysłach zlała się w całość – propagandy antyPiS i propagandy antypolskiej. Atak na Polskę „głupsi razem” odbierają jako atak na PiS. Na tym polega spryt naszych wrogów aby budować fałszywe skojarzenia słów z desygnatem.
„Pokój” w Polsce również został ufundowany na obcych warunkach i na hańbie zdrady narodowej, a dziś jako utrwalona zasada definiuje stan trwającej okupacji. Okupacji umysłów i każdego obszaru życia społecznego w oparciu o obce prawo limitujące normalność i uszczuplające zasoby naszej wolności i własności.
O Polskę, wymienieni przeze mnie, się nie upominają, ale o obce interesy bezustannie. Dlaczego?
“Jestem Polakiem – pisał Dmowski – więc mam obowiązki polskie: są one tym większe i tym silniej się do nich poczuwam, im wyższy przedstawiam typ człowieka”
Obowiązki polskie
Nie zauważyłem aby „głupszych razem” interesowały kiedykolwiek warunki „pokoju” zawartego przy „Okrągłym stole”. Nie interesowały ich warunki przystąpienia do Unii, ani zmiana statusu Polski po Traktacie Lizbońskim. Nie interesują ich warunki i wynikające z nich konsekwencje „zabójczego ładu” nazywanego zielonym.
To nie tylko Ukraina może się czuć osamotniona po tym spotkaniu, ale też Europa. Sojusz z USA sypie się w pył. Dzień w którym Europa musi zacząć szykować się do wojny? – pisze pan Rafał Mundry.
Pan Mundry również nie widzi prawdziwej wojny toczonej przeciw Europie i Polsce? Nie widzi, dlatego wybiega myślami, razem z innymi, naprzeciw nowej wojnie.
Wypowiedział się też niezawodny Jacek Bartosiak, zwracając uwagę na amerykański blef. Blef i propaganda są stałym elementem gry. Pan Bartosiak Ameryki nie odkrył. On też nie mówi o toczonej od wielu lat wojnie przeciw Polsce i w Polsce. Za mało nośne? Tępa gawiedź nie zrozumiałaby tematu? Mniej grantów?
Nikczemność pionków
Nie darząc sympatią Sławomira Mentzena, prezesa „Nowej”- obawiam się, że fałszywej „Nadziei” – nie podoba mi się, że w przypadku gdy Ukraińcy grożą mu śmiercią, zamiast wziąć w obronę polskiego obywatela, tępa gawiedź zaczyna na niego pluć, przy równoczesnych peanach na cześć banderowców.
Ukraiński historyk Wachtang Kipiani grozi mi śmiercią, pisząc, że może mi załatwić powtórkę z historii Pierackiego, polskiego polityka, ministra spraw wewnętrznych, zamordowanego w 1934 r. przez ukraińskich nacjonalistów.
Profil ideowy pionków jest często bardzo podobny. Jeden z przykładów:
– W Konfederacji nie podoba mi się nakręcanie nienawiści do Ukrainy i Ukraińców – powiedział na antenie RMF FM Jaki. – W Parlamencie Europejskim widzę, jak zachowuje się Grzegorz Braun i ta ekipa – zaznaczył.
Zaskoczony ostatnio pytaniem na temat Chanuki, czy by ją palił, Patryk Jaki odpowiedział, że „zastanowiłbym się”. Nad czym? Czy mu się to opłaci?
Na koniec, raz jeszcze: “Jestem Polakiem – więc mam obowiązki polskie: są one tym większe i tym silniej się do nich poczuwam, im wyższy przedstawiam typ człowieka” .
Takiego widowiska nikt chyba się nie spodziewał. Ja na przykład myślałem, że prezydent Zełeński, któremu ukraiński Najwyższy Sowiet dopiero niedawno konwalidował status prezydencki, przyszedłszy po rozum do głowy, podpisze warunki bezwarunkowej kapitulacji Ukrainy przed Stanami Zjednoczonymi.
Prawdopodobnie tak samo myślał i prezydent Trump i wiceprezydent Vance – bo czyż w przeciwnym razie wpadliby na pomysł, żeby dyskutować z prezydentem Zełeńskim przed kamerami telewizyjnymi i w obecności tłumu dziennikarzy?
Tymczasem prezydent Zełeński najwyraźniej postanowił schronić się za murami kabaretowymi – o czym świadczył m.in. kostium “sługi narodu” z “tryzubem” na lewej piersi.
Chyba ani prezydent Trump, ani wiceprezydent Vance z początku nie zorientowali się w tym manewrze i dlatego podjęli dyskusję z operetkowymi, ale i mocarstwowymi deklaracjami prezydenta Zełeńskiego – że on własną piersią broni “wolnego świata” i przestrogami, że jak Ameryka nie będzie go słuchać, to doświadczy wojny na swoich granicach i nic jej nie pomoże nawet Ocean Atlantycki.
Myślę, że w tym momencie prezydent Trump już się zorientował, że został przez prezydenta Zełeńskiego wciągnięty w kabaretowy skecz – bo wiceprezydent Vance chyba skapował to kilka minut później. Toteż, wyłamując się z kabaretowej konwencji, expressis verbis dał do zrozumienia swemu ukraińskiemu rozmówcy, że bez Stanów Zjednoczonych nie ma on w rękach żadnych atutów i że albo zdecyduje się podpisać warunki bezwarunkowej kapitulacji Ukrainy przed USA, albo “się rozejdziemy” – co w domyśle oznaczało, że od tej pory będzie musiał bujać się z Putinem na własną rękę.
Ponieważ prezydent Zełeński miał przygotowany tylko scenariusz kabaretowy, nie było innego wyjścia, jak przerwać przedstawienie. Toteż widowisko przerwano, delegacja ukraińska została skierowana do osobnego pokoju, dokąd po chwili przyszła jakaś funkcjonariuszka, by zakomunikować, że prezydent Trump prosi delegację ukraińską o “jak najszybsze” opuszczenie Białego Domu.
No dobrze – ale dlaczego prezydent Zełeński postanowił odegrać z udziałem prezydenta Trumpa skecz pod tytułem “Sługa narodu”? Żeby odpowiedzieć na to pytanie, musimy uświadomić sobie, jakim naprawdę państwem jest Ukraina. Nie jest to normalne państwo, tylko oligarchia oligarchów.
W odróżnieniu od Rosji, gdzie Putin decyduje, kto może być oligarchą, na Ukrainie to oligarchowie decydują, kto może być prezydentem.
To są ci sami oligarchowie, którzy eksploatują wszystkie bogactwa Ukrainy, bez oglądania się na tamtejsze plebejskie mięso armatnie. A tu nagle amerykański prezydent chciałby położyć na tym wszystkim łapę.
Toteż prezydentu Zełeńskiemu na odjezdnym powiedziano: słuchaj no frędzlu, jak tylko podpiszesz tę umowę, to uriezamy tobie szyję. W tej sytuacji nie było innego wyjścia, jak schronić się za murami kabaretowego widowiska, dzięki czemu żadna umowa z Ameryką nie została podpisana.
No tak – ale prezydent Stanów Zjednoczonych, które rzeczywiście – stanowią jedyną ostoję i nadzieję Ukrainy, na oczach całego świata został przez żydowskiego komika w ukraińskim kostiumie ośmieszony. To ze strony prezydenta Zełeńskiego też wielkie ryzyko – a jednak na to ryzyko poszedł. Dlaczego? Najwyraźniej jemu też przez ostatnie lata musiało przewrócić się w głowie i doszedł do wniosku, że może bezkarnie wytarzać amerykańskiego prezydenta w smole i pierzu, bo ten “i tak” będzie musiał mu pomagać, bo jak nie, to Putin ruszy na Atlantyk – oczywiście po uprzednim zawojowaniu Europy – i okupuje Amerykę.
Taką właśnie propagandową tezę wykoncypowali pierwszorzędni fachowcy ze Sztabu Generalnego niezwyciężonej Ukraińskiej Powstańczej Armii – więc nic dziwnego, że i prezydent Zełeński w końcu w tę własną propagandę uwierzył. Tymczasem to błąd – bo w nasza propagandę, to powinni wierzyć inni – ale nie my, którzy ją wytwarzamy. A dlaczego? A dlatego, ze wiara we wszelką propagandę odbiera człowiekowi poczucie rzeczywistości.
I właśnie taką utratę poczucia rzeczywistości mogliśmy zaobserwować u prezydenta Zełeńskiego. Ja nie przywiązuję specjalnej wagi do tak zwanej “mowy ciała”, w której specjalizują się rozmaici filuci – ale rzeczywiście – kiedy prezydent Trump powiedział ukraińskiemu gościowi, że bez Stanów Zjednoczonych Ukraina “nie ma żadnym atutów”, to chyba dopiero wtedy dotarło do niego, że może zostać z – jak to mówią – fiutem w garści, z którego może oddawać gniewne strzały w stronę zimnego ruskiego czekistę Putina. Dopiero wtedy dotarło do niego, że o ile Stany Zjednoczone jakoś sobie poradzą i bez samostijnej Ukrainy, to samostijna Ukraina bez pomocy Stanów Zjednoczonych może sobie nie poradzić, zwłaszcza w aktualnej sytuacji, w jakiej z powodu głupoty swojego prezydenta właśnie się znalazła.
Na usprawiedliwienie prezydenta Zełeńskiego trzeba jednak dodać, że liczy on na “Europę”, której przywódcami najwyraźniej musiał – o czym pisał mój Honorable Correspondant – podzielić się forsą, którą i Ameryka i poszczególne kraje europejskie pożyczyły mu, albo zagwarantowały w związku z wojną. Oczywiście z wyjątkiem Polski – bo nasi Umiłowani Przywódcy 2 grudnia 2016 roku podpisali umowę, w której zobowiązali się do “nieodpłatnego” udostępniania Ukrainie zasobów całego państwa. Czyż nie dlatego prezydent Zełeński i ukraińscy dygnitarze traktują naszych Umiłowanych Przywódców z nieukrywaną pogardą – no bo na nic innego ci nie zasługują.
Jeśli chodzi o innych europejsów, przede wszystkim “starą łapówkarę”, Reichsfuhrerin Urszulę Wodęleje, czy francuskiego prezydenta Macrona, to jestem pewien, że ci teraz rzeczywiście panikują, że prezydent Zełeński powie, ile komu dał i w ten sposób trzyma ich za krocze.
Toteż jeden przez drugiego mu się nadstawiają z ofertami dozgonnej miłości – w czym uczestniczy nawet obywatel Tusk Donald, chociaż nie wydaje mi się, żeby i jemu coś od prezydenta Zełeńskiego kapnęło, chociaż – w odróżnieniu od pana prezydenta Andrzeja Dudy, który prezydenta Zełeńskiego kocha bezinteresowną, ślepą miłością – w roku 2019, kiedy jeszcze przewodniczył Europejskiemu Najwyższemu Sowietowi, a Zełeński już był prezydentem, to mógł i on coś dostać i dlatego tak się dzisiaj nadstawia.
Wyjątkiem może być Wielka Brytania. Pamiętamy, jak w roku 2022 Turcja oferowała Ukrainie swoje usługi w zakresie pośrednictwa z Putinem – ale ówczesny brytyjski premier Borys Johnson prezydentowi Zełeńskiemu to “odradził”. Co mu tam naobiecywał, razem z amerykańskim prezydentem Józiem Bidenem – tego możemy się tylko domyślać również dlatego, że teraz Wielka Brytania podpisała z Ukrainą pakt aż na całe 100 lat!
Skoro jest już po “brexicie”, to co to szkodzi wciągnąć resztę europejsów w stuletnią wojnę na Ukrainie? Bella gerant alii, tu felix Austria nube (niech inni toczą wojny, ty szczęśliwa Austrio zawieraj małżeństwa) mawiało się w koszmarnych czasach – ale każda słuszna myśl, raz rzucona w przestrzeń, prędzej czy później znajdzie swego amatora.
A ponieważ wszyscy namawiają nas do “myślenia pozytywnego”, to niewątpliwie pozytywnym skutkiem awantury w Białym Domu jest to, że cały świat przekonał się, jacy są Ukraińcy. [Raczej – rządzące tym biednym ludem – mafie. md]
Europa potrzebuje gwarancji bezpieczeństwa ze strony USA, aby powstrzymać przywódcę Rosji Władimira Putina przed ponowną inwazję na Ukrainę, gdyby doszło do tego po uzgodnieniu wcześniej porozumienia pokojowego – powiedział w niedzielę w rozmowie z BBC brytyjski premier Keir Starmer.
Keir Starmer / PAP/EPA/WILL OLIVER
Szef brytyjskiego rządu przyznał, że nie ufa Putinowi, który, jego zdaniem, może „powrócić, jeśli tylko dostanie szansę”.
Przypomniał, że podobne działania ze strony rosyjskiego przywódcy miały już miejsce w przeszłości. Polityk podkreślił, jak istotne jest dla niego, aby porozumienie miało charakter trwały, a nie było jedynie tymczasową przerwą. Zaznaczył również, że stąd wynika potrzeba zapewnienia gwarancji bezpieczeństwa ze strony USA.
Starmer: Europa potrzebuje gwarancji bezpieczeństwa od USA
Starmer wyznał, że ufa zarówno prezydentowi Ukrainy Wołodymyrowi Zełenskiemu i prezydentowi USA Donaldowi Trumpowi. [Hi,hi… A to idiota... md]. Dodał, że ukraiński polityk dzielnie służy swojemu krajowi od rozpoczęcia pełnoskalowej inwazji Rosji w lutym 2022 r. [Hi,hi… A to idiota... md]. W opinii premiera Wielkiej Brytanii czas ten jest dla Europy „prawdziwym momentem kruchości”.
Rozmówca BBC stwierdził, że Trump dąży do trwałego pokoju na Ukrainie, pomimo swojej retoryki i postawy wobec Zełenskiego.
„Wszyscy się z tym zgadzają, oprócz Putina” – powiedział Starmer.
Polityk wymienił trzy rzeczy, które jego zdaniem są niezbędne do osiągnięcia trwałego pokoju: amerykańskie zabezpieczenie, europejskie gwarancje bezpieczeństwa oraz silna i uzbrojona Ukraina [Hi,hi… A to idiota... md]. Dodał, że kwestia gwarancji bezpieczeństwa ze strony Amerykanów jest przedmiotem „intensywnych” dyskusji
[Resztę tych bezczelnych bredni jakiś ciekawski może se znaleźć w Tysolu, ja szanuję czytelnika. md]
========================
mail: Oto wyjaśnienia:
Viki:
W 2007 roku ożenił się z prawniczką Victorią]. Przodkowie Victorii są żydowskiego pochodzenia i mają polskie korzenie. [Podobne „polskie korzenie” miał Begin, Humer i setki tysięcy im podobnych. md]. Mają dwoje dzieci, córkę i syna.
Jest pescetarianinem[RYBKI SOBIE POZWALA.. ] , a jego żona wegetarianką. W jednym z wywiadów przyznał, że dał swoim dzieciom możliwość jedzenia mięsa dopiero kiedy skończyły 10 lat.
Stanisław Michalkiewicz, „Goniec” (Toronto) • 2 marca 2025 michalkiewicz
Zdarza się często, że gdy kują konie, to nogę kowalom podstawia też żaba, dla której ten eksperyment rozmaicie się kończy.
Tak właśnie było, gdy na konferencję monachijską pogalopował pan Rafał Trzaskowski, chociaż chyba nikt go tam nie zapraszał. Toteż podobno tylko wszyscy z otwartymi paszczami słuchali, co też pan Rafał im obwieści – i pewnie dlatego konferencja monachijska nie doprowadziła do żadnej konkluzji, podobnie, jak obydwa paryskie szczytowania, na których z kolei brylował obywatel Tusk Donald. Jego też wszyscy słuchali z zapartym tchem, ale – powiedzmy sobie szczerze – obywatel Tusk Donald też prochu nie wymyśli, więc pewnie dlatego i obydwa szczytowania paryskie nikomu nie przyniosły spodziewanej satysfakcji. W tej sytuacji do Ameryki wybrał się pan prezydent Andrzej Duda – żeby spotkać się ze swoim wielkim przyjacielem, prezydentem Donaldem Trumpem.
Zaprzyjaźniona, bardzo inteligentna Pani, napisała mi, że podróż pana prezydenta Andrzeja Dudy do Waszyngtonu przypomina jej wyprawę króla Stanisława Augusta do Kaniowa, na spotkanie z imperatorową Katarzyną II. A tak się właśnie złożyło, że pan prezydent Duda poleciał do Waszyngtonu prawie dokładnie z rocznicę wyjazdu króla Stanisława Augusta do Kaniowa. 23 lutego 1787 roku wyjechało z Warszawy kilkaset sań – cała ówczesna Warszawa. Ponieważ pacta conventa nie pozwalały królowi opuszczać terytorium Rzeczypospolitej bez jednomyślnej zgody Sejmu, spotkanie z Katarzyną, odbyło się w Kaniowie na galerze zakotwiczonej na Dnieprze – bo po drugiej stronie rzeki była już wtedy Rosja.
Stanisław August przybył do Kaniowa w przeddzień swoich imienin, czyli 7 maja. Jego łódź przybiła do galery, na której oczekiwała go Katarzyna w towarzystwie księżnej de Ligne, której Katarzyna zwierzyła się z zaniepokojenia, że nie uda się jej ukryć pewnego zaambarasowania, po tylu latach niewidzenia w dawnym kochankiem – ale księżna de Ligne pocieszyła ją, że u króla z pewnością zobaczy zaambarasowanie jeszcze większe. Stanisław August chciał rozmawiać o ewentualnym sojuszu polsko-rosyjskim w obliczu wojny z Turcją, ale Katarzyna, zalotnie wyjaśniła mu, że „to nie jest rozmowa, którą można by prowadzić na galerze”. Toteż książę de Ligne skomentował podróż Stanisława Augusta do Kaniowa na spotkanie z Katarzyną nie bez złośliwości – że czekał trzy miesiące, wydał trzy miliony złotych, żeby widzieć Katarzynę przez trzy godziny.
W przypadku pana prezydenta Dudy aż tak źle nie było, bo nie podróżował do Waszyngtonu 3 miesiące, ani – miejmy nadzieję – nie wydał 3 milionów złotych, a z prezydentem Trumpem rozmawiał nie trzy godziny, tylko 7, czy może nawet 10 minut, chociaż wcześniej, podczas kongresu konserwatystów, prezydent Trump nie tylko dostrzegł go w tłumie, ale nawet prawie nazwał swoją duszeńką.
Jeśli chodzi o sprawy państwowe, to pan prezydent Duda podobno uzyskał obietnicę „zacieśnienia” wojskowej obecności amerykańskiej w Polsce.” To nie tylko trochę więcej, niż Stanisław August uzyskał w Kaniowie od Katarzyny, bo on uzyskał tylko tyle, że Katarzyna wzięła z rąk pazia królewski kapelusz i podała królowi, który melancholijnie zauważył, że „inny kapelusz dała mi Wasza Cesarska Mość przed laty”. Wprawdzie nie wiadomo, co konkretnie znaczy to „zacieśnianie”, ale w obliczu rysującej się możliwości wycofania USA z Europy, to już jest jakaś namiastka konkretu. Jak powiadają – dobra psu i mucha.
Nie wiemy natomiast, czy podczas rozmowy „w cztery oczy” – bo podobno i taka była – pan prezydent Duda próbował zainteresować prezydenta Trumpa przesileniem rządowym w Polsce, czy tylko wygłaszał jakieś irytujące akty strzeliste na temat Ukrainy, którymi uraczył nas po powrocie z Ameryki – że mianowicie Polska „nigdy” Ukrainy nie opuści – i tak dalej. Jak wiadomo, słowa „nigdy” nie można nikomu zabronić wymawiać – a w każdym razie tak poinformował premiera rządu Rzeczypospolitej na uchodźstwie, Stanisława Mikołajczyka, brytyjski premier Winston Churchill, gdy ten mu oświadczył, ze Polska „nigdy” nie zgodzi się na oddanie Wilna i Lwowa.
Teraz to słowo nieustannie wymawia prezydent Zełeński, więc widocznie pan prezydent Duda na niego musiał się zapatrzeć. Tymczasem sprawa przesilenia rządowego w naszym bantustanie nabiera palącej aktualności, jeśli zapowiedziany szczyt Trójmorza w Warszawie z udziałem prezydenta Trumpa ma w ogóle do czegoś doprowadzić. Vaginet obywatela Tuska Donalda doprowadził do lodowatych stosunków z Węgrami i Słowacją oraz do ochłodzenia stosunków z Czechami, więc bez przesilenia rządowego w Polsce o żadnym Trójmorzu mowy być nie może.
Czyżby ślepa miłość i bezgraniczne oddanie Ukrainie przesłaniały prezydentowi Dudzie poczucie rzeczywistości w sprawach polskich? Jakże inaczej można rozumieć buńczuczne deklaracje, że wojna na Ukrainie „musi” zakończyć się „sprawiedliwym i trwałym pokojem”. Buńczuczne – bo przecież to, jak się wojna na Ukrainie zakończy, nie będzie zależało ani od Polski, ani od prezydenta Dudy, który zresztą w maju prezydentem już być przestanie. Tymczasem prezydent Zełeński powiada, że wśród 5 kroków w kierunku pokoju powinno się znaleźć przyjęcie Ukrainy do NATO, „gwarancje bezpieczeństwa” dla niej i – co wprawdzie wyraził innymi słowami – wzięcie tego państwa już na stałe utrzymanie.
Tymczasem w Niemczech odbyły się wybory parlamentarne, w których najlepszy wynik – ale nie olśniewający – uzyskała CDU/CSU (28,5 proc. – 208 miejsc), drugi z kolei – AfD (20,8 proc. – 152 miejsca), SPD – (16,4 proc. – 120 miejsc), Zieloni (11,6 proc. – 85 miejsc), Lewica (8,7 proc. – 64 miejsca) – na 630 miejsc w Bundestsagu. Wynika z tego, że jeśli kanclerzem ma zostać Fryderyk Merz, a będzie się obawiał, że z AfD się strefi, to musi sklecić koalicję przynajmniej z SPD – a jeśli chce, żeby było bezpieczniej – to i z Zielonymi. To by dało rządowi większość, ale podejmowanie decyzji, zwłaszcza takich niepopularnych, byłoby trudne – co z polskiego punktu widzenia nie jest taką złą wiadomością.
Słowem – w Niemczech będzie realizowany model demokracji kierowanej, w którym – jak wiadomo – suwerenowie nie powinni głosować tak, jak chcą, tylko – tak jak powinni. A powinni tak, jak im nakazuje jakiś samozwańczy, anonimowy sanhedryn. Nie taki zresztą do końca anonimowy, bo swoje „zaniepokojenie” dobrym wynikiem wyborczym AfD wyraziła tamtejsza Centralna Rada Żydów.
Jak tak dalej pójdzie, to trzeba będzie coś z tym zrobić. Właśnie w którejś z amerykańskich gazet ukazała się publikacja, że obóz w Oświęcimiu powinien zostać oddany w arendę, a może nawet na własność, bezcennemu Izraelowi. Jaka szkoda, że nie żyje już Salomon Morel, który po II wojnie światowej była komendantem obozu koncentracyjnego w Świętochłowicach – ale myślę, że znajdą się w Izraelu liczne szeregi jego następców, którzy zarówno niemieckim, jak i wszelkim innym ekstremistom, nienawistnikom i antysemitnikom zrobią ostateczne rozwiązanie.
Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).
Jak donosi niemiecki Bild, w Kijowie i europejskich stolicach rośnie niepokój. Pojawiają się spekulacje, że Donald Trump może dążyć do odsunięcia Wołodymyra Zełenskiego od władzy.
Zełenski i Trump w Białym Domu / PAP
—————-
Bild: „Czy Trump chce obalić Zełenskiego?”
Według Bilda temat ten jest poruszany wśród unijnych przywódców, choć oficjalnie wypowiadają się oni na ten temat ostrożnie. Jeden z dyplomatów UE miał powiedzieć gazecie: „Musimy założyć, że Trump chce obalić Zełenskiego”.
Spekulacje te nasilają się po burzliwym spotkaniu w Białym Domu, gdzie – jak podaje Bild – republikański kongresmen Lindsey Graham, wcześniej zwolennik Ukrainy, stwierdził:
„To, co zobaczyłem w Gabinecie Owalnym, było niegrzeczne i nie wiem, czy kiedykolwiek będziemy mogli robić interesy z Zełenskim”. Dodał również, że jeśli prezydent Ukrainy nie zmieni swojej polityki, jego kraj powinien „zatrudnić kogoś innego”.
Zełenski jednoznacznie wykluczył rezygnację, a jak zauważa Bild, paradoksalnie ten konflikt może mu pomóc. Po tym, jak Trump nazwał go „dyktatorem”, jego popularność na Ukrainie wzrosła[??? md] . Możliwe, że teraz stanie się podobnie, gdy Zełenski prezentuje się jako lider gotowy przeciwstawić się najpotężniejszemu człowiekowi na świecie.
Co z pomocą dla Ukrainy?
Mimo wsparcia Unii Europejskiej Ukraina wciąż w dużej mierze zależy od pomocy militarnej USA. Dziennik podkreśla, że jeśli Waszyngton wstrzyma dostawy broni, Zełenski znajdzie się w dramatycznej sytuacji. Europejscy przywódcy od tygodni próbują ustalić możliwy plan pokojowy i warunki ewentualnych ustępstw terytorialnych. Nie otrzymali jednak jednoznacznej odpowiedzi z Kijowa.
Zełenski miał zasugerować, że teoretycznie dopuszcza oddanie części terytoriów, ale domaga się gwarancji bezpieczeństwa, a także dalszych rozmów o przystąpieniu Ukrainy do NATO i możliwości rozmieszczenia międzynarodowych sił pokojowych.
Bild zwraca uwagę, że sytuacja na froncie również wpływa na pozycję Ukrainy w negocjacjach. Siły ukraińskie nadal utrzymują pozycje, ale są osłabione, a na niektórych odcinkach, jak w rosyjskim Kursku, znajdują się pod presją. Jeśli USA ograniczą wsparcie, pozycja Kijowa w rozmowach może się znacząco pogorszyć. Obecnie strategia Zełenskiego, jak wskazuje gazeta, polega na utrzymaniu jedności z przywódcami UE i szukaniu nowych dróg do negocjacji z Trumpem. Kluczowe pozostaje pytanie – czy prezydent USA jest gotów do rozmów, czy rzeczywiście dąży do odsunięcia Zełenskiego?
Na boku czerwonej piły łańcuchowej, podarowanej Muskowi wcześniej przez Milei, został wygrawerowany napis po hiszpańsku: „Viva la libertad, carajo”, co w luźnym tłumaczeniu oznacza „Niech żyje wolność, do cholery!”.
========================
Komisja pod przewodnictwem Elona Muska dokonuje cięć w federalnej administracji USA.
Przyszła też kolej na „klimatystów” i Narodową Agencję ds. Oceanów i Atmosfery (NOAA). Jak poinformował w oświadczeniu wydanym 28 lutego demokrata Jared Huffman z Kalifornii, „setki naukowców i ekspertów NOAA właśnie otrzymało wiadomość, której obawia się każdy pracownik federalny…”.
Narodowa Agencja ds. Oceanów i Atmosfery (NOAA) jest odpowiedzialna nie tylko za prognozowanie pogody, ale też za „analizę klimatu i ochronę oceanów”. Najwyraźniej nowe władze nie widzą jej zbytniej przydatności.
Agencja była oskarżana o propagowanie ideologii klimatyzmu, a wygodną przystań znaleźli w nim rozmaici prorocy końca świata i zmian klimatu. Redukcje zatrudnienia w NOAA to jednak część szerszej polityki odchudzania federalnej administracji, czym zajmuje się kierowana przez Elona Muska Komisja ds. Efektywności Rządowej.
———–
Aj-waj !! Aj-waj !!
„Fałszywa misja Muska tłumi ważne programy. Ludzie w całym kraju polegają na NOAA, jeśli chodzi o darmowe, dokładne prognozy, ostrzeżenia o złej pogodzie i informacje o sytuacjach awaryjnych” – alarmuje Demokrata Huffman i straszy, że te „czystki” zagrażają bezpieczeństwu, a nawet „życiu ludzkiemu”.
Rzecznik NOAA Theo Stein powiedział, że agencja nie komentuje wewnętrznych spraw kadrowych. „Zgodnie z naszą misją zapewnienia bezpieczeństwa publicznego nadal udostępniamy informacje o pogodzie, prognozy i alerty” – dodał.
W 900-stronicowym raporcie opracowanym przez think tank Heritage Foundation, NOAA została opisana jako „główny czynnik napędzający przemysł alarmizmu klimatycznego”. Wezwano w nim do całkowitej likwidacji tej agencji w ramach „Projektu 2025” i postulowano prywatyzację Narodowej Służby Meteorologicznej.
Amerykańska Służba Celna i Ochrony Granic (CBP) odnotowała w lutym tylko 8450 zatrzymań osób nielegalnie przekraczających granicę USA z Meksykiem. „Inwazja na nasz kraj się skończyła” — ocenił w sobotę prezydent USA Donald Trump w poście na Truth Social.
Amerykański przywódca nazwał liczbę nielegalnych przekroczeń na południowej granicy w zeszłym miesiącu najniższą w historii. Było ich 8326.
„Granica jest zamknięta dla wszystkich nielegalnych imigrantów. Każdy, kto spróbuje nielegalnie wjechać do USA, będzie musiał się liczyć z surowymi karami i natychmiastową deportacją. Wszyscy zatrzymani zostali wydaleni ze Stanów Zjednoczonych lub w razie potrzeby oskarżeni o przestępstwa przeciwko Stanom Zjednoczonym Ameryki” — cytuje Trumpa agencja UPI.
Średnia liczba dziennych przekroczeń granicy wyniosła w kadencji prezydenta Joe Bidena 5333 w 2021 roku, 6423 w 2022 roku, 5590 w 2023 roku i 2872 w 2024 roku. We wrześniu 2023 roku, w ciągu tylko jednego dnia, dokonano ponad 8000 zatrzymań.
Trump uczynił zamknięcie północnych i południowych granic USA oraz znaczne ograniczenie nielegalnych przekroczeń centralną częścią kampanii prezydenckiej. Zmobilizował agencje federalne, aby wzmocnić egzekwowanie przepisów granicznych oraz liczbę aresztowań i zatrzymań nielegalnych imigrantów. Do ich deportacji używa samolotów wojskowych.
Departament obrony zapowiedział w sobotę rozmieszczenie w nadchodzących tygodniach pancernej brygady bojowej Stryker oraz batalionu lotnictwa ogólnego wsparcia w celu wzmocnienia i rozszerzenia bieżących operacji bezpieczeństwa granic. Siły te składają się z 2400 żołnierzy z Fort Carson w Kolorado i około 500 członków służby Fort Stewart w Georgii – poinformowała CNN.
W lutym znacznie nasiliło się również egzekwowanie przepisów imigracyjnych. Sekretarz Departamentu Bezpieczeństwa Wewnętrznego (DHS) Kristi Noem powiadomiła w środę o aresztowaniu ponad 20 000 migrantów, którzy nielegalnie przebywali w minionym miesiącu w Ameryce.
„Setki tysięcy przestępców zostało wpuszczonych do tego kraju nielegalnie. Wysyłamy ich do domu i nigdy nie będą mogli wrócić” – podkreśliła Noem.
Jak oszacowała, administracja Bidena aresztowała łącznie 33 000 nielegalnych imigrantów w 2024 roku. Liczba aresztowań w lutym była, jej zdaniem, o 627 proc. wyższa niż średnia miesięczna w trakcie prezydentury Demokraty.
Rafał Trzaskowski jest zdecydowanym zwolennikiem „prawa” do mordowania dzieci nienarodzonych. Kandydat na prezydenta zapowiedział, że będzie naciskał na rządzących, aby rozszerzyli prawo do dzieciobójstwa. Jeśli zasiądzie na prezydenckim fotelu, dla ochrony życia nad Wisłą nadejść mogą trudne czasy.
Zapowiedź „wywierania presji” na gabinecie Donalda Tuska padła z ust polityka KO w czasie rozmowy na antenie Telewizji Publicznej. – Nie odpuszczę kwestii dotyczącej liberalizacji prawa aborcyjnego – deklarował lewicowy kandydat na prezydenta.
Jak dodawał Trzaskowski, zamierza naciskać na władze, by „wywiązały się ze swoich obietnic”. Jego zdaniem obóz rządzący porzucił starania o rozszerzenie prawa do dzieciobójstwa. Kandydat na prezydenta ma nadzieję, że jego ewentualne zwycięstwo wyborcze oznaczałoby powrót aborcyjnych propozycji.
– Bardzo wiele z moich koleżanek i kolegów z innych partii, które współtworzą koalicję rządową, mówią, po co ja mam się narażać, zmieniać zdanie, skoro i tak prezydent Duda to zawetuje. Jeżeli nie będzie tego alibi, ja jestem przekonany, że łatwiej będzie wywrzeć presję na moich koleżankach i kolegach, żeby niektóre tych ważnych dla nas ustaw, przeszły przez Sejm z większością – tłumaczył.
Czy duchowni mogą czuć się bezpiecznie w Polsce? Dość wspomnieć, że tylko na przełomie lat 2024-2025 doszło w naszym kraju do zamordowania dwóch księży i zniszczenia wielu świętych symboli katolickiej wiary. Również na świecie rośnie prześladowanie chrześcijan, szczególnie konwertytów z islamu, żyjących w krajach rządzonych przez radykalnych islamistów.
W Europie odnotowuje się coraz więcej profanacji i ataków na osoby duchowne. Niestety, Polska nie jest wolna od tej plagi. Szczególny wzrost agresji wobec wiary katolickiej miał miejsce pod koniec zeszłego oraz na początku obecnego roku.
W listopadzie 27-letni mężczyzna wtargnął na plebanię parafii pod wezwaniem św. Brata Alberta w Szczytnie i zabił 72-letniego kapłana, który zmarł wkrótce po przewiezieniu go do szpitala. Trzeba tu zwrócić uwagę na fakt, iż ksiądz Lech Lachowicz tuż przed tym jak wszedł na plebanię, gdzie czekała go śmierć, odprawił swoją ostatnią Mszę świętą. Bóg przygotował go do odejścia z tego świata.
Młody zabójca nie trafił do więzienia, ale do szpitala psychiatrycznego, gdyż biegli uznali, że podczas popełnienia zbrodni był niepoczytalny. Znając fakty dotyczące tej okrutnej zbrodni, można mieć co do tego wątpliwości. Szymon K. dobrze przygotował się do napadu na proboszcza swojej parafii. Miał przy sobie toporek, którym z niesłychaną zawziętością zadawał kapłanowi liczne rany. Mordował w rękawiczkach, tak aby nie zostawić odcisków palców. Znaleziono również przy nim niewielki kanister z benzyną, którą miał wykorzystać do podpalenia plebanii. Wszystko więc z góry, na zimno zaplanował… Niepoczytalność?
Gdy czytałem opis wyglądu zabójcy kapłana w Szczytnie, przypomniały mi się sceny z filmów obrazujących ludzi opętanych przez złego ducha. Tak jak ów sprawca w chwili zabójstwa, byli oni bardzo zaniedbani. Mieli skudlone, długie włosy i brody, które dawno nie widziały nożyczek. A przede wszystkim, tak jak w tym wypadku, świętość wzbudzała w nich wściekłość.
Nie dalej jak 13 lutego 2025 roku w Kłobucku doszło do kolejnego zabójstwa kapłana katolickiego – księdza Grzegorza Dymka. Duchownego brutalnie zadusił 52-letni były policjant, dyscyplinarnie wyrzucony z pracy już w roku 2001 za to, że kilkukrotnie pełnił służbę pod wpływem znacznej ilości promili.
Według dotychczasowych ustaleń śledczych, napastnik napadł na kapłana przed plebanijnym garażem. Najpierw go ogłuszył i związał, a potem zawlókł do piwnicy i udusił. Czy nie przypomina to zabójstwa błogosławionego księdza Jerzego Popiełuszki, przed śmiercią związanego i bestialsko maltretowanego? Również morderca z Kłobucka musiał dokładnie zaplanować swoją zbrodnię, gdyż już tydzień przed jej popełnieniem ukradł samochód, którym planował zbiec za granicę. Na szczęście jego plan ucieczki się nie powiódł. Zbrodniarz został ujęty i osadzony w areszcie, gdzie czeka na wyniki śledztwa.
Obaj zamordowani księża byli długoletnimi proboszczami na swoich parafiach. Cieszyli się wielkim szacunkiem swoich parafian. Byli też gorącymi czcicielami Matki Bożej. To ważne, gdyż można zauważyć, że wyżej wspomniane zabójstwa i profanacje dokonane w ostatnim czasie, uderzają tak w Chrystusa jak i w Jego Matkę – Maryję.
Otóż tak, w naszym kraju, doszło też do czarnej serii profanacji. Dwie ostatnie, dokonane w lutym, wymierzone zostały właśnie w Matkę Najświętszą. Najpierw dziwny osobnik zniszczył figurę Matki Bożej Fatimskiej w Nowych Kupiskach, a 14 lutego w Starym Fordonie grupa młodzieży rozbiła podobną, ceramiczną figurę Maryi, kopiąc ją butami.
Z opublikowanego właśnie przez organizację Open Doors Światowego Indeksu Prześladowań jasno wynika, że ataki na wyznawców Chrystusa na całym świecie rosną. Obecnie ponad 380 milionów chrześcijan w 78 krajach doświadcza intensywnych prześladowań i dyskryminacji z powodu swojej wiary.
Sprawcami największych represji są islamscy ekstremiści oraz rządzące w kilku krajach reżimy komunistyczne. Pierwsze miejsce na Światowym Indeksie Prześladowań zajmuje Korea Północna. Chrześcijanin jest tam uważany przez władze za wroga publicznego numer jeden. Już tylko za posiadanie Pisma Świętego grozi śmierć. Drugie miejsce na tej liście hańby zajmuje Somalia, kraj gdzie dominują radykalni muzułmanie, nie tolerujący Kościoła ani schizmatyckich czy heretyckich wspólnot odwołujących się do chrześcijaństwa. Na porządku dziennym jest tam szpiegowanie potencjalnych wiernych. Za konwersję na chrześcijaństwo feruje się często wyroki śmierci.
Podobna sytuacja jest w Jemenie, gdzie większość odwołujących się do Chrystusa to konwertyci z islamu. Za publiczne wyznawanie prześladowanej wiary czekają represje i surowe kary. Zaraz za Jemenem jest Libia, gdzie obecnie żyje zaledwie około 4 procent chrześcijan, choć przed muzułmańską inwazją na ten kraj w VII wieku Kościół tam dominował. Wielu nawróconych zmuszonych jest ukrywać fakt swojej duchowej przemiany nawet przed najbliższymi. Za wiarę w Chrystusa jako Boga i Zbawiciela muzułmańscy członkowie rodziny mogą nawet wypędzić z domu i zerwać wszelkie relacje.
Na piątym miejscu jest Sudan, gdzie toczy się wojna domowa. Chaos, która ona niesie ze sobą, bojówki islamskich ekstremistów wykorzystują w celu mordowania chrześcijan. Sytuacja naszych braci i sióstr w wierze jest w tym kraju tragiczna. Ich kościoły są rekwirowane. Na chrześcijan modlących się wspólnie podczas Mszy świętej i nabożeństw organizowane są krwawe zamachy. Podobnie jest w krajach, które Open Doors umieścił na kolejnych pozycjach swojego indeksu grozy – Sudanie, Erytrei, Nigerii, Pakistanie, Iranie i Afganistanie. Wszędzie tam rządzą muzułmańscy ekstremiści.
Ta rosnąca fala przemocy wobec chrześcijan w krajach muzułmańskich jest proporcjonalna do szybko rosnącej tam liczby wyznawców Chrystusa. Sytuacja w państwach, gdzie prześladowania chrześcijan są największe, przypomina krwawe represje pierwszych wieków w Cesarstwie Rzymskim. Największym podobieństwem jest niezmienna prawda, iż tam gdzie ucisk jest największy, Kościół rozwija się z niebywałą szybkością.
Pamiętajmy, że prześladowanym braciom możemy pomóc – przede wszystkim modlitwą i postem. A także pomocą materialną poprzez wpłaty środków na konta i przekazywanie odzieży, żywności do magazynów zaufanych i sprawdzonych organizacji pomocowych, najlepiej katolickich.
Prawo powinno kształtować takie obyczaje i styl życia, które będą służyć zakładaniu trwałych małżeństw, a nie ułatwiać rozpad rodzin i pomagać w zacieraniu śladów po poprzednich związkach.
W okresie międzywojennym instytucję małżeństwa regulowały na obszarze Polski ustawy państw zaborczych. Komisja kodyfikacyjna przygotowała dwa projekty prawa małżeńskiego osobowego, ale wobec sprzeciwu Kościoła katolickiego i środowisk katolickich nie poddano ich pod obrady Sejmu, głównie z powodu próby wprowadzenia prawa do rozwodu. Dla obywateli II RP, poza ziemiami byłego zaboru niemieckiego, sposobem na formalne rozstanie była konwersja.
Józef Piłsudski zmienił wyznanie na ewangelicko-augsburskie, aby poślubić rozwódkę Marię Juszkiewiczową. Generał Bolesław Wieniawa-Długoszowski najpierw ożenił się ze Stefanią Calvas, a po rozwodzie z nią – z Bronisławą Berenson, która rozwiodła się ze swym mężem Leonem Berensonem. Oboje w tym celu zmienili wyznanie na ewangelicko-reformowane. Józef Beck także przeszedł na kalwinizm, aby móc zawrzeć ponowne małżeństwo – z rozwódką Jadwigą Salkowską…
Około ośmiu dekad później, w roku 2005, w katolickiej Hiszpanii za rządów premiera Zapatero wprowadzono tak zwane ekspresowe rozwody. W przypadku braku dzieci umożliwiono przeprowadzenie procedury rozwodowej przed urzędnikiem sądowym lub notariuszem i to z powodu samego braku woli kontynuacji związku. Dzisiaj podobne rozwiązanie – rozwód u notariusza albo w urzędzie stanu cywilnego – proponuje ministerstwo sprawiedliwości III RP.
Czym jest małżeństwo?
W ciągu kilku pokoleń w świecie zachodnim doszło do ogromnej przemiany w ludzkich umysłach, owocującej zmianą małżeństwa z sakramentu zawieranego przed Bogiem na kontrakt cywilny zawierany przed urzędnikiem. Dla wielu małżeństwo przestało być aktem religijnym, a stało się umową cywilnoprawną. Choć jego zawarcie jest uroczyste i sformalizowane, to – jak każda umowa – może być czasowe i ulec rozwiązaniu. Małżeństwo upodobniło się do innych umów. Można je porównać do umowy spółki cywilnej. Niektórzy mają jedną spółkę na całe życie, inni wiele spółek co kilka czy kilkanaście lat. A są i tacy, którzy mają kilka spółek naraz. Można je zawiązywać i rozwiązywać, a później pozostaje tylko sprawnie rozliczyć się ze wspólnikiem.
A czym jest sakrament małżeństwa?
Według Kanonu 1056 Kodeksu Prawa Kanonicznego istotnymi przymiotami małżeństwa są jedność i nierozerwalność, które w małżeństwie chrześcijańskim nabierają szczególnej mocy z racji sakramentu.
Według Kanonu 1141 małżeństwo zawarte i dopełnione (ratum et consummatum) nie może być rozwiązane żadną ludzką władzą i z żadnej przyczyny oprócz śmierci.
Według Kanonu 1134 z ważnego małżeństwa powstaje między małżonkami węzeł, z natury swej wieczysty i wyłączny; w małżeństwie chrześcijańskim małżonkowie zostają ponadto przez specjalny sakrament wzmocnieni i jakby konsekrowani do obowiązków swego stanu i godności.
Dla katolika małżeństwo jest nierozerwalne, a więź pomiędzy małżonkami – wieczysta. Żadna władza ludzka nie może tego rozwiązać. Sakrament, którego fundamentem są słowa Jezusa Chrystusa, i kontrakt oparty na ustawie to zgoła odmienne instytucje, podobne tylko z nazwy. Albo to co związane na ziemi zostaje związane w Niebie, albo podpisujemy kontrakt w urzędzie stanu cywilnego, jakbyśmy zaciągali kredyt hipoteczny.
Dlaczego nierozerwalne?
Przemiany kulturowe i prawne wprowadzane dziś na świecie obniżają rangę małżeństwa. Dziś małżeństwo jest jak umowa leasingu bez opcji wykupu. Gdy samochód ma już duży przebieg, bierzemy w leasing nowszy model. Podobnie w małżeństwie – jeśli pojawią się problemy, pójdziemy do urzędu stanu cywilnego albo do notariusza i otrzymamy rozwód w tempie ekspresowym. Zmiana nazwiska pozwoli zatrzeć ślad poprzedniego związku. Jeśli ojciec dzieci nie będzie płacił alimentów, to mamy państwowy pakiet pomocowy. Nowy małżonek też się dołoży. Małżeństwo może trwać jak pożyczka-chwilówka, a może jak kredyt hipoteczny na trzydzieści lat. Kiedy pojawiła się fala szybkich kredytów, pojawiła się też fala niewypłacalności i rozrosły się firmy windykacyjne. Dziś wielu zadłużonych ogłasza upadłość konsumencką i życie można rozpocząć na nowo. Czy tak samo ma być z zakładaniem rodzin?
A jeśli małżonek okaże się sadystą, alkoholikiem, narkomanem; jeśli trafi do zakładu karnego na dwadzieścia lat albo zacznie regularnie cudzołożyć, to po co marnować sobie życie z taką osobą albo żyć w samotności? Dlaczego Jezus nie powiedział, że w takich przypadkach można się rozwieść?
Rozwód będący skutkiem na przykład sadyzmu, nałogu czy zdrady jest owocem grzechu. Jeśli Jezus miałby się godzić na rozwód w takich przypadkach, to by oznaczało, że grzech panuje nad sakramentem. Małżeństwa, w których grzech zbiera swe żniwo, można by rozwiązywać, a dla tych, w których nikt nie grzeszy, byłby zakaz…? Wtedy to grzech decydowałby o trwaniu albo ustaniu małżeństwa. Ale Bóg nie będzie błogosławił konsekwencji grzechu.
Dla niewinnego małżonka jest to grecka tragedia, ale na tym właśnie polega siła zła, że uderza ono w ludzi niewinnych i dobrych czynami grzeszników.
Zakaz rozwodów?
Jeżeli nie chcemy w Polsce fali rozwodów na poziomie Belgii czy Hiszpanii, prawo powinno kształtować takie obyczaje i styl życia, które będą służyć zakładaniu trwałych małżeństw, a nie ułatwiać rozpad rodzin. Małżeństwo nie powinno być tylko jednym z wielu kontraktów, jakie człowiek podpisuje w swoim życiu. Jego zawarcie i rozwiązanie nie powinny być łatwe i szybkie jak pożyczka przez internet.
Na obecnym etapie absolutny zakaz rozwodów byłby szokiem dla społeczeństwa polskiego, którego spora część albo nie należy do Kościoła katolickiego, albo dogmaty religijne jej nie obchodzą. Na początek można by zatem wprowadzić zakaz rozwodów tych małżonków, którzy posiadają wspólne dzieci do ukończenia przez nie określonego wieku. Taka sytuacja, uniemożliwiająca legalne zakończenie związku, skłaniać będzie do skupienia się na założonej rodzinie, a nie szukaniu „nowych możliwości”.
Może wówczas część osób zamierzających zawrzeć związek małżeński dokładniej przemyśli, czy wybierają na współmałżonka odpowiednią osobę. Jeśli zaś dojdzie do faktycznego rozpadu małżeństwa i pojawią się problemy związane z brakiem możliwości rozwodu, takie osoby będą przestrogą, z kim i jak nie buduje się relacji. Młodzież powinna uczyć się na błędach starszych, którzy nie potrafili dobrze wybrać.
Jeśli jakaś para będzie się bała, że nie utrzyma małżeństwa cywilnego nawet przez parę lat, dobrze się zastanowi, po co chce wziąć ślub. Dla katolików można wprowadzić małżeństwa sakramentalne – nierozwiązywalne aż po grób (chyba, że władze kościelne stwierdzą nieważność małżeństwa zgodnie z prawem kanonicznym).
Narzeczeni nie powinni być w zbyt młodym wieku. Ciąża jako główna przyczyna ślubu również nie jest wskazana. Oboje też powinni być w pełni zmotywowani do dochowania wierności współmałżonkowi. Narzeczeni powinni traktować małżeństwo jak świętość – jak sakrament, a nie jak kontrakt – a do tego konieczne jest głębokie przeżywanie religii.
Coraz więcej miast w Niemczech rezygnuje ze stref niskiej emisji (ZFE), a trend ten zdaje się zyskiwać na sile. W ciągu ostatnich kilku miesięcy, ponad dziesięć niemieckich metropolii ponownie otworzyło swoje centra na swobodny ruch samochodowy, bez żadnych ograniczeń dotyczących wieku pojazdów, typu napędu czy poziomu emisji spalin.
W niemieckich miastach takich jak Hanower, Mannheim, Mühlheim, Heidenheim an der Brenz, Heilbronn, Herrenberg, Leonberg, Reutlingen, Tubingue, Neu-Ulm oraz Ulm, strefy niskiej emisji zostały zniesione. Oznacza to, że każdy pojazd – niezależnie od jego napędu czy emisji CO2 – może wjeżdżać i parkować w tych aglomeracjach, bez konieczności posiadania specjalnej winiety.
I nie są to nie pierwsze miasta, które podejmują tę decyzję, ponieważ już w 2023 roku osiem ośrodków, w tym Karlsruhe, zniosło podobne ograniczenia. W wyniku tego, z 56 stref niskiej emisji, jakie istniały w Niemczech dwa lata temu, zostało ich już tylko 37.
Zmiana ta jest wynikiem znaczącej poprawy jakości powietrza w miastach. Wiele z tych aglomeracji odnotowało spadek poziomu dwutlenku azotu oraz cząsteczek stałych, które obecnie są poniżej dopuszczalnych norm unijnych. Na przykład w Tubingue poziom cząsteczek stałych spadł o połowę w porównaniu do 1995 roku, a poziom dwutlenku azotu zmniejszył się o 50%. To efekt programów modernizacji źródeł ciepła.
Polskie Strefy Czystego Transportu – czy zmiana kursu jest możliwa?
W przeciwieństwie do Niemiec, w Polsce wciąż trwają prace nad wprowadzaniem tzw. Stref Czystego Transportu (SCT) w większych miastach. Wprowadzenie tych stref jest częścią planu poprawy jakości powietrza, który ma na celu ograniczenie wjazdu do centrów miast samochodów generujących wysokie emisje spalin. W praktyce oznacza to, że starsze pojazdy, które nie spełniają norm emisji, mogą zostać wykluczone z ruchu w określonych obszarach miast.
Niekiedy, jak w przypadku Krakowa, starsze samochody mają mieć zakaz poruszania się na całym obszarze miasta, co budzi zrozumiałe obawy i protesty zarówno mieszkańców jak i władz gmin ościennych. Samochody nie są bowiem ani głównym ani jedynym źródłem zanieczyszczeń powietrza. Widać to szczególnie w okresie zimowym gdy działają źródła ciepła – zwykle wtedy wskaźniki są przekroczone.
Witold Gadowski po kompromitacji Wołodymyra Zełenskiego w Białym Domu ostro ocenił jego postać i zachowanie. Zełenski jego zdaniem de facto pomaga Putinowi w niszczeniu Ukrainy. Również Łukasz Warzecha uważa, że Zełenski popełnił błąd i „przelicytował”.
Zelenski – pinokio wystrugany przez Kołomojskiego – gra de facto dla Putina. Jego zachowanie dyskwalifikuje go jako przywódcę walczącego narodu. Ego nadmuchane do monstrualnych rozmiarów. Marionetka globalistów pcha naród do tragedii, a Putin się cieszy, bo przez idiotyczne zachowanie Zełenskiego pozycja negocjacyjna Rosji rośnie. Lepszego pomagiera Putin nie mógł znaleźć. Aktorowi przewróciło się w głowie a zapłacą śmiercią Ukraińcy – tak Gadowski podsumował hucpiarski występ Zełenskiego podczas rozmów z Donaldem Trumpem.
Równie krytycznie ocenia postawę Zełenskiego Łukasz Warzecha: Wszystko wskazuje na to, że pan Zełenski przelicytował. Chciał zagrać z Trumpem przy kamerach w swoją zwykłą gierkę moralnego szantażu „Walczymy za was i dlatego macie nam dać”, ale natknął się na twardszego gracza, który brutalnie usadził go na miejscu. Wielki błąd ze strony Zełenskiego, chyba że uwierzył, że Francja i Niemcy zastąpią mu USA.
Sytuację skomentował także kandydata na prezydenta Polski Grzegorz Braun.
Podczas jednego ze spotkań wyborczych Grzegorz Braun został zapytany przez redaktora z kanału Młodzi Pytają o sytuację, która miała miejsce w piątek w Białym Domu. Doszło tam do ostrego sporu pomiędzy prezydentem Ukrainy w prezydentem i wiceprezydentem USA, po którym Wołodymyr Zełenski został wyrzucony z Białego Domu, a zapowiadana umowa na eksploatację ukraińskich surowców mineralnych nie została podpisana.
Grzegorz Braun odpowiedział:
„Szanowny panie redaktorze, no widać, że wszystkim dookoła się zwoje mózgowe poprzepalały, chorągiewki nie wiedzą w którą stronę się odwrócić na wietrze, a ja przynajmniej się nie dziwię. Ja nie jestem zaskoczony, nie jestem zszokowany ponieważ ja ostrzegałem i mówiłem, że ta wizja jakiegoś wielkiego zwycięstwa Ukrainy nad Moskwą, jeżeli tylko weźmiemy wszystkich Ukraińców na 800 +, jeśli ostatni nasz czołg wyślemy na Ukrainę, to ta wizja się nie spełni. No więc właśnie się nie spełniła” – mówił Braun.
„Pan Zełenski został sprowadzony na ziemię z kosmosu [bezczelności md] przez panów prezydentów Trumpa i Vancea no i pytanie: jaki ciąg dalszy? Widzę, że polityka podżegaczy wojennych nie słabnie, umacnia się, wzmaga w Brukseli i w Warszawie, słyszę to w telewizji, no i trzeba się ratować.
Po to staję do tej kampanii prezydenckiej, żeby to wyraźnie deklarować: nie poślę Polaków na wojnę ukraińską i nie zgodzę się na to, żeby Polacy mieli dłużej na utrzymaniu drugi naród” – zadeklarował Grzegorz Braun.
„Kto stracił najwięcej czołgów na wojnie ukraińskiej? Rosjanie? Ukraińcy? Nie, Polacy. A te czołgi, które tam jeszcze są na chodzie, nasze, to jeżdżą prawdopodobnie pod banderowskimi proporczykami. Czas naprawdę stanąć na własnych nogach i czas przestać okładać Polaków kosztami nie naszych wojen” – powiedział prawicowy kandydat na prezydenta Polski.
My to jednak fajny naród jesteśmy. Albo kompletnie beztroscy, albo raczej tak już doświadczeni, że zlewamy wszelkie sygnały wydarzeń ważnych w przeświadczeniu, że jesteśmy tu tylko widzami, gdyż i tak się bez nas odbędzie co ma się odbyć. Pierwsze podejście – beztroska – zakłada jednak pewną nieświadomość otaczającej nas rzeczywistości, co czyni z nas naród – akurat tu położony przez boga geografii – odtwarzający co dwa pokolenia powtórkę z historii. Siedzimy więc po raz kolejny w klasie, nie zdawszy egzaminu z błogą nieświadomością tego gdzie i dlaczego żyjemy. Ale może to i lepiej? Może to taki odruch nieuświadomienia, który każe nam przeżywać jak się da nasze życie bez zamartwiania się o rzeczy, na które nie mamy wpływu? Czyżbyśmy byli słowiańską buddą? Taką co to – nie mogąc zmienić świata, może tylko zmienić swój do niego stosunek? No właśnie, ale czy my zmieniamy swój stosunek do tego świata, skoro cały czas powtarzamy te same lekcje bez wyciągania wniosków?
Drugie podejście – zlewanie – zakłada jednak pewną świadomość stanu rzeczy i reakcję nań w postaci rezygnacji. To inna, bardziej uświadomiona niż w przypadku beztroski, forma determinizmu. Wiemy co się dzieje, ale przyjmujemy jak leci. Gdybyż to tak było! Byłaby to wersja słowiańskiej buddy reaktywnej. Ale nie – ci co wiedzą jak nam idzie uciekają jednak w ułudę. Ułudę podstawianej rzeczywistości jaką jest całkowicie odrealniony paradygmat wojny polsko-polskiej. Napisałem już o niej kilometry liter, nawet całą książkę. I nic. Ciągle trwa, nawet się zaostrza, raz karleje, raz mutuje, rozlewa się, infekuje całe nowe pokolenia. I nic, trwa dalej, zaś Polacy tańczą w jej rytm jak w końcówce Wesela, w malignie. Nawet nie ma Jaśka ze złotym rogiem, bo nikt już na niego nie czeka.
Momentum
Jesteśmy obecnie świadkami chyba najważniejszych przemian po zakończeniu II wojny światowej, a Polacy wciąż wysadzają sobie nawzajem pociągi w nieistniejącej wojnie. Dzielą nasz świat na naszych oczach a my nawet nie wyciągamy wniosków z tego dlaczego się tak dzieje. Ja wiem – taka rzetelna konstatacja wskazywałaby od razu nieubłagalnym palcem na polityczną elitę całej III RP jako winnych tego stanu. Dlatego nikomu z nich nie śpieszy się do publicznej diagnozy sytuacji. Tę zastępuje teraz nawalanka, czyli zamiast choćby i opisać nasze położenie zajmujemy się nawet już nie nawalanką „kto zawinił”, ale wyścigiem do swych defoultowych patronów – PiS poleciał do Amerykańczyków, zaś Tusk do Brukseli. A to oznacza, że Polacy nic tu nie zrozumieli.
PiS z Dudą liczą, jak cała polityka w III RP, że zdyskontuje niewątpliwe straty w pozycji międzynarodowej Polski przeciwko wrogowi wewnętrznemu. Powtórzmy – nie poprawi naszej pozycji międzynarodowej, tylko użyje jej osłabienia przeciwko Tuskom. Czyli wygra może PiS, przegra może Tusk, ale nie zyska na pewno Polska. Ale takie są rachunki polskiej polityki od 1989 roku i dlatego jesteśmy tacy słabi, pod każdą flagą politycznej ekipy. Ale te odłożone rachunki przyszło nam płacić akurat przy ekipie Tuska, a to tylko przypadek. Płacilibyśmy je tak samo, czy by rządził PiS, czy inna partia. W końcu jesteśmy „jedną wielką rodziną” i ta płaci rachunki i zobowiązania każdego z jej członków. Okazało się, że tak to działa w przypadku głównego grzechu polityki polskiej – systemowego i permanentnego zaniedbania.
A więc PiS i odchodzący Duda. Ja wiem, że można zaklinać rzeczywistość aż do końca, a szczególnie w przypadku Dudy nie można przecież przy końcówce swej błyskotliwej kariery 10 lat bycia pierwszym człowiekiem III RP zakwestionować całego „dorobku” swej postawy. Będzie więc Duda obstawał przy amerykańskich gwarancjach bezpieczeństwa, bo mu tak szef Pentagonu obiecał i dalej promował Ukrainę w NATO, nawet gdyby ta się już pogodziła z tym, że za naszego życia do NATO nie wejdzie.
PiS liczy chyba tylko na kolejną akcję „kelnerów u Sowy”, że Trump skróci męki Tuska z Polską i odda władzę lojalnemu sojusznikowi Stanów, jakim zawsze był Kaczyński. Ale to te same Stany, które przecież ponoć władowały 1,5 miliarda dolarów w to, by Kaczor przegrał. Ale to były inne, bidenowskie, Stany. Tak? Ale to oznacza, że polska władza na amerykańskim koniu jeździ. A teraz to ma jeszcze bardziej fundamentalne znaczenie, kiedy ten koń odjeżdża do siebie, bez żadnego europejskiego jeźdźca. Z czym wtedy zostaniemy? Z PiS-em, ale już bez ważnego patrona, bo ten się zawinął? Ba tam – zawinął. Teraz ten koń sam wróci z batem, nikt tam na nim jeździł nie będzie. Raczej odwrotnie – zostaniemy zaprzęgnięci.
Patroni Tuska
Tusk z kolei też wraca do swego patrona, czyli Niemiec. Ta zewnątrz-sterowność to jednak nasze przekleństwo, ale sami na to zasłużyliśmy, wybierając w demokracji jakieś zagraniczne podróbki, wierząc, że napis „made in Poland” jest prawdziwy. Niestety – jak się dobrze przyjrzeć, to raczej zobaczymy tam napis „made for Poland”. A więc Tusk postawił na Niemcy w przebraniu Unii Europejskiej. Sama Europa, pod światłym przywództwem Unii pod światłym przywództwem Niemiec jest w potężnym kryzysie. Woziła się na gapę pod amerykańskim parasolem bezpieczeństwa, choć za ten parasol w sumie płaciła dolaryzacją wymiany gospodarczej, ale sama zaniedbała swą suwerenność, zamieniła realną hard-power na ułudę siły w wersji soft. I została przyłapana na wykroku.
Teraz Unia zastanawia się czy się podporządkować wymaganiom Stanów, które kompletnie Europę zmarginalizowały. Zaczyna się więc gorączkowe liczenie. Nawet nie pieniędzy, ale istniejących tu i teraz zdolności. Wojska za mało, bo – uwaga, uwaga! – największą armię ma Polska, co – znając stan tej armii – daje nam świadectwo jak słabo stoi tu Stary Kontynent. Tusk będzie – znowu – grał wysoko na użytek wewnętrzny, tym razem dla taktycznego wsparcia swojego kandydata na prezydenta Polski. A więc będzie deklarował zachowania zgodne z badaną codziennie opinią publiczną, zaś swoje zrobi – to co postanowi Europa. A ta… będzie się naradzać tygodniami. Skąd wziąć kasę, kto zarobi, kto wyśle i kiedy jakie wojo? I tu ujawnią się w całości egoizmy państwowe, wypychanie słabych, acz ochotnych, do przodu i wszystkie te chwyty, które znamy na pamięć.
Warianty Europy
A czasu jest mało. Po pierwsze – Europa jak będzie się chciała postawić Trumpowi, to musi się zdecydować na szybkie, konkretne i bolesne dla siebie działania. A tu ani szybkości nie widać, ani konkretów, ani gotowości do poświęceń. Nie widać też przede wszystkim jedności, co Trump rozgrywa już dzieląc Europę na części. I zaraz się ustawi kolejka suplikantów do amerykańskiej łaski, że może z tą Europą to proszę bardzo, ale z nami to umówmy się na boku, że może z jakimś rabacikiem, czy co?
Obawiam się, że Tusk, jak to klient niemieckiego patrona, da się ustawić w pozycji wykorzystanego. Na użytek wewnętrzny będzie się sadził na niezależność, ale tak naprawdę da Unii to, czego ona potrzebuje. A Europa nie ma jednego – żołnierza do wysłania w bój, jak by co. A Polska, jak słyszymy – ma. Dlatego istnieje scenariusz, że Europa będzie uzasadniała swoje wymagania usiąścia przy stole rokowań swoim wkładem, czyli… naszym wkładem w zapewnienie bezpieczeństwa nowego układu, a właściwie – jednostronnych gwarancji, jak słyszymy poza systemem NATO, bezpieczeństwa Ukrainie. Trump takich gwarancji dać nie chce. Europa – jak widać po parotysięcznych deklaracjach kontyngentu Anglii czy Francji – dać nie może, nawet jak by chciała. A nie chce.
Może więc być tak, że Tusk się zgodzi na naszą obecność w jakimś dealu, który obecnie, przy nieznanych parametrach, ale zgodzie a priori Polski, może nas wpakować w niezłą kabałę. No bo jak, powiedzmy, że się Rosja zgodzi na jakieś tam wojo w jakiejś tam strefie demarkacyjnej, to tu się otwierają całe morza możliwości. A jak Ruscy pukną w naszych? Ktoś, coś? Niemcy się ruszą i zaatakują Moskwę? A jak naszych porwą, tak ze dwudziestu z takiej strefy? I to jakieś ludziki, przebrane w mundury z każdego sklepu wędkarskiego? A jak naszych porwą przebrani w mundury ukraińskiego batalionu Azow?
A ile tego ma tam być na tej Ukrainie? My się tu spieramy – wysłać/nie wysłać, jak nawet nie wiemy czy i do czego. Po co? Ja wiem po co – by był temat do dzielenia na wybory. Za to, czy idziemy gdzieś czy nie – zostanie nam zakomunikowane. Przez PiS powie nam to Trump, przez Tuska powiedzą nam to Niemcy, przebrani za Brukselę. Czy mają to być wojska obserwacyjne, wtedy wystarczy parę tysi z lornetkami? Czy wojska rozjemcze (a Rosja się w ogóle Trumpowi na to zgodzi?) w ilości (jak chce Zełenski) +200.000 luda w pełnym uzbrojeniu? A widział kto w Europie taką armię? Dlatego gadamy na pusto – ruski niedźwiedź na arabskiej pustyni gada z amerykańskim orłem, a my tu wiedziemy spory jakbyśmy coś mogli, a nawet – chcieli.
Warianty dla Polski
Popatrzmy więc na warianty, które się tu rodzą.
Pierwszy jest taki, żeby olać Aamerykańców, wesprzeć Ukrainę, która ma milionową armię, jeszcze, na nogach i zapasów, jak utrzymują – na rok. Tylko to wymaga by się Stanom postawiła Europa, pod jakimś przywództwem, a te Unia jest w stanie wycisnąć z siebie tylko w zakresie regulacji na poziomie zielono-ładowym. W dodatku w Europie jest jasny podział – jedni są od nadstawiania karku, inni od dowodzenia tymi karkami i ten paradygmat może się zmienić tylko w przypadku zmiany elity, bo w jej przemianę nikt już chyba nie wierzy. Czyli Ukraina dalej walczy, metale ziem rzadkich może do podziału z Europą, Polska na froncie (da Bóg, że tylko gwarancji), ale też i reindustrializacja Europy, tyle, że w ostrym niedoczasie.
Inna wersja to miazga z Europy w wykonaniu USA. Oni tam nie gadają z Putinem o Ukrainie, moim zdaniem to tylko pretekst do pogadania o nowych strefach wpływów. I to w kontekście takim, że Trump może mieć nadzieję, że duże zyski Rosji z rąk amerykańskich mogą wzniecić nieufność do Kremla ze strony… Pekinu. Bo na tych rozmowach Ukraina to tylko wymówka, by siąść do stołu i jeszcze raz potasować światowe karty. Tam się gada o Arktyce i Antarktydzie, energetyce, strefach wpływów. I Europa może się stać tutaj graną kartą. Nie wiadomo dlaczego niby i na jakiej zasadzie USA miałby ją podarować Putinowi, ale im słabsza jest Europa i im bardziej uzależniona, teraz też energetycznie, od Waszyngtonu, tym bardziej mogą Amerykańczykom przychodzić takie pomysły do głowy. Bo Ameryce chodzi o Chiny i rozbicie ich dealu z Rosją jest warte nawet Europy. Poradziecką się odda Putinowi, a resztę spacyfikuje. Chyba, że Europa się ogarnie, ale się chyba nie ogarnie, gdy się patrzy na ostatnie europejskie umizgi do Trumpa, jak chociażby w przypadku Macrona.
Trzecia wersja to Polska jako… Izrael.
Taki niezatapialny lotniskowiec amerykańskich interesów w Europie, otoczony morzem nieprzychylności. Państwo na specjalnych zasadach z maniem/niemaniem broni nuklearnej, lokalny rozbójnik w imieniu tego co trzyma nad nim „kryszę”, czyli USA. Państwo na poły zmilitaryzowane, dofinansowane w tym względzie przez USA. Pilnujące porządku w kolejnym zapalnym miejscu amerykańskich interesów. Dla wielu – marzenie. Ale tu chodzi raczej o marzenie o utrzymaniu wszystkiego tak jak było, tylko jeszcze bardziej. USA będą przy nas stały, w Europie będą nas się bali, będziemy mieli inne traktowanie i osiłka, do którego w razie czego będzie można zawsze zadzwonić.
I wersja – tu – ostatnia. Bierzemy się tu w Polsce za siebie. Budujemy poważne wojo, suwerenne w swych decyzjach i samodzielne w polu. Coś jak Turcja, która też jest w NATO, a widzi projekcję swych interesów nawet w… Somalii. NATO po tym Trumpowym numerze już może oprawić w historyczne ramki jakieś tam artykuły piąte. Trzeba więc nowych, równoległych, nie zastępczych, sojuszy zainteresowanych, gdzie kwestia podejmowania decyzji wojskowych będzie uwzględniała bliższe nam interesy geopolityczne, a zwłaszcza odstraszający poziom gotowości wojsk. To się da zrobić, tyle, że czasu coraz mniej. Tu – ku naszemu zaskoczeniu – musielibyśmy się oprzeć także na… Ukrainie. Takiej co sama może się jeszcze bić, ale też podzielić się swoimi niewątpliwymi osiągnięciami i doświadczeniami w prowadzeniu wojny. To o ich technologie i doświadczenie można oprzeć budowę i przygotowanie systemów militarnych w nowym rozdaniu.
Elity do wymiany
Tylko nad tym wszystkim wisi kwestia elit. I europejskich, i polskich. Mentalnie niezdolnych do wyjścia z bańki, w której się urodziły, żyły i której broniły, nawet przed własnym suwerenem. Jak tak dalej będzie szło, to bez ruchu, bańki te zostaną rozbite i całe mleko – elit i dołów – rozleje się po Europie. Obawiam się, że tak będzie. Bo stare jeszcze będą trwały, pozorując zmiany, bo na radykalne ruchy albo ich nie stać, albo są na nie mentalnie nie gotowe. Ale są na tyle silne, że będą broniły i obronią swe pozycje przed radykalnymi zmianami, które mogą pochodzić tylko od innych, nowych elit. Te zaś zostały prawie skutecznie wytrzebione, zaś ich uformowanie się i przejęcie władzy przez nowe elity po wielu przygodach może spowodować, że nie zdążymy. I w Polsce, i w Europie.
I tak, w czasach kluczowych dla Polski, będziemy się ekscytować czy jeden kandydat jest sutenerem czy nie i czy ten drugi na prawdę zrobi tyle pompek. W kampanii, w której o najważniejszych sprawach się nie mówi, bo mówiący za państwowe dotacje mają wszyscy w tym temacie za uszami. Gdzie podstawową dyskusję o polskiej racji stanu sprowadza się albo do PR-owskich narad z panami pułkownikami albo do deklaracji, że wszystko będzie dobrze, czyli po staremu. Naród przysypia na przyzbie w drodze na wieczne wesele, a jak się obudzi, to coś tam pohukuje: „co tam Panie w polityce?”. Tak – Chińczyki trzymają się mocno. A my?
After countless prayers, nearly a billion dollars, and hard toil which many people willingly gave blood, sweat, and tears, Notre Dame is finally nearing its completion—in many ways looking more splendorous than it has for centuries.
However, after its miraculous restoration, this iconic Cathedral faces yet another impending disaster.
French President Emmanuel Macron wants to install new modern stained-glass windows in six of the cathedral’s side chapels.
Tell President Emmanuel Macron to Leave Notre Dame Alone
None of the windows that will be replaced were damaged by the fire.
President Macron wants to leave a legacy. And to do so, he has chosen to replace several windows in Notre Dame Cathedral with modern ones.
Such windows would be dreadful, and fracture the historic beauty that the cathedral contains.
Imagine walking down the side aisle, and while admiring the incredible splendor and architecture, you turn the corner and see a monstrosity—ugly modern art.
There are sketches of the design for the windows that the president wants to replace, and they completely lack the qualities that reflect God: goodness, truth and beauty.
From what one can tell, based on the sketches, they don’t tell a story and they don’t follow the qualities of beauty that Saint Thomas Aquinas made explicit.
Demand that President Macron Keep the Traditional Windows
Notre Dame is a cathedral that is dedicated to the Blessed Virgin. Medieval man made it to reflect several of her inestimable qualities and virtues: purity, strength, proportionality, beauty, wisdom, goodness and more.
So President Macron’s decision to modernize several of the cathedral’s windows is more than just changing century-old history, it is mixing the ugly with the beautiful. It is an offense to Our Lady.
Please take a stand against this wreckovation by telling President Emmanuel Macron to keep the old windows, and not replace them with ugly modern art.
Sign your petition now!
To: Emmanuel Macron, President of France,
Your desire to replace several of the windows in Notre Dame Cathedral, and replace them with modern ones is truly upsetting and a shame to the Catholic history of France.
The modern windows clash with the unity and beauty that this historic cathedral represents.
I demand that you cancel this project immediately, and publicly apologize for suggesting such a disorder.