Wydawało się, że pojęcie „walki klas” to już zamierzchła epoka. Współczesna lewica, dość sprytnie w miejsce dawnej „klasy pracującej”, pojęcia skompromitowanego w czasach PRL, podsuwa bowiem „podmioty zastępcze”.
Na ogół w rolę współczesnego „uciśnionego proletariatu” wchodzą „uchodźcy”, innym razem „mniejszości seksualne”, „mniejszości narodowe”, czy „uciskane opresją patriarchalną kobiety”. Czasami jednak i dawna komunistyczna słoma wyłazi z butów, już bez kamuflażu „nowoczesności”.
Taki jest przypadek Wandy Nowickiej, której życiorys łączy zresztą epokę PRL i obecny „feminizm”. Jest przewodniczącą sejmowej Komisji Mniejszości Narodowych i Etnicznych oraz Parlamentarnego Zespołu Praw Kobiet.
Wanda Nowicka na „X” napisała ostatnio, że „aborcja to klucz do wyzwolenia kobiet! Brak dostępu do aborcji w Polsce jest problemem ekonomicznym, nie tylko kwestią wyboru. „Strajki” Kobiet pokazały, jak wiele z nas domaga się równego dostępu. Lata protestów niestety nic nie zmieniły. Czas na systemowe zmiany!!!”
Dalej jest i o tym, że „aborcja to krok do wyzwolenia kobiet klasy pracującej”. Okazuje się, że aborcja to nie żadne „piekło kobiet”, ale tak naprawdę chodzi im o ciąg dalszy „walki klasowej”.
Wydaje się, że intencje Nowickiej nieźle odczytali internauci. Pod tym wpisem zaroiło się od krytycznych wypowiedzi. „Jesteś niemoralna i zdrowo szurniętą komunistką” – stwierdza Hans Sztetke. „Poziom komunizmu bijącego z tego tweeta wynosi 100/100. Aborcja to zabijanie dzieci. Jak długo trzeba Wam to tłumaczyć??? W końcu będzie trzeba podciągać to Wasze nawoływanie, jako podżeganie do zabójstwa” dodaje Franz Hrad & Kot Burbon.
Kpina kipi we wpisie „Mariusza @Masa_Legia”, który do aborcji dorzuca eutanazję: „Eutanazja to krok do wyrwania z rąk burżuazji całego kapitału celem scentralizowania wszystkich narzędzi produkcji w rękach proletariatu zorganizowanego jako klasa pracująca i tym samym zwiększenia masy sił wytwórczych”.
Jako się rzekło bezroboczę, czyli szukam pracy, a więc mam trochę przerw w weekendy. Ostatnio więc mam paradoksalnie więcej czasu, by zadbać o siebie i tak sobie łażę, to tu, to tam, raz na siłownię, raz do wspomnianego Lasku Kabackiego na kije. I uderzyło mnie kilka obrazków, które mnie natchnęły na ten tekst. Coś jak „Obrazki z wystawy” Musorgskiego, kiedyś dla mnie przyczynek do zajęcia się tą Potężną Gromadką rosyjskich muzyków z nieoczekiwanej strony, bo przez rockowy zespół Emerson, Lake and Palmer. Tam każdy obrazek był opowiedziany muzyką, a więc ja – z drewnianym uchem – spróbuję każdy obrazek z tej nieoczekiwanej wystawy opowiedzieć, nie zagrać.
Obrazek pierwszy. Byczki
Jestem na siłowni. Dopiero teraz zauważyłem ten rys, ale dlatego, że zacząłem przychodzić w okolicach południa. Przedtem nie dało rady, bo człowiek siedział w robocie, a więc po południu widział taką średnią kolegów-pakerów. Trochę Polaków, trochę Ukraińców, brązowawi jeźdźcy pizzy przychodzili po robocie, czyli mocno po 21.00, wiem, bo się raz tak zasiedziałem. Ale jak się przyjdzie w południe, to mamy praktycznie tylko Ukraińców. Głównie w wieku poborowym. Tak, o tym będzie ta dzisiejsza opowieść. Jest ich sporo, Polaków małowato o tej porze, bo są w robocie. Przypomina to kawał o afrykańskim imigrancie pytanym w Niemczech, kiedy tak siedział w południe na piwku – gdzie są Niemcy? Powiedział, że w pracy. I tak tu sobie tu żyjemy.
Jest ich coraz więcej. Są w grupach, głośni, chyba jak u siebie. Tego akurat nie wiem, bo nie wiem jak się zachowują tam na Ukrainie. Nie wiem, pewnie nie wszyscy są na socjalu, pewnie pracują zdalnie, może jako programiści, a tam to nie trzeba odbijać karty – byleby kody były napisane na czas. Ale są. Byczki, bo pakują. Ciekawe co myślą o – zarobionych w tym czasie – Polakach. To słabe jest, bo – próbowałem tego kiedyś – ich opowieść jest żenująco sprzeczna. Pozorują wojenne motywacje ucieczki z kraju, są przecież patriotami, ale ich obecność tutaj świadczy o czymś innym. Ale wrócimy jeszcze do tego.
Obrazek drugi. Piknik wolności
Idę więc sobie po Kabackim na kijach. Podrażnia moje nozdrza miks zapachów paliwka turystycznego i smażonego mięsiwa. Aha, to majówka przecież i na polu pod lasem w okolicy kilku zadaszeń rozbija się kanikuła weekendu, który przeszedł w 10-dniową malignę grillową. Mijam to w chodzie rytmicznym i widzę, i słyszę – większość to Ukraińcy. W grupkach, ale nie wielopokoleniowych. Jednopokoleniowych – poborowych. Dziewczyny i chłopaki, może zaczyn nowego przemieszania demograficznego Polski, bo przecież nam tu ludzi – ciekawe dlaczego? – brakuje. Ale, pomijając poborowość takowych, to czy oni się tu zasymilują, czy chociaż zintegrują?
Od razu tłumaczę różnicę. Asymilacja polega na przyjęciu wartości i kultury kraju goszczącego. Integracja jest wtedy, kiedy przyjezdna społeczność zachowuje swoją kulturową odrębność, ale respektuje chociażby zasady ustrojowej gry kraju goszczącego. My mamy teraz w Europie dowody na drogę trzecią. Nie integracji, ale dezintegracji. Społeczności goszczone nie tylko nie respektują zasad kraju goszczącego, ale same ten kraj kontestują. Występują przeciwko swym dobroczyńcom, tworząc getta zamkniętych zon, gdzie państwo goszczące nie ma nawet fizycznego wjazdu. Co dopiero mówić o jurysdykcji. Czemu to sobie Zachód robi, to sprawa na osobne rozmyślania, ale efektem tych działań jest samobójstwo rozszerzone cywilizacji. Rozszerzone samobójstwo polega na tym, że desperat (w tym wypadku ideologiczny) w swym samounicestwieniu zabiera wszystkich ze sobą. To jest bardzo słabe. Ja bym chciał na ten przykład, by tzw. „ostatnie pokolenie” przyklejające się do asfaltów, było na prawdę ostatnie, i niechby spełniło swe obietnice, a my tu zostaniemy.
A więc nie wiadomo jaka będzie droga Ukraińców u nas. Czy zostaną? Czy wrócą? Czy pojadą dalej na Zachód, choć tam wcale – akurat na nich – nie czekają z takim socjalem jak na pontonowców. A może będzie odwrotnie? Może po jakimś tam pokoju odbędzie się łączenie rodzin? I główny czynnik motywacyjny trzymania tu matek z dziećmi, czyli walczący mężowie, będzie się chciał połączyć z familią? U nas. Może być więc tak, że po jakiejś formie rozejmu jednak tej migracji przybędzie. A co się stanie, jak zapowiadał minister Bodnar, kiedy oni dostaną taki poziom praw obywatelskich, że będą mogli głosować w wyborach? Najpierw samorządowych, a potem politycznych? Czy będzie u nas, tak jak na Zachodzie, że galopująca lewica daje im zarazem taki socjal i takie prawa, że w nadziei, iż migranci wywdzięczą się im przy urnach ci zagłosują na swych dobrodziejów z cudzej kieszeni?
Ja wiem, i to kwestia dla naszych władców, że u nas z demografią krucho. Ciekawa to kwestia, że za komuny, w ciemnych czasach stanu wojennego mieliśmy drugi wyż demograficzny, zaraz po powojennym. Wiem, słyszałem jak to się tłumaczy – że było ciemno, bo był dwudziesty stopień zasilania, że się kocilim, bo była godzina milicyjna i jak się impreza zasiedziała po 22.00, to trzeba było jakoś się wszystkim rozłożyć po tapczanikach. Nie bądźmy naiwni. Na serio to było dlatego, że w tym pomieszaniu pogardy stanowojennej jedyną enklawą była rodzina, bliscy. Ludzie lgnęli do siebie, widząc tam jedyny swój kapitał na szczęście – relacje. Była bida, szarość, beznadzieja. Jak mówią Rosjanie – nikuda nie denieszsja. Nie ma dokąd pójść, ani nie ma co ze sobą zrobić. A więc zostali ludzie. Rodzina.
Nie wspominam tego dla resentymentu. Ale to, że jest nas coraz mniej oznacza, że znaleźliśmy sobie życie poza wspólnotą, która zawsze jest zobowiązaniem. Poszliśmy na wygodę, w uciechy materializmu i dlatego demograficznie kulejemy. Dziecko stało się więc kosztem, skoro przestało być darem. Pytanie czy Ukraińcy wypełnią tę pustkę? Jeśli tak, to jako kto? Lokatorzy? Założyciele gett? Gastarbeiterzy? Asymilowani Polacy, czy rezuny ze swymi kompleksami Wielkiej Ukrainy, która by się na bank udała, gdyby tylko sąsiedzi nie przeszkadzali? A może po prostu zostaną z nami nieintegrowalni pasażerowie na socjalną gapę, ludzie bez właściwości, którzy będą na pewno nie lojalni, za to cyniczni w wykorzystywaniu frajerstwa Polaków, stymulowanego przez nieoczekiwane porozumienie ponad politycznymi podziałami?
Obrazek trzeci. Dumka na dwa serca
Przyjechała Elina. Po raz trzeci chyba. Z Kijowa. Wcześniej wizyty miały swój szfunk. Odpór Putinowi szedł nieźle, dworowaliśmy, że dostał i dostanie bęcki. Elina tam z wojem współpracuje. A więc wie więcej. Jak ją zapytałem jak jest teraz, to smutek ogrania. Naród się wykrwawia, a ona wie od honorable correspondant, że w kwaterze głównej prezydenta martwią się tylko o to jak obejść, żeby nie było wyborów na nowego Zełeńskiego i że Załużnemu, rywalowi wojennego prezydenta, dobrze idzie z popularnością. I jak to zneutralizować. Gorzkie. Elina też nie wie, że to, co opowiadania o pomocy z USA na jakieś 61 miliardów to czeski błąd. Dostaną tam na Ukrainę góra 16 miliardów, bo cała reszta pójdzie na uzupełnienie amerykańskich magazynów, obecność USA w Europie, Maroko, o Izraelu już nie wspominając. Ale nie mogłem jej tego mówić. To tak jakby Polakowi w Generalnej Guberni powiedzieć, że w Jałcie został przehandlowany.
Z drugiej strony jeszcze cięższe rozmowy. Cała jej „poborowa” rodzina wyskoczyła na Zachód. A z drugiej strony słyszę od niej, że trzeba walczyć. Kiedy ją spytałem jak tam z morales, skoro coraz więcej ludzi się zastanawia dokąd to prowadzi, że Ukraińcy stają się mięsem armatnim czyichś interesów, to odpowiedziała, że są niektórzy, co to będą walczyć do końca. Czyli do jakiego końca? Ale większość już mięknie. Wiem, pierwsze porywy patriotyzmu dadzą się z czasem zużyć. Zwłaszcza, że jak to w zachodniej historii, najpierw są gesty solidarności, kredki na asfalcie, flagi i takie tam. A potem wchodzi realpolitik, która zdecydowała w tym wypadku, że się będzie w tej awanturze wykrwawiać Ukraińcami. Sam bym się zastanawiał czy bym za takie coś walczył i czy bym swoje poborowej części rodziny nie schował w jakiejś Hiszpanii. Po drugie – popatrzmy na narodowe doświadczenie samych Ukraińców. Za co mają walczyć? Za kraj oligarchów, których sami sobie wybrali, bo innej alternatywy nie było? A może za nową Ukrainę, w której oligarchowie zostaną tylko dopalaczami do załatwiania interesów dla dużych korporacji zachodnich, które z Ukrainy – jeśli ta w ogóle terytorialnie ocaleje – zrobią może nie dzikie, ale zaorane pola czarnoziemu?
Obrazek czwarty. Metro
Jechałem ci ja kiedyś metrem. Wszedłem do wagonu i zauważyłem scenkę rodzajową, jak jakaś para, wyraźnie Prażan prawobrzeżnych wracała z imprezy. Twarze pszenno-buraczane, ona siedziała mu na kolanach zamęczona, on wcale nie siedział na krzesełku, tylko tak przycupnął na jakiejś kupie wspólnych ciuchów. I nagle zaczęła się awantura. Grupka młodzieży, stojąca obok jakoś zadarła z tą parką, pewnie się naśmiewała z praskiej panny, a kawaler to usłyszał. I zaczęła się zadyma. Bandka, okazało się, że ukraińska, w wieku nastoletnim, prażanie – jak to bywa u patusów – w wieku nieokreślonym. Nagle zeszło właśnie na „poborowość”. Pewnie poszło o to co tu robią, zamiast bronić ojczyzny, ci się odezwali, że są za młodzi. To to sobie dopowiedziałem, bo usłyszałem tylko tyradę Prażanina, że u nas kilkuletnie chłopaczki walczyły w Powstaniu. Zaczęła się awantura na całego, bo ukraińska młodzież w ogóle nie wiedziała o co kaman, co wcale nie prowadziło do jakichś pokorniejszych zachowań z ich strony. W końcu Prażanie wyszli na stacji Wileńska i się zaczęło.
Jak się drzwi zamknęły, to się młodzi antypoborowi uaktywnili dopiero. Jeden z nich wyskoczył do okna z gestem „fuck” i zaczął się drażnić z Prażaninem. Wiadomo, jak się drzwi od metra zamkną, to już koniec. Prażanin się wzburzył, zaczął biec za odjeżdżającym wagonem, czemu towarzyszył szyderczy śmiech ukraińskiej bandki. Pasażerowie patrzyli się, jak to Polacy, w bezradności swej samozadanej bierności, ale we mnie zawrzała krew potomków spod Beresteczka i ruszyłem. Tego od fucka złapałem za kołnierz, zagarnąłem do bandki, rzuciłem w ich objęcia, po czym powiedziałem czystą rusczyną, że jestem kolegą Prażaniana i widzę, że chcą mu powiedzieć coś. Więc niech to powiedzą mnie, a ja mu przekażę. Chłopaki się zacukały, było ich z sześć człowieka, mogli mnie obić w jednej chwili. Ale ja wiedziałem, że chamstwu, zwłaszcza na własnej ziemi, należy się przeciwstawiać godnością osobistą, ale przede wszystkim siłą. I towarzystwo zmiękło. Oczywista – reszta Polaków w wagonie oglądała w tym momencie albo paznokcie, albo smartfony, ale Ukraińcy zapamiętali chyba lekcję.
Czemu o tym piszę? Dlatego, że bez względu na chamstwo, cynizm, manipulację czy wykorzystywanie naszej naddatnej życzliwości – trzeba się temu przeciwstawiać. I to nie chodzi o to, że to dotyczy tylko naszych wojennych migrantów. To ma się dotyczyć wszystkich. I nie rozumiem, ani postawy polityków, ani policjantów, ani wzmożonych sprawami „w” Ukrainie Polaków, że jak mają do czynienia z patologią ze strony akurat tej goszczonej nacji, to mamy przymykać oko. Idziemy wtedy tą samą drogą, którą poszły – i tego żałują – zachodnie społeczeństwa. Te, które kryły każdą patologię ze strony gości, bo inaczej to wzburzyłoby antyimigrancyjne resentymenty. I ten sygnał odebrali… imigranci. Że nie wiadomo dla nich dlaczego, ale wszystko wolno. Że ich nacja będzie ukrywana w raportach policyjnych, że nie będą łapać, a jak już przypadkiem złapią, to wyroki będą bardziej wychowawcze niż dotkliwe.
Obrazek piąty. Jak rozpętałem III wojną światową
W tę samą majówkę, już po kijach na Kabatach, zasiadłem sobie przed telewizorem. Nie używam, chyba, że w celach męki pańskiej, by wiedzieć o czym mam pisać, bo tym się egzaltuje suweren, do którego piszę. Ale w labie majówkowej szukałem filmów. I trafiłem na „Jak rozpętałem II wojnę światową”. Przygody Franka Dolasa. Ciężka dzida wbita przez Kociniaka w komediowy dorobek polskiego kina.
Włączyłem, no bo chciałem sobie powspominać. W końcu miałem ci ja dziewięć lat, jak była tego premiera, film znam na pamięć, chodziło więc bardziej, by posłuchać tak naprawdę starej piosenki z dzieciństwa. Nie, żeby coś nowego, ale właśnie znane na pamięć sceny i teksty, bo człowiek lubi śpiewać pieśni, które zna. I oglądałem. Po pierwsze – przypomniałem sobie siebie wtedy w kinie w 1970 roku. Siedziałem obok mamy. Oglądaliśmy, kiedy Dolas „zdobywa” włoski burdel w jednostce. Wtedy na ekranie pierwszy raz zobaczyłem na oczy z tyłu półnagą kobietę, wyobrażając sobie co tam jest z przodu. Spojrzałem wtedy na matkę, czy coś jest ok, czy nie, że jestem tego świadkami. Wiem, że myślała wtedy o tym samym, ale nie dała po sobie nic poznać. Czekałem na ten moment, by zobaczyć – z mojej dzisiejszej perspektywy – czy było o co kruszyć kopie pierwszej inicjacji seksualnej w wyobraźni. Pośmiałem się z siebie i tyle.
Ale nagle uderzyła mnie oczywistość, którą miałem całe życie przed oczyma: ten film to nie była opowieść o cwanym łaziku, który robił wszystkich na świecie w konia. To była opowieść o Polaku, który się przedzierał. Przedzierał się wszystkimi kanałami i możliwościami, objeżdżał cały świat, by zawsze wrócić do Polski, po to by walczyć. To było motto całego filmu, tak jak i jego ostatni kadr, kiedy już przedarłwszy się do Polski Dolas biegnie naprzeciw wyzwolicieli polskiej ziemi. Można podejrzewać jakie były jego losy, tego żołnierza II RP, który za dużo widział na Zachodzie, ocierał się o faszystów i kapitalistów.
Ale właśnie pozostałem na tym – etapie przedzierania się. Ja już o tym pisałem – II RP to nie był bukiecik fiołków. A jednak całe rzesze ciągnęły do każdego wojska, które walczyło z niemieckim agresorem kraju, którego rachunków „obca dłoń też nie przekreśli”. Polska była więc jakimś nadrzędnym ideałem, o której wolność należało walczyć, nie pomnąc wcześniejszych jej wad. Teraz to chyba jest inaczej – jak pisałem – mamy nie Polskę, ale kraj Kaczyńskiego, albo Tuska. A kto za nich będzie chciał umierać? Taką żeśmy sobie zgotowali Polskę. W tej całej plemiennej malignie wyszło na to, że nasza Ojczyzna nie jest warta kropelki krwi. Przestała być dobrem wspólnym. A więc te wszystkie badania, której pokazują, że Polacy nie będą za nią i o nią walczyć, to rachunek degrengolady III RP. Wszystkich ekip politycznych.
Uciekińcy
A więc nie dziwcie się tym bardziej Uciekińcom. Za co mają walczyć? Za zoligarchizowaną ojczyznę? Za kraj, który nawet nie zaczął raczkować w demokracji? Oni mają o wiele gorzej niż my. A nawet my się przecież na wojenkę nie wybieramy. Oczywiście nasi wspaniali przywódcy to się wybierają. Ba – nawet część wzmożonego ludu się wybiera, zaślepiona propagandą, do włączenia się w tę wojnę. Wielu chce, byśmy posłali na Ukrainę wojaków, jakby to byli jacyś najemnicy, a nie synowie i ojcowie wysłani przez państwo polskie. Nie myśląc nawet, że za takie awanturki to dopiero – na życzenie – może tu przyjść ruska nawała. A więc nie złorzeczcie na poborowych uciekinierów z Ukrainy. Sami nie wiecie ilu Polaków podda tyły w godzinie próby, kiedy wejdziemy do wojny. Społecznie i politycznie to wygodny wybieg – III RP jest tak podzielona i słaba, że nie ma co się dla niej poświęcać. Żyło się w niej fajnie, a jak się popsuła, to trzeba zmienić swe miejsce pobytu. Jak to w świecie płynnej tożsamości.
A że po drugiej stronie stoi prymitywny, ale jak widać skuteczny, czołg prostych odwołań, to, jak widać, trudno. Zniewieścieliśmy. I to do tego, z chęcią, przyłączają się nasi poborowi migranci. Takie to jest nasze dziedzictwo Zachodu, ku któremu tęsknią naiwni, albo wyrachowani uciekinierzy.
25 maja 2024 r. | Nr 21/2024 (673) Nierzeczywistość mtodd Szanowni Państwo! Zarówno niemiecki nazizm, rosyjski komunizm, jak i ponownie niemiecki „genderyzm”, a ostatnio „klimatyzm”, próbują narzucić nam myślenie niezgodne ze zdrowym rozsądkiem, w imię „nauki”, z nauką nie mające nic wspólnego. Nierzeczywistość dopadnie nas z obezwładniającą mocą, jeśli nie sprzeciwimy się jej zawczasu. Dzieci, w pewnym wieku, odkrywały zasady logiki. Nowe pokolenie może zostać przekonane, że te zasady już nie obowiązują, bo odkryli je biali heteroseksualni mężczyźni – wrogowie postępu i rozwoju. Nowe zasady czekają dopiero na odkrycie przez czarnoskóre lesbijki. Do tego czasu dzieci do szkół chodzić nie muszą, bo i po co? No, chyba dla obniżania naturalnego poziomu rozwoju, równając do niepełnosprawnych intelektualnie. Innym powodem uczęszczania do szkół może być obowiązek uczestniczenia w zbiorowych… nazwijmy to praktykach, dawniej przewidzianych wyłącznie dla dorosłych i to takich wymagających szczególnej tolerancji. Każdy totalitaryzm zbudowany jest na wrzaskliwym kłamstwie. Najpierw jest śmiesznie, później strasznie. Cieszmy się, póki możemy, z zabawnych sztuczek pajaców zatrudnionych na najwyższych stanowiskach w państwie i w stolicy. „Włodarz” stolicy wymyślił właśnie nowy zakaz/nakaz obowiązujący podległych mu urzędników. Zakazany jest krzyż, jako symbol chrześcijaństwa. Nakaz polega na ustaleniu z petentem jak się do niego zwracać, bo nie wiadomo przecież za kogo się uważa, uwzględniając mnogość płci. W takim razie, do mnie proszę zwracać się: Jaśnie Wielmożny Paniczu. Z pozdrowieniami Małgorzata Todd
Dzisiaj chyba mało kto pamięta przysmak dla dzieci, znany jeszcze w czasach mojego dzieciństwa, za Józefa Stalina i potem – za wczesnego Gomułki. Nazywał się on “makagigi” i sprzedawany był w postaci pasków podobnych do gumy do żucia, o której wtedy w Polsce tylko słyszeliśmy, a która w Ameryce była w powszechnym użyciu, podobnie, jak Coca Cola, która w Polsce pojawiła się dopiero za Gierka w ramach pozornej okcydentalizacji naszego bantustanu.
Makagigi jednak zniknęło bezpowrotnie, chociaż jego produkcja nie wymagała zakupu żadnych kosztownych technologii – a może właśnie dlatego – bo co za pożytek z towaru, którego produkcja nie wymagała zakupu żadnych kosztownych, zachodnich technologii, na których można było się na boku obłowić?
Tak czy owak, makagigi jako przysmak dla dzieci zniknął całkowicie, wyparty – jak słyszymy – przez rozmaite narkotyki, którymi dzieci i postępowa młodzież faszeruje się na potęgę, a potem ma halucynacje – że na przykład “planeta” płonie i trzeba ją ratować, powstrzymując się przed emitowaniem zbrodniczego dwutlenku węgla i innych gazów cieplarnianych.
Dopiero na tym tle możemy ocenić, jak daleko posunęliśmy się na drodze nieubłaganego postępu.
Jeszcze przed wojną, w koszmarnych czasach sanacji, opinią publiczną wstrząsnęła wiadomość, że Franciszek Fiszer, ten sam, co to twierdził, że nie będzie w Polsce dobrze, dopóki nie rozstrzela się 700 tysięcy łajdaków, odmówił wypicia bruderszaftu z Mieczysławem Grydzewskim z “Wiadomości Literackich”, ponieważ ten twierdził, że ludzkość powstała z gazów, wobec czego przyjaźnić się z nim nie może.
Nawiasem mówiąc, ktoś słysząc opinię Fiszera, że nie będzie w Polsce dobrze, dopóki – i tak dalej – zwrócił mu uwagę: ale panie Franciszku, może nie ma w Polsce aż tylu łajdaków – na co niestropiony Fiszer zagrzmiał: to nic nie szkodzi; w razie czego dobierzemy z uczciwych!
Wracając do makagigi, to wprawdzie w handlu już od dawna tego przysmaku nie ma, za to pojawił się w polityce, zwłaszcza w ostatnich dziesięcioleciach, kiedy to budujemy w naszym bantustanie naszą młodą demokrację. Przybiera on postać tak zwanych “tematów zastępczych”, które na rynek polityczny rzucają panujące nam miłościwie gangi.
One – jak wielokrotnie twierdziłem – uprawianie prawdziwej polityki mają od Naszych Sojuszników surowo zakazane – toteż rekompensują sobie ten zakaz rzucaniem na polityczny rynek różnego rodzaju makagigi, żeby opinia publiczna mogła sobie czymś wypełnić ustne jamy, dostępując w ten sposób iluzji uczestnictwa w polityce, nawet światowej. Przoduje w tym zwłaszcza koalicja 13 grudnia, która wprowadziła do rządu wyjątkowo liczną reprezentację wariatów.
A wariaci – jak to wariaci – nie mają pojęcia o kierowaniu państwem, ani też żadnego pomysłu na nie, zastępując tę impotencję swoimi wariactwami, którym usiłują nadać rangę obowiązującego prawa. Dopóki pan prezydent Duda dysponuje prawem wetowania tych niewydarzonych pomysłów, to jeszcze z Bogiem sprawa – ale co będzie, jak w 2025 roku skończy mu się druga kadencja, a suwerenowie demokratycznie wybiorą sobie kogoś innego – ot na przykład pana Rafała Trzaskowskiego, którego uważam za zarozumiałego blagiera – a jest to opinia chyba najbardziej uprzejma?
Wtedy już nic nie będzie chroniło nas przed wariatami i pewnie dlatego część opinii publicznej tak kurczowo trzyma się Unii Europejskiej w nadziei, że taka na przykład Reichsfuhrerin Urszula von der Leyen uchroni nas przed nami samymi. Obawiam się jednak, że to też iluzja, bo wystarczy przyjrzeć się dotychczasowemu składowi Parlamentu Europejskiego, by przekonać się, że oprócz filutów, którzy chcą sobie uzbierać na luksusową emeryturę, oprócz łajdaków, których według opinii Franciszka Fiszera, należałoby natychmiast rozstrzelać, resztę stanowią wariaci w sensie medycznym.
Oczekiwanie tedy, że wariaci cudzoziemscy uratują nas przed naszymi rodzimymi wariatami, jest kolejnym złudzeniem, z którym natychmiast powinniśmy się pożegnać. Nie jest to jednak łatwa sprawa, bo ludzie chcą w coś wierzyć, zwłaszcza w tak zwanych “ciekawych czasach”. Kiedy alianci w 1945 roku cofnęli uznanie rządowi Rzeczypospolitej w Londynie, w kręgach emigracyjnych zapanowała desperacja i pewna inteligentna pani powiedziała, że ludzie kurczowo chwytają się nawet cienia nadziei.
Wierzą na przykład – mówiła – w generała Kazimierza Sosnkowskiego – bo znał on marszałka Piłsudskiego, albo w ówczesnego premiera londyńskiego rządu, pana Tomasza Arciszewskiego – bo ma brodę.
Tymczasem premier Donald Tusk, który – jak tylko Niemcy odstąpiły od strategicznego partnerstwa z Rosją na rzecz strategicznego partnerstwa z bezcennym Izraelem, za co zostały przez prezydenta Józia Bidena wynagrodzone pozwoleniem urządzania Europy po swojemu, czyli budowy IV Rzeszy – zaczął z gołąbka pokoju przepoczwarzać się w krwiożerczego jastrzębia i militarystę.
Nie tylko zapowiedział objęcie naszego bantustanu niemiecką “żelazną kopułą”, która według wszelkiego prawdopodobieństwa stanowi milowy krok na drodze ustanowienia “europejskich sił zbrojnych”.
Chodzi o wyprowadzenia Bundeswehry spod amerykańskiej kurateli – ale ogłosił pragnienie zbudowania “Linii Zygfryda” nie tylko na granicy polsko-białoruskiej, ale również na granicach litewsko-rosyjskiej, łotewsko-rosyjskiej i estońsko-rosyjskiej i w tym celu już namawiał się z bankierową inwestycyjną na pożyczkę, żeby to sfinansować – to jeszcze 21 maja wydał zarządzenie powołujące czerezwyczajną komisję do badania ruskich i białoruskich wpływów w naszym bantustanie.
Taka komisja była powołana przez poprzedni rząd, z tym, że to była komisja parlamentarna, w związku z czym została przez Donalda Tuska rozpędzona bodaj już 14 listopada, zaraz po krzywoprzysięstwie jego rządu. Teraz ma to być komisja “pozaparlamentarna”, czyli złożona ze starych kiejkutów, którym będzie przewodził szef Służby Kontrwywiadu Wojskowego. Jak pamiętamy, SKW wypączkowała z “rozwiązanych” Wojskowych Służb Informacyjnych.
Na dobrą sprawę na czele komisji powinien tradycyjnie stanąć pan generał Marek Dukaczewski, bo któż lepiej potrafi naprawić zegarek, jak nie ten, co go zepsuł – ale byłaby to chyba zbyteczna ostentacja. Tak czy owak, nie ulega wątpliwości, że stare kiejkuty zdemaskują u nas tylu ruskich i białoruskich agentów, że nie będzie można nawet splunąć, żeby w jakiegoś nie trafić. W ten sposób cały świat, a już Europa w szczególności dowie się, że Polska to jedno bagno, przeżarte przez agenturę, jak nie ruską, czy białoruską, to niemiecką, jak nie niemiecką, to żydowską – i tak dalej.
Dla każdego tedy stanie się oczywiste, że z takim krajem nie można wchodzić w żadne konfidencje, a najlepszym wyjściem z sytuacji byłby jego ponowny rozbiór. Ja rozumiem, że Donald Tusk wykonuje takie zadanie – co zresztą jest przypuszczeniem uprzejmym – ale otaczająca go hałastra chyba nie zdaje sobie sprawy do czego przykłada rękę. Kto by pomyślał, że porażone polityką makagigi może być taką silną trucizną?
Nie milkną echa po tzw. festiwalu Eurowizji, czyli niegdyś festiwalu piosenki, który został przekształcony przez marksistów w festiwal patologii. To, co tam się działo, przechodzi ludzkie pojęcie.
Obejrzałem fragment tzw. Eurowizji i szybciutko musiałem wyłączyć, bo zrobiło mi się niedobrze. To nawet nie jest CYRK, to zwykła promocja patologii!
Satanizm, polityka i ludobójcy
Co się stało z festiwalem, na którym zaistniał taki zespół, jak np. ABBA czy nasza rodzima Edyta Górniak? Kto obserwował obrazki z Eurowizji, widział wysyp dziwactw, diabelskich, satanistycznych strojów i lewackiej ideologii. Na pewno nie można tego już nazwać festiwalem, który promuje talent, wokal, wykonanie czy doskonałą piosenkę wykonawcy. To polityczny cyrk, w którym rywalizacja polega na tym, kto zrobi z siebie większego idiotę.
W tym roku twórcy postawili na przekaz satanistyczny i promocję patologii. Gdy w pewnym momencie widziałem jednego z wykonawców reprezentującego Finlandię, który ściąga spodenki i gania po scenie NA ŻYWO z przyrodzeniem na wierzchu, nie wiedziałem, czy to konkurs piosenki, czy obrzydliwy film dla zdegenerowanych zboczuchów.
Eurowizja pokazująca kierunek Europy?
Trzeba powiedzieć wprost, że ten konkurs patologii jest odzwierciedleniem tego, co stało się z Europą, a przede wszystkim tego, do czego doprowadziła rewolucja seksualna i marsz przez instytucje dokonany przez marksistów. Jasno opisałem te tendencje w mojej drugiej książce „Kulisy Indoktrynacji”. Niestety wszystko wskazuje na to, że społeczeństwa Europy idą wyłącznie w nihilizm i jedyne, czego oczekują, to patologizacja. Patologizować! Patologizować i jeszcze raz PATOLOGIZOWAĆ! Ewidentnie to widać po tym, na kogo głosują – niestety – także Polacy.
Tylko od nas zależy, czy powstrzymamy ten upadek, czy wjedziemy w totalną przepaść. Polexit to w mojej opinii swoistego rodzaju panaceum na to, co się dzieje. Przynajmniej już należy głośno o nim mówić i promować ewentualną możliwość wyjścia z tego antynarodowego tworu. Przełoży się to również na kulturę, czytaj np. artystów i treści, jakie będą produkowane. Zachód gnije i umiera na naszych oczach, albo go odbijemy jako konserwatyści, albo po nas.
Ludobójczy Izrael wygwizdany
By być uczciwym, szacunek należy jednak oddać publiczności, która masowo wygwizdała reprezentantkę Izraela podczas jej występu. Rzecz jasna, wydawcy sprytnie przykryli te gwizdy, ale w Internecie nic nie ginie. Ciekawe, jak to jest, że Rosja czy Białoruś nie mają wstępu na ten festiwal, a zbrodniczy Izrael już tak.
W dymach bijących z lufy pistoletu zamachowca strzelającego do słowackiego premiera Roberta Fico, nasi Umiłowani Przywódcy, jeden przez drugiego, próbują uwędzić sobie swoje półgęski. Tak napisałby – gdyby oczywiście żył – sławny za pierwszej komuny pisarz Józef Ozga-Michalski. W 1967 roku bowiem napisał, że swoje półgęski ideowe „wielu” próbuje uwędzić w „dymach bijących z wojny izraelsko-arabskiej”. Teraz o wojnie izraelsko-arabskiej, to znaczy – o operacji ostatecznego rozwiązania kwestii palestyńskiej lepiej się nie wypowiadać – ale od czegóż dymy bijące z lufy wspomnianego pistoletu? A o dymach bijących z operacji ostatecznego rozwiązania kwestii palestyńskiej na wszelki wypadek lepiej głośno, albo nawet i wcale nie mówić, bo właśnie w Kongresie USA tamtejsi twardziele rozważają uchwalenie ustawy penalizującej w s z e l k ą krytykę Izraela. Tej ustawy jeszcze nie ma, ale krążą fałszywe pogłoski, że w związku z protestami jakie przewalają się przez amerykańskie wyższe uczelnie, pojawiła się tam orwellowska Policja Myśli w postaci zespołów złożonych z pracowników naukowych i wyselekcjonowanych studentów, którzy nieubłaganym palcem na razie wskazują i rejestrują przyszłych myślozbrodniarzy – a kiedy już powstanie tam, wzorowane na NKWD Ministerstwo Miłości, to ono już się nimi zajmie na swój sposób. „Wiecie, rozumiecie obywatelu; skoro nie podoba się wam bezcenny Izrael, to będzie z wami brzydka sprawa”.
Jak widzimy na przykładzie tych fałszywych pogłosek, wykoncypowana jeszcze w latach 60-tych przez prof. Zbigniewa Brzezińskiego teoria konwergencji, zaczyna się na naszych oczach właśnie potwierdzać. Głosiła ona, że antagonistyczne, trwające w śmiertelnym klinczu zimnej wojny supermocarstwa: USA i ZSRR, w miarę, jak trwanie w klinczu się przedłuża, coraz bardziej się do siebie upodabniają. Do czego to doprowadzi? Nietrudno się domyślić; doprowadzi do tego, że w razie czego nie będzie już gdzie uciekać, bo z jednej strony zimny ruski czekista Putin, a z drugiej – bezpieczniacy amerykańscy, którzy w ramach eksperymentów ze sztuczną inteligencją, z pewnością dysponują już maszynami śledczymi o mocy kilku tysięcy trupsów – co przewidział jeszcze w latach 60-tych Stanisław Lem.
Tymczasem u nas – jak to u nas – okazało się, że niezawisły pan sędzia Tomasz Szmydt, co to wybrał wolność na Białorusi, mieszkał z damą o egzotycznym imieniu „Olena”, nawiasem mówiąc, takim samym, jakie nosi pierwsza dama Ukrainy. Ta „nasza” pani Olena tymczasem najsampierw zacierała za sobą ślady, a teraz w ogóle zniknęła. Toteż rząd wprawdzie porozsyłał za panem sędzią listy gończe i nawet wydał – co prawda nie bardzo wiadomo komu – nakaz aresztowania go – ale jak tu go aresztować skoro Putin porozmieszczał na Białorusi broń jądrową? Toteż – chociaż ABW oczywiście wszczęła tzw. „energiczne śledztwo” – pani Olena jednak zniknęła w sinej dali.
Nie budzi to naszego zdziwienia, bo przecież żyją ludzie pamiętający, jak to w sprawie „Amber Gold” też zostało wszczęte „energiczne śledztwo” – ale dopiero wtedy, kiedy ukradziona forsa też zniknęła w sinej dali. Widzimy choćby na tych przykładach, że mimo podmianki na pozycji lidera sceny politycznej naszego bantustanu, kontynuacja jest większa, niż nam się wydaje. Unosi się nad nią odwieczne pytanie: kto upilnuje strażników? – bo chyba nikt dorosły i normalny nie wierzy, że zdolny do tego jest poczciwy pan Tomasz Siemoniak?
Wróćmy jednak do dymów bijących z lufy pistoletu, z którego – i tak dalej. Jako pierwsza spróbowała uwędzić w nich sobie swój półgęsek Wdowa Narodowa, czyli pani Adamowiczowa. Wysmażyła mianowicie list otwarty do Naczelnika Państwa, wiążąc zamach na słowackiego premiera z kandydowaniem do Parlamentu Europejskiego byłego prezesa TVP, Jacka Kurskiego. Wdowa Narodowa bowiem, podobnie jak inni dawni koledzy pana prezydenta Pawła Adamowicza, tak długo powtarzali mantrę, że to rządowa telewizja zadźgała go podczas występów pana „Jurka” Owsiaka, że najwyraźniej sami w to uwierzyli. Toteż kol. Ziemkiewicz, któremu najwyraźniej jeszcze mało bliskich spotkań III stopnia z niezawisłymi sądami, zaapelował do Wdowy Narodowej, by się opamiętała, w dodatku nazywając ją „obłudną kobietą”. Ciekaw jestem co na to powiedzą znane na całym świecie z niezawisłości niezawisłe sądy z gdańskiego okręgu sądowego – o ile oczywiście Wdowa zechce schronić się pod ich praesidium.
Wdowie Narodowej najwyraźniej pozazdrościł Książę-Małżonek, przypominając, jak to podczas jakiegoś zbiegowiska urządzonego przez Strajk Kobiet, ktoś zmierzał w jego kierunku ze strzykawką. Książę-Małżonek jest przekonany, że ta strzykawka miała być narzędziem zbrodni niesłychanej. Wszystko to oczywiście być może – ale niekoniecznie. Warto bowiem zwrócić uwagę, że zbiegowisko było organizowane przez Strajk Kobiet, który stoi na nieubłaganym gruncie popierania zapłodnienia w szklance. Jak wiadomo, przy zapłodnieniu w szklance strzykawka jest nieodzowna – ale nie jako narzędzie zbrodni, tylko przeciwnie – jako zastępczy instrument przekazywania życia. Bardzo tedy możliwe, że żadna z uczestniczek zbiegowiska urządzonego przez Strajk Kobiet nie próbowała zgładzić Księcia-Małżonka, tylko przeciwnie – przy pomocy strzykawki go zapłodnić, dokonując w ten sposób eksperymentu podwójnego: po pierwsze – zapłodnienia w szklance, a po drugie – na mężczyźnie, którego męstwo w dodatku nie budzi niczyjej wątpliwości.
W ten sposób życie naśladuje literaturę – bo nie od rzeczy będzie przypomnieć nieśmiertelny poemat „Bania w Paryżu” Janusza Szpotańskiego, który opisując paryski, szalenie postępowy salon księżej de Guise, ujawnia najskrytsze marzenie jego gospodyni – „żeby Książę także zachodzić musiał w ciążę”. Skoro tedy w zasięgu strzykawki pojawił się Książę-Małżonek we własnej imponującej postaci, to trudno się dziwić, że któraś z uczestniczek zbiegowiska musiała ulec – jak to ująłby słynny filozof Immanuel Kant – „nieodpartemu impulsowi”. Oczywiście trudno wymagać od Księcia-Małżonka, by w atmosferze tumultu, jaka towarzyszy zbiegowiskom, zwłaszcza z udziałem pobudzonych nienaturalnie kobiet, trafnie rozpoznał zamiary osoby próbującej podejść go ze strzykawką, ale teraz po tumulcie przecież ani śladu; Strajk Kobiet najwyraźniej urządzanie zbiegowisk ma od swoich oficerów prowadzących zakazane, żeby nie szkodzić Donaldu Tusku w jego markowaniu polityki światowej i krajowej – bo uprawianie prawdziwej polityki on przecież także ma surowo od Naszych Sojuszników zakazane.
After years of hearing about the planet’s overpopulation as a young woman, I made a very clear and conscious decision not to have children. I considered this my “contribution” to the earth, not to add an additional burden upon our natural resources.
Little did I know that I may have been duped like many other women I know who made a similar decision. Now, if I had known the truth, that our planet, particularly the US birth rates, have been in decline for… well, decades now, I may have made a very different decision.
A lagging US birthrate continues to be a little-known fact. Ask the average American, and they would swear to you that we are on a massive overpopulation curvature.
Dr. Carrie Madej tipped me off a year ago that the US was utilizing the tetanus shots as an undercover sterilization campaign. She told me that she knew firsthand that the more a woman receives a tetanus shot, the more likely she will be unable to conceive.
I had always suspected a host of reasons for the global population decline, most of which are environmental. However, it never dawned on me that tetanus shots could play a huge role.
Official U.S. birth data for 2020 showed that births have been falling almost continuously for over a decade. For 50 years now, the U.S. total fertility rate has remained near or below the “replacement” level of 2.1. The total fertility rate estimates the average number of babies a woman would have in her lifetime; 2.1 is the level needed for a generation to replace itself.
It wasn’t just Dr. Carrie Madej pointing out a correlation between infertility and tetanus shots.
A brouhaha had been stewing in Africa in the early 1990s when the Kenya Conference of Catholic Bishops and the Kenyan Health Ministry were going head to head in a battle over the safety of a tetanus vaccine administered to women in the country.
In November 1993, a Catholic publication appeared claiming an abortifacient vaccine was being used as tetanus prophylactic. Catholic church leaders began accusing the WHO and UNICEF of nefariously lacing tetanus shots they had given to girls and women of childbearing age containing the anti-fertility drug human chorionic gonadotropin (hCG).
We have been led to believe that one tetanus injection should protect for at least ten years. Yet, these tetanus protocols in Mexico and Africa targeted childbearing women to be injected every six months.
Continuously denying the accusation, in 2014, the WHO and UNICEF made a public statement expressing “their deep concern about the misinformation circulating in the media on the quality of the Tetanus Toxoid (TT) Vaccine in Kenya.”
They neglected to include in their statement that the WHO announced a “birth-control vaccine” for “family planning” in 1976 when WHO researchers had “conjugated tetanus toxoid (TT) with human chorionic gonadotropin (hCG), producing a “birth-control” vaccine. Conjugating TT with hCG causes pregnancy hormones to be attacked by the immune system. Expected results are [spontaneous] abortions in pregnant females and/or infertility in recipients not yet impregnated. Repeated inoculations prolong infertility.”
Pub med article here, Tetanus vaccine may be laced with an anti-fertility drug. International / developing countries
Similar tetanus vaccines laced with hCG have been uncovered in the Philippines and Nicaragua. In addition to the WHO, other organizations involved in the development of an anti-fertility vaccine using hCG include the Bill and Melinda Gates Foundation, the Rockefeller Foundation, the UN Population Fund, the UN Development Programme, the World Bank, the Population Council, the All India Institute of Medical Sciences, the US National Institute of Child Health and Human Development, and Ohio State universities.
(I know that “correlation does not imply causation,” but knowing what we know now, we need to consider this explanation as a possibility)
Once again, we have another criminal case of uninformed consent. Women who have no clue these shots have been preventing pregnancies or causing spontaneous abortions. The tetanus shots are possibly another example of medical malfeasance of the highest order.
How do we respond? First of all, know that the risk of a person contracting tetanus is very low unless he/she is an agricultural worker and working near animal manure. It’s not rust that gives us tetanus; it’s manure. The medical establishment never tells us this. If you are a young woman or girl that intends on becoming a mother someday, perhaps think twice about the tetanus shot. The more shots you receive, the higher the risk of not being able to conceive.
If you want more in-depth information, I recommend watching (and sharing) the newly released 30-minute documentary, “Infertility: A Diabolical Agenda.”
Lastly, spread the word. At the very least, let women know they should seriously investigate before deciding whether or not to take a tetanus shot. Knowledge is power.
Według przybliżonej oceny obecnie w dalekowschodnich laboratoriach może znajdować się ok. 100 000 kompletnych polskich genomów. Nad zawartymi w nich wrażliwymi danymi osobowymi nie ma żadnej kontroli – alarmuje Komitet Genetyki Człowieka i Patologii Molekularnej PAN. Dlaczego nie powinnyśmy zlecać badań genetycznych firmom spoza Polski? – pytamy przewodniczącego Komitetu prof. Michała Witta.
Prof. Maciej Witt. Fot. materiały prasowe
Informacja genetyczna stanowi zbiór najbardziej wrażliwych danych osobowych. Wysyłanie próbek z materiałem biologicznym tam, gdzie nie ma kontroli nad wynikami badań i ich analizą, jest ryzykowne – przestrzega prof. dr hab. Michał Witt, dyrektor Instytutu Genetyki Człowieka PAN
Chiny dysponują największą i najbardziej zróżnicowaną bazą danych genomów człowieka, dzięki czemu dominują w dziedzinie diagnostyki medycznej, farmaceutyków oraz broni biologicznej;
Tymczasem ciągle nie ma ustawy regulującej badania genetyczne. Dlatego pacjenci nie mają prawnych gwarancji, a lekarze genetycy balansują na krawędzi prawa
***
Rynek Zdrowia: Panie profesorze, na czym polega niebezpieczeństwo, o którym mowa w stanowisku Komitetu Genetyki Człowieka i Patologii Molekularnej Polskiej Akademii Nauk?
Michał Witt: – Powód naszego zaniepokojenia jest prosty. Informacja genetyczna stanowi zbiór najbardziej wrażliwych danych osobowych. Wysyłanie próbek z materiałem biologicznym tam, gdzie nie ma kontroli nad wynikami badań i ich analizą, jest ryzykowne. Może dojść do naruszenia prywatności.
Domyślam się, że to nie wszystko, że Komitetowi nie chodzi jedynie o ochronę praw człowieka i poszanowanie prywatności.
– To prawda. Problem jest głębszy. Ludzi, którzy wysyłają swój materiał biologiczny do nieznanych im laboratoriów są na świecie miliony. A to przecież niezwykle cenny dla wielu podmiotów zbiór danych wysoce wrażliwych. Zilustruję to przykładem. Jeśli popatrzymy na mapę świata z liczbą zakażeń i ciężkich przebiegów Covid-19, to zobaczymy, że w niektórych regionach tych ciężkich przypadków, nazwijmy je respiratorowymi, jest więcej, a w innych mniej. Jeżeli jakieś laboratorium zbiera dane genetyczne na ten temat z określonych regionów, to ma w ręku gotowe narzędzie do skonstruowania broni biologicznej, wymierzonej wprost na tę populację. Można stworzyć wirus, który będzie atakował konkretną populację.
Do zbierania danych genetycznych wykorzystano pandemię. W stanowisku Komisji mówimy wprost, że w ostatnim roku w 30 krajach świata Chińczycy otworzyli ponad 80 laboratoriów Covid-19, oferując testy diagnostyczne i pozyskując stosowne informacje. Zebranie największej i najbardziej zróżnicowanej bazy danych genomów człowieka daje Chiną dominację na rynku farmaceutyków, diagnostyki medycznej oraz broni biologicznej.
Nie tylko o broń biologiczną chodzi. Takie dane to skarb dla koncernów farmaceutycznych. Teraz jest czas medycyny personalizowanej, czyli nakierowanej na konkretnego pacjenta. O czymś takim ludzkość marzyła od zawsze, od starożytnych Greków. Marzyli o tym, żeby leczyć pacjenta, nie chorobę. Obecnie to jest możliwe dzięki badaniom genetycznym. Jesteśmy w stanie sprofilować pacjenta, tak żeby niektóre z leków – bo nie wszystkie, ale na przykład leki psychiatryczne, onkologiczne – przymierzyć do profilu genetycznego, który ma dany pacjent. Teraz koncerny farmaceutyczne – a mają one olbrzymie pieniądze, gdyż rynek leków, po rynku broni, jest największy – będą wiedziały jak przygotować leki, które w danej populacji zostaną dobrze sprzedane.
Mam się tym martwić czy cieszyć? Te koncerny muszą mieć pieniądze, bo stworzenie nowego leku to długa seria kosztownych prób. Ponad połowa badań, które mają znaleźć substancję farmakologicznie czynną nie kończy się sukcesem. Trzeba mieć finansowe zaplecze, żeby sobie pozwolić na ryzyko. Tak jest ten świat urządzony.
– Że tak się dzieje, nie oznacza, że trzeba to akceptować. Gdyby wszyscy świadomie się zgadzali na przekazywanie materiału biologicznego, nie miałbym zastrzeżeń – ich sprawa. Ale zgadzają się nieświadomie. Świadoma zgoda polega na tym, że z każdą osobą trzeba porozmawiać i uzyskać zgodę. Tymczasem koncerny idą na skróty i płacą olbrzymie pieniądze różnym laboratoriom i firmom biotechnologicznym, które takie dane zbierają. Same ich nie pozyskują. Po drodze jest cały łańcuch pośredników, którzy zbierają dane w sposób bezprawny, bo ludzie nie zgodzili się na przekazywanie ich danych kolejnym podmiotom. Zgadzając się na istniejący teraz proceder, przekreślamy podstawowe prawa człowieka, odbieramy ludziom prawa, które mają.
Jak w takim razie powinno wyglądać poprawne, zgodne z regułami sztuki lekarskiej i prawa, pozyskiwanie danych genetycznych?
– Jeśli będziemy zlecali badania laboratoriom, o których coś wiemy, to wszystko w porządku. Przed badaniem genetycznym wypełnia się i podpisuje formularz świadomej zgody, w którym jest klauzula, że podmiot, który badanie wykonuje, deklaruje, że materiał genetyczny i dane genetyczne nie zostaną nikomu ujawnione i nie będą użyte do innych celów niż te, na które została wyrażona zgoda.
Niemniej istotne jest też uzyskanie w laboratorium fachowej porady genetycznej. Bo to, co dostaje się po wysłaniu testu do nieznanej firmy biotechnologicznej, to świstek papieru, do którego można dołączyć pozdrowienie, a nie fachowa interpretacja wyników badania genetycznego.
Przecież to wszystko, o czym pan mówi można uregulować prawnie.
– Środowisko genetyków mówi o tym odkąd pamiętam. W 2012 roku przekazałem konkretne propozycje do ustawy dotyczącej badań genetycznych dla celów zdrowotnych, nad którymi przez półtora roku pracowali wspólnie genetycy, prawnicy, etycy, filozofowie. Przekazałem dokument ministrowi nauki, a on ministrowi zdrowia. Teraz jest 2021 i nic na ten temat nie słychać. Genetyka od zawsze traktowana była jak gorący kartofel. Politycy mówią, że owszem – to ciekawe i ważne, ale regulacji jak nie było, tak nie ma. Dlatego pacjenci nie mają prawnych gwarancji, a lekarze genetycy balansują na krawędzi prawa.
Reguły są ważne. W genetyce klinicznej reguła jest taka, że każde badanie wiąże się najpierw z rozmową z pacjentem i zebraniem wywiadu, ze wspólnie podjętą decyzją, a potem jest interpretacja wyników. Każdy wynik genetyczny musi podlegać profesjonalnej interpretacji, w przeciwnym razie nic nie jest wart.
Ustawy regulującej badania genetyczne nie mamy, a czy mamy w Polsce odpowiednią infrastrukturę, żeby je prowadzić?
– Mamy bazę, laboratoriów sekwencjonowania jest kilka. W naszym Instytucie Genetyki Człowieka PAN, w ramach Innowacyjnego Centrum Medycznego, też jest. To są urządzenia o bardzo wysokiej przepustowości, są w stanie zabezpieczyć technicznie w sumie potrzeby całej Polski. Jednakże firmy azjatyckie, dzięki dotacjom rządowym, mogą zaoferować niższe ceny, które w istocie są cenami dumpingowymi. Dlatego też tak łatwo pozyskują olbrzymią ilość materiału i generują olbrzymie banki danych.
Chińczyków to my nie przegonimy, ale czytałem, że mamy nowoczesne narzędzia bioinformatyczne, które powstały przy okazji tworzenia mapy DNA Polaków.
– Mapa DNA Polaków jest konstruowana w oparciu o sekwencjonowanie przez firmę azjatycką. Na tym rzecz polega, że to są pieniądze polskiego podatnika, a podmiot, który się tym zajmuje, za pomocą pośredników, wysyła ten materiał np. do Chin, gdzie jest sekwencjonowany. Tu jest problem.
Zamach na Roberta Fico. Obstawa zawiodła zupełnie, zamachowiec zdołał oddać 4 strzały, w dodatku z najbliższej odległości. W czasie zamachu na Reagana padły tylko 2 strzały. Podobnie w przypadku Jana Pawła II, choć w pobliżu Agcy nie było żadnych ochroniarzy.
Dla globalistów Fico stanowił ryzyko, zwłaszcza obecnie, gdy trwają przygotowania do wojny z Rosją na pełną skalę. Ostrzegał przed niebezpieczeństwem III wojny światowej; w dodatku Słowacja graniczy z Ukrainą. Także sąsiadujące ze Słowacją Węgry w tej wojnie udziału nie wezmą. W dodatku stronnik Fico – Peter Pellegrini – wygrał wybory prezydenckie.
A przy tym Fico otwarcie mówił o sprawach, o których ideologiczna poprawność każe milczeć: korupcja na Ukrainie, straty słowackiego rolnictwa z powodu niekontrolowanego ukraińskiego eksportu do krajów UE, konsekwencje masowego napływu imigrantów z krajów muzułmańskich do Europy. Media zrobiły z niego „prawicowca” (w rzeczywistości jest socjaldemokratą; najważniejsze jednak, że reprezentuje tak rzadką dzisiaj orientację zdroworozsądkową).
Zuzanę Čaputową otwarcie nazwał „amerykańską agentką” – i na pewno nie było to komplementem. W Polsce agenci wywiadu amerykańskiego to bohaterowie narodowi i obiekty niemal religijnego kultu. Najbardziej legendarnemu wśród nich – Zdzisławowi Jeziorańskiemu, czyli „Janowi Nowakowi”, nie zaszkodziła nawet kolaboracja z administracją okupanta w latach II wojny światowej, na niezbyt chlubnym stanowisku starszego komisarza w zarządzie „mienia pożydowskiego”. W Centralnej Agencji Wywiadowczej doszedł do rangi pułkownika – mówił mi o tym Bohdan Korab-Osadczuk – a mam podstawy by ufać, że był w tej sprawie dobrze zorientowany. Jeden z prokuratorów IPN-u podjął nawet postępowanie w celu zbadania charakter działalności Nowaka-Jeziorańskiego w latach okupacji w Warszawie; długo ono jednak nie trwało…
Gdy Imperium Dobra zamierzało rozlokować bazy wojskowe na terytorium Słowacji, nasi południowi sąsiedzi podziękowali, uzasadniając odmowę tym, że obecność obcych wojsk na własnym terytorium świadczy o braku suwerenności. W Polsce elity polityczne , przy pełnym poparciu opinii publicznej, optują unisono za zwiększeniem liczby wojsk amerykańskich w Polsce w celu… obrony suwerenności. Warto się zastanowić, o czym to świadczy.
Vladimir Volkoff – znawca „działań aktywnych” (był doktorem filozofii, a także solidnie przygotowanym – i z sukcesami – oficerem wywiadu francuskiego) – opisał w powieści „Le Retournement” mechanizm organizowania przez tajne służby zamachów na niewygodnych polityków. Ważna jest odpowiednia motywacja zamachowca, jego przeświadczenie o słuszności planowanej akcji – o to musi zadbać oficer prowadzący. Dobrze, jeśli agent cierpi przy tym na zaburzenia psychiczne, bowiem ta okoliczność zwalnia z reguły sąd od obowiązku dociekliwego badania sprawy i jej możliwego tła. Techniczne aspekty zamachu, takie jak wybór miejsca i czasu, leżą w gestii tajnych służb.
16.5.2024
Jak poinformowała Wirtualna Polska, Piotr Niemczyk mówił w Studiu PAP, że inspiracja do zamachu na Fico wyszła zapewne z Rosji (to do mego zbioru „Putin jest dobry na wszystko”). Skoro – jak przekonują media masowej manipulacji i eksperci – Rosjanie strzelają sami do siebie i wysadzają w powietrze wybudowane przez siebie gazociągi – to dlaczego nie mieliby strzelać do szefa rządu, który konsekwentnie sprzeciwia się eskalacji wojny NATO z Federacją Rosyjską? „Gdy rozum śpi – rodzą się demony” – tak Goya zatytułował swą najbardziej znaną akwafortę z cyklu Los Caprichos. Polityczny rozsądek w Polsce jest w stanie trwałej hibernacji, zaś taki stan rodzi całe zastępy demonów a przede wszystkim piramidy absurdu.
Niemczyk był swego czasu – jako aktywista ruchu „Wolność i Pokój” (niechętnego polityce amerykańskiej w czasie 1. kadencji Ronalda Reagana) – specjalistą od pokoju. Teraz jest specjalistą od wojny, na której zależy polskiej classe politique. Dziś przeciwnicy wojny to ekstremiści, ma się rozumieć prawicowi. Pomiędzy pacyfizmem a militaryzmem Piotr Niemczyk był również specjalistą od bezpieki i pełnił odpowiedzialne funkcje w UOP-ie. Jednym słowem – autorytet i to wszechstronny.
17/18.5.2024
Kolejny autorytet wystąpił z twierdzeniem, że za zamachem na Roberta Fico stoją „służby rosyjskie”, czyli – nazwijmy rzecz po imieniu – Putin. Tym autorytetem jest generał Andrzej Pawlikowski – specjalista od spraw bezpieczeństwa. Generał, w dodatku profesor, była szef Biura Ochrony Rządu, doradca prezydenta Dudy – ktoś taki mylić się nie może. MMM, prezentując tego rodzaju autorytety, tworzą wirtualny świat, który ogłupiana publiczność uznaje za rzeczywistość.
W tym samym wystąpieniu generał ocenił zachowanie ochroniarzy Roberta Fico jako „bardzo profesjonalne”. Tymczasem zdjęcia zamachu pokazują coś dokładnie odwrotnego: zamachowiec bez przeszkód strzela kilkakrotnie z bliskiej odległości, co ułatwiają mu barierki, oddzielające go od premiera i… obstawy tego ostatniego. „Goryl”, którego obowiązkiem było zasłonienie osoby chronionej własnym ciałem, chyba się wystraszył. Żaden z agentów bezpieczeństwa nie zdążył nawet sięgnąć do własnej broni. Kierowca opancerzonego samochodu wysiadł z pojazdu (może z ciekawości?), wokół którego ochroniarze biegali bez widocznego celu itd.
Przypomniało mi się wydarzenie z lat chyba jeszcze 90-tych ubiegłego wieku. Otóż gdzieś w Polsce z cyrku uciekł tygrys. Do akcji ruszyły organy bezpieczeństwa, zaś dla zapewnienia wolności informacji marszrucie tygrysa towarzyszył cały zastęp fotoreporterów. Dowodzący eksperci wydali rozkaz zastrzelenia drapieżnika. Strzelec spudłował, trafił jednak śmiertelnie fotoreportera, znajdującego się na linii strzału. Wypowiedzi generała Pawlikowskiego dowodzą, że przez 30 lat kompetencje specjalistów od spraw bezpieczeństwa pozostają na tym samym poziomie.
W tym okresie miała również miejsce katastrofie samolotu TU-154 pod Smoleńskiem, w której zginęło 96 osób, m.in. szef sztabu generalnego i dowódcy wszystkich rodzajów polskich sił zbrojnych. Oczywiście najważniejszą postacią w makabrycznej hierarchii ofiar był Prezydent RP. Pokaźna część opinii publicznej w Polsce jest przekonana, że Lecha Kaczyńskiego zamordował Putin. Nie można co prawda odpowiedzieć na pytanie o motywy zbrodniarza, ale jeśli „rozum śpi” – to racjonalne poszukiwanie motywów jest zbędne. W moim przekonaniu istotne pytanie (a nie wiem, czy ono w ogóle się pojawiło) brzmi: Kto był odpowiedzialny za wysłanie do Smoleńska prezydenta państwa i kompletu najwyższych dowódców sił zbrojnych na pokładzie samolotu, który nie należał do bezpiecznych? Nawet jeśli nie wszystkie wypadki TU-154 (zwłaszcza te na liniach wewnętrznych w latach sowieckich) są znane, ten model tupolewa był w czołówce statystyk katastrof lotniczych.
Katastrof będzie więcej, nie tylko lotniczych. Odważny Andy Duda już zapowiedział zgodę za rozmieszczenie na terytorium Polski broni atomowej. Prezydent państwa nie wie, że główną przyczyną wojny, rozpoczętej 24 lutego 2022 roku, była perspektywa dyslokacji na terytorium Ukrainy, po jej włączeniu do NATO, amerykańskiej broni rakietowej, zdolnej do przenoszenia głowic nuklearnych. Umożliwiałoby to przeprowadzenie w ciągu kilku minut ataku atomowego na Moskwę czy Petersburg, przy czym Rosja nie ma możliwości analogicznej reakcji (taka sytuacja uzasadnia dokonanie zgodnego z prawem międzynarodowym ataku prewencyjnego; Wowa Putin zdecydował się jednak na propagandową formułę „specjalnej operacji wojskowej”).
Polski prezydent nie wie, ponieważ doradcy nic mu nie powiedzieli; zapewne oni też nie wiedzą. Andy Duda jest typowym polskim mężem stanu, bowiem ignorancja jest nie od dziś podstawą polskiej polityki, prowadzącej do katastrof narodowych. Aliści z uwagi na zajmowane stanowisko Duda może swoimi decyzjami spowodować nieobliczalne konsekwencje.
19/20.5.2024
Odnotować wypada – choćby ex – post – ważne „wydarzenie artystyczne” w Monachium. Otóż wystąpiła tu legendarna rosyjska grupa Pussy Riot, laureatka wielu prestiżowych nagród, zwłaszcza w Niemczech. Uhonorowała ją też Fundacja Vaclava Havla, co również dziwić nie powinno. Performance miał miejsce w Pinakothek der Moderne (powstała w 2002 roku, uzupełniając XIX-wieczne Alte i Neue Pinakothek).
Publiczność waliła do pinakoteki nowoczesności drzwiami i oknami. Ponieważ budynek jest w remoncie, do wnętrza dostało się jednak tylko niewiele ponad 500 osób. Szczęśliwcy wyczekiwali w napięciu na performance… I wreszcie – jest! Dzieło sztuki wykonała sama Maria Aljochina: położywszy na podłodze oprawione w ramy „urzędowe” zdjęcie rosyjskiego prezydenta i rozkraczywszy się nad obrazem – oddała nań mocz, czyli dokonała symbolicznego zamachu na Putina, obszczywając jego wizerunek. Owacjom i okrzykom zachwytu nie było końca…. O wszystkim doniosła „Tageszeitung” w rubryce „Kultura”, pisząc o „ataku na Putina”.
Moczem, a także krwią, padliną i zwierzęcymi wnętrznościami posługiwali się w swych występach „Wiener Aktionisten” już w latach 1960-tych (najbardziej znani „akcjoniści” to Günter Brus, Otto Muehl i Hermann Nitsch). Aljochina i towarzyszki nie są zatem oryginalne, ale są „politycznie zaangażowane”. W akcjach Wiedeńczyków doszukiwano się co prawda politycznego przekazu: protest przeciwko burżuazyjnej moralności itp. Nitsch mówił natomiast otwarcie, że im większy skandal, tym większy dochód; ale w końcu jedno nie wyklucza drugiego. Pussy Riot oferuje swe występy bezpłatnie, ich polityczny przekaz nie wymaga egzegezy a przede wszystkim jest super-poprawny ideologicznie.
Ideologicznie poprawny był też zamach na szefa słowackiego rządu. Nie można zrównywać strugi perlistego moczu, która spłynęła po wizerunku Wowy Putina, z ładunkami, które ugodziły Roberta Fico. Można natomiast dopatrzyć się analogii w motywacji sprawców obu ataków. W czasach, kiedy słuszny jest tylko jeden pogląd polityczny, szermierze tolerancji, chcąc zapewnić jego tryumfalny pochód, usuwają przeszkody i sięgają przy tym do skrajności, które mogą manifestować się w różnej formie. Nota bene zamachowiec z Handlovej to również artysta, ma się rozumieć „proeuropejski”.
Patrząc na sprawę z pewną dozą przekory, można dojść do wniosku, że Władimir Władimirowicz Putin stał się inspiracją nowoczesnej, (post)modernistycznej sztuki. A ma już przecież spore zasługi jako promotor kultury ukraińskiej. Od marca 2022 roku w Reichu (a zapewne również w innych krajach UE) trwa niekończący się festiwal imprez, wykładów, seminariów, wystaw poświęconych Ukrainie: nie tylko ukraińska historia i literatura, lecz również ukraińska filozofia, ukraiński balet, ukraiński film, ukraiński jazz, rock, folk… Czy to na festiwalach filmowych, czy konkursach muzyki chóralnej, przedstawiciele Ukrainy mają a priori zapewnione nagrody.
A może – aby nie pozostać w tyle za Berlinem, przewodnią siłą Unii Europejskiej – zorganizować performance Pussy Riot w Polsce? Najbardziej godnym patronem takiej imprezy wydaje mi się Marszałek Sejmu Rzeczypospolitej.
Tomasz Mianowicz (Monachium)
=====================
mail:
Juraj Cintula, który strzelał do premiera Słowacji
Szanowny Panie, nadzwyczaj trudno oderwać się od natłoku zadań związanych z obroną obecności krzyża i symboliki religijnej w Warszawie. Już za kilka dni poinformujemy Pana o naszych nowych krokach, które podejmujemy, by powstrzymać zdejmowanie krzyży ze ścian, gdzie zawieszono je po upadku komunizmu. Dzisiaj jednak chciałabym napisać do Pana o temacie jeszcze bardziej strategicznym, od którego zależeć będzie przyszłość całego naszego Narodu. Kontynuacja lat zaniechań w tym obszarze oznaczać będzie w perspektywie jednego lub dwóch pokoleń oddanie Polski w ręce fal imigrantów, niezbędnych do wypełnienia strat ludnościowych spowodowanych przez antyrodzinną kulturę, politykę i prawo. W niedzielę będziemy świętować Dzień Matki. Zapewne media będą prześcigać się w publikowaniu pięknych tekstów i materiałów, doceniających i afirmujących macierzyństwo. Ale niestety to tylko jeden dzień w roku…Przez pozostałe 364 dni jesteśmy zewsząd atakowani propagandą zniechęcania do macierzyństwa (podobnie jak ojcostwa). W mediach społecznościowych, memach i artykułach na portalach dla nastolatków – macierzyństwo jest regularnie wyśmiewane i pogardzane. Młode dziewczyny słyszą na każdym kroku, że kobiety nie różnią się niczym od mężczyzn i powinny pragnąć przede wszystkim kariery zawodowej. Ponadto powinny skoncentrować się na realizacji osobistych marzeń, dla których macierzyństwo jest tylko przeszkodą i cierpieniem. A za zagłuszanie instynktu macierzyńskiego ma być odpowiedzialny piesek lub kotek…Czy zatem musimy się po prostu pogodzić z tym, że współczesny świat skutecznie wygasza w kobietach instynkt macierzyński i jedynym sposobem na demograficzne przetrwanie Polski jest przyjmowanie masowo imigrantów z Afryki i Bliskiego Wschodu? Na te pytania kompleksowe odpowiedzi przygotowuje od lat zespół ekspertów polityki rodzinnej Ordo Iuris. Jednak co z tego, jeżeli politycy – z lewa i z prawa – zainteresowani są jedynie szybkimi, doraźnymi efektami i politycznym poparciem, jakie może wygenerować „polityka rodzinna” już przy następnych wyborach. Tymczasem, odpowiedzialna polityka rodzinna to oddziaływanie na kulturę prorodzinną i systemowa budowa instrumentów wsparcia, których efekty będziemy dostrzegać w perspektywie pokoleń.Według badań CBOS tylko 30 procent badanych do 40. roku życia ma zaspokojone tzw. potrzeby prokreacyjne, a 57 procent ma mniej dzieci, niż by chciało. Dlaczego zatem tak wiele kobiet nie decyduje się na dziecko pomimo głębokiego pragnienia jego posiadania?Nie mam wątpliwości, że winę za to ponosi w decydującym stopniu współczesna kultura – wroga macierzyństwu (szczególnie wielodzietnemu), ojcostwu i wiążącemu się z nimi poświęceniu; rozdzielenie i przeciwstawienie sobie kobiecości i macierzyństwa, macierzyństwa i ojcostwa, stygmatyzujące rodziców – zarówno matki i ojców – słownictwo. Dlatego, aby zażegnać kryzys demograficzny, musimy działać dwutorowo.Po pierwsze – trzeba dążyć do zmiany społecznego odbioru rodzicielstwa; walczyć ze stygmatyzacją i pogardą dla matek konsekwentnie szerzoną wśród młodego pokolenia, przez ukazywanie piękna szczęśliwej i licznej rodziny w mediach i kulturze. A po drugie – musimy inspirować budowę systemu, realnie premiującego macierzyństwo, aby mądre i celowe wsparcie było w stanie docenić realny wkład matek w przyszły dobrobyt Polski.Oba kierunki systemowej polityki rodzinnej rozwijamy w Instytucie Ordo Iuris. Dlaczego piszę o tym w czasach, gdy rząd nie zdradza zainteresowania rozwojem takich działań? Bo ten czas jest najlepszy do przygotowania gotowych rozwiązań, analizy przykładów dobrej polityki rodzinnej, upowszechnienia wiedzy o przyczynach niepowodzenia polityki nastawionej wyłącznie na transfery pieniężne. Gotowa, sprawna polityka demograficzna i rodzinna musi stać się programem całej, prorodzinnej opozycji. Nie stanie się to bez naszego zaangażowania. W Instytucie Ordo Iuris analizujemy i opiniujemy wszelkie projekty i zmiany prawne obejmujące szeroko rozumianą politykę prorodzinną. Przygotowujemy raporty, analizy i własne rekomendacje oraz projekty ustaw, organizujemy debaty i konferencje. Najnowszym rządowym projektem o charakterze rzekomo prorodzinnym jest program „Aktywny rodzic”, czyli tzw. „babciowe”. Program miał być wsparciem dla matek, ale w rzeczywistości jest swoistym szantażem i próbą przymuszenia kobiet do wybrania pracy zawodowej, kosztem samodzielnej czyli najlepszej opieki nad dzieckiem. Takie programy „prorodzinne” nie mają nic wspólnego z promowaniem rodzicielstwa. Wręcz przeciwnie. Wpisują się w realizacje „celów barcelońskich”, czyli unijnego programu narzucającego państwom członkowskim budowanie żłobków i stosowanie zachęt czy nacisków, aby jak najwięcej maluchów trafiło do żłobka oraz „aktywizację zawodową” kobiet, których zawodowa praca ma stać się wyłącznym wyznacznikiem „życiowej aktywności”. To tak, jakby pełna poświęceń praca wychowawcza była stratą czasu, relaksem lub zwykłym… lenistwem. Każda odpowiedzialna polityka demograficzna musi rozpocząć się od docenienia ciężkiej pracy wychowawczej matek, promując posiadanie dzieci, macierzyństwo a także ojcostwo jako atrakcyjny styl życia i spełnienie niezwykle ważnej części swoich pragnień. Musi także pozwalać matce na podjęcie autentycznie wolnej decyzji o pozostaniu w domu z dzieckiem bez poczucia winy i skazywania się na ubóstwo. Tym zagadnieniom kulturowej wojny o popularność rodziny, małżeństwa, macierzyństwa i rodzicielstwa poświęciliśmy wielką, międzynarodową konferencję we wrześniu ubiegłego roku. Zbudowane wówczas relacje z badaczami z USA, Węgier, Czech, Francji czy Wielkiej Brytanii pozwalają nam kontynuować prace nad całościową, systemową rodzinną polityką kulturową dla Polski. Niedawno w jednym z uniwersyteckim czasopism w USA nasz przyjaciel dr Bracy Bersnak podsumował nasze starania słowami „wierzę, że Lwy Ordo Iuris powstaną do obrony swej wielkiej Ojczyzny”. Nasi eksperci w ciągu ostatnich lat przygotowali także szereg konkretnych rekomendacji, które w miejsce szerokiego socjalnego rozdawnictwa wprowadziłyby precyzyjne instrumenty wsparcia o sprawdzonej już demograficznie wartości. To między innymi wprowadzenie tzw. ilorazu rodzinnego, obniżającego opodatkowanie rodzin proporcjonalnie do liczby posiadanych dzieci, podniesienie świadczenia dla matek, które nie mają prawa do zasiłku macierzyńskiego, oraz wydłużenie płatnego urlopu rodzicielskiego (który odpowiada za nadzwyczaj wysokie wskaźniki dzietności w Czechach). Analizy i staranne planowanie systemowej polityki demograficznej i rodzinnej to wyzwanie, którego obecnie podjąć może się jedynie Ordo Iuris. I to wyłącznie dzięki wsparciu naszych Darczyńców, którzy podobnie jak ja i Pan rozumieją, że strategiczne planowanie przesądzi o przyszłości całego Narodu.Dzięki Pana wsparciu, Polska może zyskać gotowe rozwiązania, dające nam szansę kulturowego, cywilizacyjnego i… biologicznego przetrwania w XXI wieku.
Po pierwsze – promować założenie rodziny!
Niemal od początku istnienia Instytutu Ordo Iuris, nasi eksperci zajmują się poszukiwaniem odpowiedzi na pytania o przyczyny i rozwiązania problemu kryzysu dzietności w Polsce. Do pierwszego naszego raportu „Jakiej polityki rodzinnej potrzebuje Polska” wprost odwoływał się rząd w czasie wprowadzania wybranych instrumentów polityki rodzinnej w 2016 roku. Później część naszych pomysłów została uwzględniona w rządowej Strategii Demograficznej 2040, a część była realizowana pośrednio w takich programach jak chociażby Rodzinny Kapitał Opiekuńczy. I choć niektóre rządowe programy prorodzinne przynosiły krótkotrwałe zmiany trendów demograficznych, to jednak długofalowe efekty wciąż nie są wystarczające. Dlaczego? Nasi eksperci od zawsze podkreślają, że dobre rozwiązania podatkowe czy socjalne są tylko wsparciem dla tego, co w skutecznej polityce prorodzinnej musi być fundamentem i absolutnym priorytetem, czyli dla budowania kultury posiadania dzieci, społecznego szacunku dla macierzyństwa i rodzicielstwa i odkłamywania coraz częściej obecnego – zwłaszcza w młodym pokoleniu – przekonania o tym, że rodzicielstwo to tylko wyrzeczenia i cierpienia. Jeśli młode Polki nie odkryją piękna macierzyństwa i tego, jak wielkim szczęściem i spełnieniem jest posiadanie dzieci, to nawet najlepsze rozwiązania polityki prorodzinnej państwa nie przyniosą skutku.Aby szerzej przeanalizować to zagadnienie, zorganizowaliśmy w ubiegłym roku międzynarodową, konferencję naukową „Kulturowe aspekty polityki prorodzinnej – dodatek czy podstawa skutecznej recepty na kryzys demograficzny”. Wybitni, światowi naukowcy oraz przedstawiciele think-tanków z Polski, Węgier, Wielkiej Brytanii i USA prezentowali swe badania oraz dyskutowali na temat kulturowego tła kryzysu demograficznego w świecie zachodnim. Szerzej całą konferencję relacjonowaliśmy już kilka miesięcy temu. Dlatego proszę pozwolić, że przypomnę tylko głos jednego z prelegentów – wspomnianego poniżej profesora Bracy’ego Bersnaka z amerykańskiego Christendom College, który przytoczył wyniki amerykańskich badań, dowodzących, że ludzie ceniący karierę zawodową wyżej od rodziny mają średnio o 0,6 dziecka mniej od tych, którzy wyżej cenią rodzinę. Profesor zauważył, że współczesna kultura masowa prezentuje rodzinę i małżeństwo jako zagrożenie dla ludzkiej wolności rozumianej w duchu skrajnego indywidualizmu. Jednocześnie podkreślił, że aby dać odpór tej antyrodzinnej narracji, powinniśmy podkreślać korzyści wynikające z życia rodzinnego. Powołując się na liczne badania, wskazał, że małżeństwo sprawia, że małżonkowie oceniają swoje życie jako bardziej szczęśliwe. I o tym właśnie trzeba mówić głośno!Wszyscy prelegenci byli zgodni, że dobra polityka prorodzinna to nie tylko rozwiązania socjalne i ulgi podatkowe, ale też przede wszystkim promocja małżeństwa i rodzicielstwa. Kluczem do jej sukcesu jest nieustanne przekonywanie, że małżeństwo i rodzina pozytywnie wpływają na całe życie człowieka. Państwo powinno wykorzystać swoje środki do wspierania twórców kultury – filmów, seriali, muzyki – promujących pozytywny obraz macierzyństwa i rodzicielstwa, będącego źródłem szczęścia, spełnienia i realizacji samego siebie. Matka w domu też jest „aktywna”!Niestety wprowadzane przez polskie rządy programy prorodzinne bardzo rzadko spełniają te postulaty.Ostatnio nasi eksperci przeanalizowali przyjęty w ubiegłym tygodniu projekt „Aktywny rodzic”, znany też jako „babciowe”. Program wprowadza dodatkowe świadczenie w wysokości 1 500 zł (lub 1 900 zł w przypadku rodziców dzieci z niepełnoprawnościami) dla rodziców, chcących wrócić do pracy po narodzeniu dziecka. Rząd deklarował, że program ma charakter wolnościowy i wychodzi naprzeciw preferencjom rodziców, bo to oni będą mogli zdecydować, czy zostawić dziecko pod opieką np. członka rodziny (stąd nazwa „babciowe”), czy też zostawić je w instytucjonalnym miejscu opieki, takim jak żłobek. Niestety program wyraźnie promuje rodziców, którzy zdecydują się na powrót do pracy zawodowej, za co otrzymają 1 500 zł „babciowego” lub 1 500 zł dofinansowania na żłobek. Jeśli jednak matka nie zdecyduje się na powrót do pracy zawodowej, otrzyma tylko 500 zł miesięcznie. Program jest więc de facto próbą przymuszenia kobiet do wybrania pracy zawodowej, kosztem samodzielnej opieki nad dzieckiem. Dlatego w naszych analizach wskazujemy, że to rozwiązanie nie przyczyni się do przeciwdziałania kryzysowi demograficznemu, a w dłuższej perspektywie może go wręcz pogłębić. Aby naprawdę przysłużyć się polepszeniu dzietności, nowe świadczenie powinno objąć matki osobiście opiekujące się swoimi dziećmi w tym samym stopniu, co matki, decydujące się na powrót do pracy zawodowej. Jak prowadzić skuteczną politykę demograficzną? Oprócz opiniowania rządowych inicjatyw, nasi eksperci analizują także skuteczne rozwiązania przyjmowane w innych państwach.Jednym z nich jest tzw. iloraz podatkowy, którego wprowadzenie w Polsce postulujemy już od 2015 roku. W trakcie ubiegłorocznej kampanii wyborczej o wprowadzeniu podobnego rozwiązania mówił prezes Polskiego Stronnictwa Ludowego Władysław Kosiniak-Kamysz, który zadeklarował, że jednym z postulatów ustawodawczych Trzeciej Drogi jest wprowadzenie „PIT-u rodzinnego” – „wspólnego rozliczania dzieci wraz z rodzicami. Dziś tylko małżonkowie mogą się wspólnie rozliczać, przez to mają niższy podatek. Jak doliczymy do tego jedno, drugie, trzecie dziecko, to ten podatek z każdym dzieckiem jest niższy. Od trzeciego dziecka duże rodziny przestają płacić podatek”. Nasi eksperci dysponują gotowym projektem ustawy wprowadzającej iloraz rodzinny do polskiego systemu podatkowego wraz z uzasadnieniem, z którego rząd może skorzystać w każdej w chwili, jako z gotowej propozycji legislacyjnej.Rekomendujemy także reformę systemu emerytalnego. Dziś kobiety, która rezygnują z kariery zawodowej, by poświęcić swój czas i energię na wychowanie dzieci, wciąż znajdują się w o wiele gorszej pozycji, pod względem zabezpieczenia emerytalnego, od osób pracujących zarobkowo – pomimo tego, że ich praca w domu ma konkretną, wymierną wartość dla społeczeństwa. Wykonywanie czynności opiekuńczych nad własnymi dziećmi nie znajduje jednak odpowiedniego odzwierciedlenia w budowaniu stażu emerytalnego i gromadzeniu kapitału, przekładającego się na wysokość przyszłej emerytury. Dla porównania, praca zawodowa niani wiąże się z odprowadzaniem składek emerytalnych i budowaniem tym samym stażu emerytalnego mającego wpływ na wysokość przyszłej emerytury. Ta sama praca kobiety – tyle, że we własnym domu – nie jest zaś honorowana i to pomimo tego, że z punktu widzenia dziecka, jego rozwoju, relacji rodzinnych, niewątpliwie o wiele bardziej pożądaną sytuacją jest ta, w której pieczę nad nim sprawuje jego biologiczny rodzic. Obecnie od 2019 r. funkcjonuje w Polsce program „Mama 4+”, w ramach którego matki co najmniej czwórki dzieci otrzymają najniższą emeryturę. Przyjęte rozwiązanie nie honoruje jednak w żaden sposób pracy rodziców wychowujących mniej niż czworo dzieci oraz nie uwzględnia w sposób proporcjonalny trudu włożonego przez rodziców pięciorga i większej liczby dzieci. Alternatywnym rozwiązaniem może być wprowadzenie tzw. emerytury alimentacyjnej, w ramach której wysokość emerytury rodziców byłaby powiązana z liczbą posiadanych dzieci, ich przyszłymi dochodami lub z wysokością odprowadzanych przez nie składek emerytalnych. Możliwym rozwiązaniem jest także wprowadzenie bezpośredniego transferu części składek emerytalnych odkładanych przez pełnoletnie dzieci na świadczenia emerytalne ich rodziców. Poza tym proponujemy też między innymi podwyższenie świadczenia dla matek, które nie mają prawa do zasiłku macierzyńskiego. Od 2015 roku świadczenie utrzymuje się na niezmiennym poziomie 1 000 zł miesięcznie. Proponujemy, by było ono „aktualizowane” i stanowiło zawsze 60% minimalnego miesięcznego wynagrodzenia za pracę brutto. Dzietność Polek leży w naszym interesie! Organizacja Narodów Zjednoczonych szacuje, że niezarobkowa praca wykonywana przez kobiety w domu powiększa światowe PKB średnio o… 40%! Dlatego wszystkim nam powinno zależeć na tym, by kobiety chciały i mogły mieć dzieci. Pamiętając o tym, nasi eksperci nie ustają w monitorowaniu i analizowaniu polityki prorodzinnej i prodemograficznej w Polsce i innych państwach, którym udawało się w przeszłości wychodzić z demograficznego dołka. Obecnie analizujemy między innymi politykę prorodzinną Czech i Węgier. Ta systematyczna praca analityczna ekspertów Ordo Iuris odbywa się w cieniu bieżącej działalności interwencyjnej w pilnych i głośnych sprawach – takich jak ostatni atak Rafała Trzaskowskiego na wolność wyznania i chrześcijańskie dziedzictwo Polski. Jednak w perspektywie dekad to właśnie ta praca może okazać się kluczowa nie tylko dla dobrobytu, ale też po prostu dla przetrwania Polski. Nie będziemy w stanie jednak kontynuować tej pracy bez wsparcia naszych Przyjaciół i Darczyńców. Monitorowanie prac legislacyjnych parlamentu i samorządów oznacza dla naszych analityków wiele godzin pracy. Miesięczny koszt tej aktywności to wydatek rzędu 8 000 zł. Dodatkowo opracowanie analizy każdego z proponowanych przez posłów lub radnych projektu to w zależności od rozległości zmian i stopnia skomplikowania zagadnienia koszt od 8 000 do nawet 20 000 zł. Jak pokazuje doświadczenie, nasze merytoryczne argumenty często wpływały na końcowy kształt aktów prawnych. Dlatego bardzo Pana proszę o wsparcie Instytutu kwotą 80 zł, 130 zł, 200 zł lub dowolną inną, dzięki czemu będziemy mogli kontynuować naszą pracę analityczną w trosce o budowanie skutecznej polityki i kultury prorodzinnej w Polsce. Aby wesprzeć działania Instytutu Ordo Iuris, proszę kliknąć w poniższy przycisk Z wyrazami szacunkuP.S. Gdy na początku tego roku, media obiegła przekazana przez Główny Urząd Statystyczny informacja o kolejnym roku katastrofalnych wskaźników demograficznych w Polsce, Gazeta Wyborcza opublikowała artykuł, którego autor stwierdził, że rodzenie dzieci przez Polki jest… niepotrzebne, bo i tak już wkrótce Polskę zaleją fale imigrantów z Bliskiego Wschodu i Afryki, a „jeśli ktokolwiek boi się utraty «polskiego dziedzictwa» genetycznego i kulturowego, niech poda choć jeden argument za tym, że jest ono warte ochrony”. Myślę, że akurat Pana nie muszę przekonywać, że Polska jest warta ochrony. Ale żeby czarna wizja redaktorów z Czerskiej się nie spełniła, musimy doceniać macierzyństwo częściej niż raz w roku! Wszystkim zaś mamom czytającym tę wiadomość składam najserdeczniejsze życzenia z okazji tego pięknego święta – sił i wytrwałości, radości i satysfakcji oraz poczucia spełnienia w tej jakże ważnej misji naszego życia. Działalność Instytutu Ordo Iuris możliwa jest szczególnie dzięki hojności Darczyńców, którzy rozumieją, że nasze zaangażowanie wymaga regularnego wsparcia.Ustaw stałe zlecenie i dołącz do naszej misji. Dołączam do Kręgu Przyjaciół Ordo Iuris
Our Lady of the Militia: How Sicily was Saved From Invasion
Most Catholics are not aware of the story of how Our Lady repelled a Muslim invasion of Sicily on horseback and in armor. Perhaps this miraculous deliverance from ruin is unknown because it is so contrary to today’s spirit of rampant ecumenism.
Back in 1091, Sicily was under the sway of the Normans, a warlike yet Christian people that had come from France. A few years later, these same Normans would play a decisive role in the First Crusade, retaking Jerusalem and other cities and establishing the Crusader states.
An Unforgettable Battle
For the citizens of Scicli in Sicily, an event that would be remembered for centuries took place in May of 1091. Suddenly, a fleet of Muslim Turks appeared on the horizon, heading for this vulnerable seacoast town.
King Roger of Sicily gathered what forces were at his disposal and prepared for battle. Meanwhile, the concerned citizens prayed and fasted, asking for Divine Intervention to counter the impending threat.
The Muslim forces landed on the beach of Donnalucata and faced King Roger’s forces, which had been bolstered by the townspeople. However, as the battle raged, the Christian forces began to falter. The enemy’s victory seemed certain when suddenly a miracle occurred.
Our Lady appeared on a magnificent white stallion with a drawn sword and charged against the Turks in a terrible blue cloud of smoke. The Turks were driven back and suffered a crushing defeat.
Celebrating Our Lady’s Victory Until Today
Today, the townsfolk of Scicli celebrate the important battle with a procession featuring a magnificent life-sized statue of Our Lady throughout the town. This commemoration helps to keep the memory of the great victory alive. Reenactments of the play also take place on this important day.
Of course, no feast day would be complete without a feast. Thus, the Sicilians created a pastry commemorating the occasion called teste di Turco or Turkish heads. Puffy custard-filled pastries are shaped like the turbans of the invading Turks.
To remember this critical battle, the Sacred Congregation of Rites issued a decree for the recitation of a special Office and Mass by the clergy of the city of Scicli on the last Saturday of May.
Lest We Forget: Our Lady Always Protects Her Children
One big takeaway from this story is that Our Lady, being the best of all mothers, will always watch over her children and, when necessary, even protect them in person if they are in danger.
Numerous interventions of Our Lady in battles serve as reminders to have confidence in Our Lady, especially in chaotic and troubled times.
Her intervention recalls the words of the Song of Solomon: “Who is she that cometh forth as the morning rising, fair as the moon, bright as the sun, terrible as an army set in array?”(6:10).
To nie tylko kolejny skandal korporacyjny. To opowieść o zdradzie, manipulacji i masowym morderstwie na skalę, którą trudno pojąć, chyba że usłyszy się ją od tych, którzy pracowali wewnątrz jednej z największych firm farmaceutycznych na świecie i rozumieli rolę Big Pharma we wdrażaniu Agendy 2030 w imieniu globalnej elity.
Pfizer jest wstrząśnięty decyzją byłego wieloletniego personelu wysokiego szczebla o wystąpieniu i nagłośnieniu morderczego programu elity.
Doktor Yeadon, który wcześniej pełnił funkcję wiceprezesa i głównego naukowca firmy Pfizer, jako pierwszy przełamał szeregi i ujawnił prawdę, wyjaśniając, że pandemia Covid-19 i późniejsza kampania szczepień mRNA to „operacja ponadnarodowa” , nad którą pracowano latami i która przeznaczone „do ranienia ludzi, okaleczania i umyślnego zabijania”.
Jak wyjaśnia dr Yeardon: „jesteśmy w centrum największej zbrodni w historii. Ma charakter globalny, ma na celu kontrolę i będzie obejmować zabicie kolejnych milionów, jeśli nie miliardów ludzi”.
Były wiceprezydent dr Yeardon nie jest jedyną osobą znającą firmę Pfizer, która ujawnia przestępstwa popełniane przez „elity”, a media głównego nurtu robią wszystko, co w ich mocy, aby zatuszować tę wiadomość.
Melissa McAtee pracowała w dziale produkcji i jakości w firmie Pfizer przez pięć lat, w tym podczas wdrażania mRNA, i podjęła odważną decyzję o opuszczeniu firmy i ujawnieniu prawdy o tym, co naprawdę wydarzyło się za kulisami.
Nie ma złudzeń co do niebezpieczeństw związanych z ujawnieniem Wielkiej Farmy.
Jak wyjaśnia Melissa, firma Pfizer ukrywa prawdę o tym, co naprawdę znajduje się w fiolkach z produktem terapii genowej mRNA Covid, które podczas pandemii wpompowano w ramiona miliardów ludzi na całym świecie.
To nie przypadek, że lekarze i drogerie nie pozwalają zapoznać się z ulotkami dołączonymi do szczepionek przed podjęciem decyzji o zaszczepieniu.
Według Melissy podczas pracy w dziale produkcji i jakości w firmie Pfizer dowiedziała się, że jedna trzecia szczepionek firmy Pfizer zawiera tlenek grafenu, który został opracowany do stosowania jako hematologiczna broń biologiczna na krótko przed pandemią.
Melissa przekazała swój dowód mediom głównego nurtu i była zszokowana odkryciem, że nie tylko odmówiły one publikacji informacji, ale aktywnie próbowały ukryć je, aby nigdy nie ujrzały światła dziennego.
Choć odkrycie Melissy mogło być szokujące, najbardziej niepokojącym elementem tej historii jest poziom powiązań między Big Pharma, Światową Organizacją Zdrowia i światową elitą w centrali, w tym ONZ i Davos.
Dzięki wewnętrznym sygnalistom firmy Pfizer wiemy, że wszyscy o tym wiedzieli i wszyscy są zamieszani w spisek mający na celu wyludnienie świata.
Pfizer nie jest jedyną organizacją, której pracownicy zgłaszają się, aby nagłośnić złe praktyki swoich przełożonych i trującą zawartość szczepionek mRNA.
Na poniższym filmie sygnalistka Światowej Organizacji Zdrowia, dr Astrid Stuckelberger, wyjaśnia, dlaczego nie może dłużej zgodzić się z antyludzkim programem swojego szefa Tedrosa – i jego szefa Billa Gatesa.
Doktor Stuckelberger została potępiona przez media głównego nurtu za stwierdzenie, że mRNA zawiera nanotechnologię. Jednak jej wybuchowe twierdzenia zostały poparte niedawnymi ustaleniami opublikowanymi przez People’s Voice.
Głębokie zagłębienie się w mętną historię firmy Pfizer ujawnia, że nawiązała ona współpracę z Izraelczykiem w celu opracowania programowalnych nanorobotów , które można wstrzykiwać ludziom w celu zmiany ich DNA, nadania im adresu IP i połączenia z Internetem.
Może to brzmieć jak szalona fantastyka naukowa, ale kiedy zobaczysz niezbite dowody, staje się jasne, że to, co brzmi jak horror, nagle dla zaszczepionych wygląda na żywy koszmar.
W 2015 roku firma Pfizer nawiązała współpracę z Uniwersytetem Bar-Ilan w Izraelu, który opracowywał te programowalne nano-boty.
Czy to może być powód, dla którego dyrektor generalny firmy Pfizer, Albert Bourla, wielokrotnie odmawiał przyjęcia własnej szczepionki?
Bourla nie był jedynym twórcą szczepionki, który odmówił przyjęcia własnego produktu.
Doktor Ugur Sahin, dyrektor generalny BioNTech, firmy, która współpracowała z firmą Pfizer przy opracowaniu pierwszej na świecie szczepionki na Covid, przyznał przed kamerą, że ona również nie została zaszczepiona.
Poseł Marcin Józefaciuk wystąpił w Sejmie z następującym przemówieniem :„jak powiedział klasyk religia jest jak pewien męski organ: jest całkiem w porządku gdy ktoś go ma i jest z niego dumny ale jeżeli ktoś wyciąga go na zewnątrz i macha nam przed nosem to już mamy pewien problem”. Nawet stary komuch Czarzasty ocenił tę wypowiedź jednym zdaniem: „marne to było”. Dopytywany przez dziennikarza jaki narząd miał na myśli Józefaciuk oświadczył, że mózg. Czy mamy zatem rozumieć, że Józefaciuk jest dumny ze swego mózgu, lecz przez przyzwoitość powstrzymuje się od publicznego nim machania czy raczej, że myśli tym czym można machać?
Język śląski czyli „ godkę” rekomendowała posłom Ewa Kołodziej, też poseł (poślica?) prezentując im śląskie laleczki beboki . Kiedyś – jak stwierdziła – straszono nimi w celach wychowawczych śląskie dzieci. Jedną z tych kukiełek Ewa Kołodziej publicznie, na sali sejmowej, ofiarowała marszałkowi Hołowni. Ten ostatni minoderyjnie dopytywał się czy jest do kukiełki podobny. Odtąd mamy zatem prawo na własne życzenie Hołowni nazywać go bebokiem, tak jak na własne życzenie Trzaskowskiego mamy prawo nazywać go dupiarzem. Jak pamiętamy sam się tak nazwał i też wydawał się być z tego dumny. Podobnie jak poseł Józefaciuk dumny jest ze swego, zdolnego do ruchu wahadłowego, organu.
6.05.2024 roku w dniu międzynarodowej konferencji poświęconej problemom bezpieczeństwa Radosław Sikorski raczył oświadczyć: „ Pozwólmy Putinowi zastanawiać się co zrobimy”. Powiedzieć, że „gdy konie kują żaba łapę podstawia” byłoby bardzo łagodnym komentarzem do kolejnej z wypowiedzi Sikorskiego dzięki którym przejdzie do historii – historii głupoty. To nie pierwszy taki wybryk słynnego Radka.
W 2014 roku w rozmowie z ówczesnym ministrem finansów Jackiem Rostowskim Sikorski powiedział: „Polsko -amerykański sojusz to jest nic niewart. Jest wręcz szkodliwy, bo stwarza Polsce fałszywe poczucie bezpieczeństwa (…). Bullshit kompletny. Skonfliktujemy się z Niemcami, z Rosją, i będziemy uważali, że wszystko jest super, bo zrobiliśmy laskę Amerykanom. Frajerzy. Kompletni frajerzy. Problem w Polsce jest taki, że mamy bardzo płytką dumę i niską samoocenę. Taka murzyńskość”.
W 2022 roku Amerykańskie media szeroko pisały o Radosławie Sikorskim, który na Twitterze zasugerował, że za wyciekiem z dwóch gazociągów Nord Stream 2 stoją Amerykanie. „Thank you, USA” – skomentował europoseł PO i wówczas były minister spraw zagranicznych.
W 2014 roku gdy Sikorski wychodził ze spotkania z ukraińskimi opozycjonistami w Kijowie powiedział: „Jeżeli nie podpiszecie porozumienia, będziecie mieli stan wojenny i wojsko na ulicach. Wszyscy będziecie martwi”.
Słowa te zostały nagrała kamera brytyjskiej telewizji ITV News Europe. Ostatecznie porozumienie zostało podpisane.
Natomiast w 2007 roku po zwycięskiej dla PO kampanii Sikorski pod adresem PiS skierował następujące słowa: „Jeszcze jedna bitwa, jeszcze dorżniemy watahy!”. Te ciepłe słowa są najlepszym dowodem wyjątkowych predyspozycji Sikorskiego do służby w dyplomacji.
Dariusz Joński, pierwsze miejsce na liście kandydatów KO do Parlamentu Europejskiego za datę wybuchu Powstania Warszawskiego uważa rok 1988 a ogłoszenia stanu wojennego -1989
5)Jak napisał Konrad Berkowicz (cytuję):
<Róża Thun właśnie powiedziała w dyskusji ze mną w radiu TOK FM „ jak będą samochody spalinowe zeroemisyjne to będzie można nimi jeździć”. Powtórzyła to dwukrotnie. Rozumiecie z jakimi wariatami mamy do czynienia?>
Europoseł ugrupowania zwanego powszechnie „trzecią nogą” Róża Thun raczyła mu odpowiedzieć: „Czy to takiego wysiłku wymaga Biedaczku zrozumienie, że to nie muszą być elektryki ( co Pan sugeruje) , nikt nie wyznacza technologii, są różne, tylko mają być zero-emisyjne? Jeśli Pan zrobi spalinowy spełniający te wymogi, bo tylko spalinowym chce Pan jeździć, to nikt Panu nie zakaże go wprowadzić na rynek, Powodzenia i miłego weekendu”.
Wiele osób uważa, że słabą stroną obecnych i kolejnych rządów jest fakt, że składają się one wyłącznie z humanistów. O zakupie i podawaniu ludziom szczepionek decydował ekonomista, o energetyce jądrowej decydują psychologowie czy historycy czyli humaniści. Na wydziałach przyrodniczych popularna była kiedyś definicja: „humanista to ten kto w żaden sposób nie może zrozumieć definicji logarytmu”. Tym bardziej nie rozumie fizyki jądrowej, statystyki czy wirusologii. Dosadnie swoją opinię na temat humanizmu sowieckiej władzy wyraził Osip Mandelsztam udręczony zsyłkami, na które skazywano go na osobisty rozkaz Stalina. Napisał: „Я не знал, что мы попали в руки гуманистов” ( Nie wiedziałem, że wpadliśmy w łapy humanistów). Ja jako osoba bardziej prostoduszna, a może wręcz prostacka napiszę wprost: „Я не зналa, что мы попали в руки дураков” ( Nie wiedziałam, że jesteśmy w rękach durniów).
Pan Berkowicz jako człowiek racjonalny zakłada, że osoba mówiąca o zero-emisyjnym samochodzie spalinowym musi być wariatem. To optymistyczne podejście do tego co się dzieje. Wariat to człowiek chory, należy mu się uwaga i troska, ale nie musimy go słuchać ani mu wierzyć. Nawet jeżeli twierdzi, że jest Chrystusem albo Napoleonem. Niebezpieczny natomiast jest wariat nie rozpoznany, a jeszcze bardziej niebezpieczny jest zwykły głupek. Głupek za kierownicą, głupek przy frezarce, głupek w kabinie dźwigu i – co najgorsze – głupek przy władzy. Zwykły głupek, który źle rozmieści kontenery w ładowni samolotu może spowodować jego katastrofę i śmierć setek osób. Zwykły głupek, który dla żartu przestawi zwrotnicę tramwajową może spowodować niebezpieczne w skutkach zderzenie pojazdów. Zwykły głupek, który ma władzę może spowodować nieobliczalne, a czasem nieodwracalne szkody. Praktycznie nieodwracalne jest na przykład zlikwidowanie kopalni przez jej zalanie wodą. Nieodwracalne jest skażenie radioaktywne po eksplozji w elektrowni atomowej. Nieodwracalne dla jednostki jest poddanie się operacji zmiany płci.
Niby wiemy, że historia się powtarza, ale za każdym razem, kiedy się o tym przekonujemy, czujemy się zaskoczeni, zwłaszcza, gdy historia nie tylko się powtarza, ale w dodatku w tych powtórkach uczestniczą jeśli nawet nie te same osoby, to członkowie tych samych starych rodzin – oczywiście już w kolejnych pokoleniach.
Żyją jeszcze ludzie pamiętający, jak to każdego, komu nie podobała się polityka PZPR Naszej Partii, ówczesne niezależne media głównego nurtu oskarżały o powiązania, albo nawet gorzej – o pozostawanie na żołdzie zachodnioniemieckich rewizjonistów i odwetowców, a konkretnie – Hupki i Czai – bo ci byli najlepiej znani ówczesnym paniom Werner, czy Olejnik, więc nie było się co namyślać, tylko walić z grubej rury tym bardziej, że tego właśnie oczekiwali oficerowie prowadzący – bo z wrogami ludu, wiadomo – ceregielić się nie można. Tę metodę przyswajali sobie również inni funkcjonariusze i na przykład kiedy w marcu 1968 roku nasza 3 kompania zmotoryzowana Studium Wojskowego UMCS w Lublinie odbywała na tamtejszym poligonie ostre strzelanie, dowodzący ćwiczeniami podpułkownik Hipolit Kwaśniewski, mający zwyczaj mówienia przez zaciśnięte zęby, tak nas podsumował: “to cała kompania nie wykonała strzelania, mimo, że karabinki były przystrzelane, warunki widoczności dobre. Ja tu podejrzewam waszą złą wolę i każden jeden żołnierz, który nie wykona strzelania, będzie uważany za agenta Bundeswehry”. Bo w 1968 roku Bundewehra uchodziła za najgorszego wroga, będącego zbrojnym ramieniem rewizjonistów i odwetowców Hupki i Czai.
Minęły lata, zmieniło się – jak pisze poeta – oblicze świata – a zmieniło się w taki oto sposób, że dotychczasowi wrogowie, to znaczy – Bundeswehra, Niemcy, a Hupka i Czaja w szczególności, nie mówiąc już o NATO – stali się naszymi serdecznymi druhami, podobnie jak kiedyś naszymi druhami byli Rosjanie, to znaczy – Sowieci. Teraz wprawdzie Sowietów już nie ma, ale Rosjanie są jak najbardziej i nie tylko że wojują z bratnią Ukrainą, to jeszcze dybią również na nasz nieszczęśliwy kraj. Co prawda, zanim doszło do tych wszystkich paroksyzmów, to w tak zwanym międzyczasie Rosja była nawet naszym strategicznym partnerem. Mam na myśli okres po 20 listopada 2010 roku, kiedy to na szczycie NATO w Lizbonie proklamowane zostało strategiczne partnerstwo NATO-Rosja, w ramach którego w sierpniu 2012 roku przyjechał do Warszawy Patriarcha Moskwy i Wszechrusi Cyryl, z którym JE abp Józef Michalik, ówczesny przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski, podpisał deklarację o pojednaniu między narodami polskim i rosyjskim.
Ale potem amerykańskiemu prezydentowi Obamie coś się w głowie odmieniło i w 2014 roku wysadził to całe strategiczne partnerstwo w powietrze, wykładając 5 mld dolarów na zorganizowanie na Ukrainie “majdanu” od którego wszystko się zaczęło, to znaczy – wojna Rosji z Ameryką i NATO do ostatniego Ukraińca. Od tamtej pory o żadnym “pojednaniu” nikt nie chce nawet słyszeć, bo w przeciwnym razie Judenrat “Gazety Wyborczej” pana red. Michnika zrobiłby z niego marmoladę, tak, jak za pierwszej komuny marmoladę robiła “Trybuna Ludu” i “Żołnierz Wolności” z każdego, na kogo padło podejrzenie, że sympatyzuje z Hupką, albo Czają.
Nie tylko nikt nie chce słyszeć o żadnym “pojednaniu”, ale w dodatku, wiodące siły polityczne naszego bantustanu, z których jedna rotacyjnie udaje władzę, a druga – opozycję, zaczęły od pewnego czasu licytować się między sobą, kto jest ruskim agentem. Jak pamiętamy, pod koniec dobrego fartu obozu “dobrej zmiany”, to znaczy – dopóty, dopóki Nasz Najważniejszy Sojusznik w nagrodę za dobre sprawowanie, tzn. – za odstąpienie od strategicznego partnerstwa z Rosją na rzecz strategicznego partnerstwa z bezcennym Izraelem, nie pozwolił Niemcom na urządzanie Europy po swojemu. Wtedy Niemcy nie mieli wyjścia, tylko musieli dokonać podmianki na pozycji lidera tubylczej sceny politycznej, w następstwie której ekspozytura Stronnictwa Amerykańsko-Żydowskiego przeszła do opozycji, podczas gdy administrowanie naszym bantustanem zostało przydzielone Donaldu Tusku, jego Volksdeutsche Partei z satelitami. Więc pod koniec dobrego fartu ekipy “dobrej zmiany” Naczelnik Państwa wykombinował sobie, że jak będzie demaskował ruskich agentów w obozie zdrady i zaprzaństwa, to może uchowa się na pozycji lidera. Powstała specjalna komisja, która wstępnie wytypowała kilku agentów, odradzając powierzanie im stanowisk państwowych. Na tej liście znalazł się m.in Donald Tusk.
Nic to nie pomogło, bo siekiera była już do pnia przyłożona, a kiedy Donald Tusk 13 grudnia ub. roku złożył na ręce pana prezydenta Dudy krzywoprzysięstwo z całym swoim rządem, to już bodaj następnego dnia tę komisję rozgonił i zapowiedział powołanie swojej, która już tam nieubłaganym palcem wszystkich ruskich agentów wskaże co do jednego. I właśnie 21 maja taka komisja została utworzona,a na jej czele stanął… – o nie, wcale nie pan generał Marek Dukaczewski, któremu taki zaszczyt teoretycznie należał się z wieku a przede wszystkim- z urzędu – jako ostatniemu szefowi Wojskowych Służb Informacyjnych, których już “nie ma”, bo w 2006 roku rozwiązał je złowrogi Antoni Macierewicz. Więc chociaż taka satysfakcja należała się panu generałowi Dukaczewskiemu, to jednak, gwoli uniknięcia zbytniej ostentacji, na czele komisji stanął inny stary kiejkut w osobie szefa Służby Kontrwywiadu Wojskowego, która – podobnie jak Służba Wywiadu Wojskowego, z WSI wypączkowała.
W tej sytuacji nietrudno sie domyślić, że jako pierwszy nieubłaganym palcem zostanie wskazany jako ruski agent złowrogi Antoni Macierewicz, któremu rzeczywiście sporo się nazbierało. Nie tylko w 1992 roku ujawnił konfidentów, nie tylko rozwiązał WSI, nie tylko anulował kontrakt na śmigłowce i to gdy pod stołem zakończyły się już rozliczenia, ale w dodatku zafundował kurację przeczyszczającą naszej niezwyciężonej armii. No a potem trup będzie ścielił się gęsto, dostarczając żeru paniom Werner i Olejnik, nie mówiąc już o panu Czyżu i jego komandzie. Ale to są tylko wyrobnicy zbawiennych idei, podczas gdy od wymyślania zbawiennych idei po staremu jest żydokomuna, czyli nasz dobry znajomy Judenrat – tym razem nie “Trybuny Ludu” tylko oczywiście – “Gazety Wyborczej”.
I oto Judenrat wzniósł już nieubłagany palec, którym wskazał najgroźniejszego agenta Putina w Postaci komitetu Wyborczego “Polexit”, który ośmielił się wystawić kandydatów w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Nie ulega wątpliwości, że szef SKW na sygnał znajomej trąbki od razu zerwie się na równe nogi, w związku z czym polowanie na ruskich agentów zatoczy możliwie najszersze kręgi.
Na naszych oczach rozgrywa się wielka batalia przeciwko Bogu i Jego prawom. Również w samym Kościele są ludzie, którzy wzniecają rebelię wrogą wobec Chrystusa. Wielkie zamieszanie niesie ze sobą Synod o Synodalności. Mówił o tym kard. Raymond Leo Burke.
– Wielkim wyzwaniem dla edukacji katolickiej jest unikanie rozproszeń, które niosą ze sobą fałszywe ideologie – ateistyczna, materialistyczna… Konieczne jest skupianie się na głoszeniu Chrystusa. To On przychodzi do nas poprzez Tradycję Apostolską, przez żywą Tradycję Kościoła – powiedział kardynał, przemawiając 18 maja w Thomas Aquinas College w Stanach Zjednoczonych.
– Żyjemy w bardzo niespokojnych czasach; czasami zdaje się wręcz, że apokaliptycznych. […] Bunt przeciwko Bogu, rewolucja przeciwko Jego prawdom i miłości przekazanym nam w Kościele, doszła do niewyobrażalnego poziomu. To rebelia nie tylko przeciwko wierze, ale również przeciwko rozumowi. Widzimy w świecie zaprzeczenie naturze, którą nadał nam Bóg. Co więcej, ów bunt i rewolucję podtrzymują również niektórzy w samym Kościele, nawet ci, którzy są wezwani i wyświęceni do bycia pasterzami trzody. Widzimy niszczycielskie skutki w Kościele w Niemczech. Aktualna sesja Synodu Biskupów grozi rozszerzeniem tego samego zniszczenia na Kościół powszechny – wskazał hierarcha.
Kardynał podkreślił, że słuszna jest złość i zaniepokojenie pobożnych katolików wobec tego, co spadło na Mistyczne Ciało Chrystusa. Chodzi o apostazję i porzucenie samego Pana; należną Mu cześć zastępują światowość i bunt wobec Boga.
Właściwą odpowiedzią na kryzys jest „pozostanie w Kościele razem z Chrystusem, bycie Jego wiernym współpracownikiem w prawdzie, głoszenie Jego zbawczych słów i przynoszenie Jego zbawczej łaski światu – z jeszcze większą wiernością i hojnością, nawet w obliczu obojętności, szyderstw, prześladowań czy śmierci”, powiedział kardynał.
– Bóg Ojciec powierzył każdemu z nas troskę o jakąś część Królestwa Jego Wcielonego Boskiego Syna. Powinniśmy troszczyć się tylko o to, aby być wiernymi, wspaniałomyślnymi i czystymi naśladowcami i uczniami Chrystusa Króla – dodał.
W tych listach pasterskich, które publikuję, piszę o wielu kwestiach, przed którymi stoimy w obliczu stale narastającego kryzysu w Kościele i na świecie. Jako biskup katolicki zawsze najbardziej troszczę się o Kościół – Mistyczne Ciało Chrystusa – ale jasne jest, że obecny kryzys, w jakim się znajdujemy, dotyka nie tylko Kościoła, ale każdego aspektu ludzkości. Kiedy Kościół jest słaby, a jego ziemskie przywództwo poważnie skorumpowane, każdy aspekt społeczności ludzkiej jest podatny na zło, a tę bezbronność widzimy na każdym kroku. Choć wszystkie kwestie, o których pisałem, są poważne, nie ma nic poważniejszego niż wypaczone rozumienie władzy i posłuszeństwa, które obecnie uważamy za tak powszechne. Kiedy brakuje nam jasnego zrozumienia źródła, z którego wypływa prawowita władza, wówczas posłuszeństwu grozi poważne niebezpieczeństwo, że stanie się arbitralne i skompromitowane. Kiedy tak się stanie, samo posłuszeństwo ustanowione przez Boga w celu wskazania wszystkim ludziom prawdy może w rzeczywistości zostać wykorzystane przez niektórych jako broń, aby służyć ich własnym interesom i odwodzić niczego niepodejrzewających od prawdy. Dlatego zawsze musimy trwać w prawdzie i wystrzegać się takiego oszustwa.
Historia Kościoła pełna jest relacji o incydentach i wydarzeniach, w wyniku których powstał konflikt, a Rzym, korzystając z właściwej władzy, wypowiedział się i rozstrzygnął sprawę. „Roma locuta; causa finita est.” Katolicy mądrze trzymali się tej kotwicy boskiego autorytetu w Kościele katolickim. Stworzona przez Boga władza, która w pełni obecna jest jedynie w Kościele katolickim, powinna być schronieniem dla wiernych.
Posłuszeństwo Boskiej władzy jest posłuszeństwem Chrystusowi, ponieważ to On powołał osobę na tę władzę. Posłuszeństwo Boskiemu autorytetowi jest konieczne w świętej strukturze Kościoła i jest ważne, aby pomóc nam wzrastać w świętości. Niestety jednak fakt, że Boska władza była postrzegana w Kościele jako „dana” w wielu przypadkach sprawiła, że wierni stali się leniwi lub popadli w samozadowolenie w swoim posłuszeństwie, a wielu zapomniało, że, jak oświadczył św. Tomasz z Akwinu: Bogu należy okazywać posłuszeństwo we WSZYSTKIM, natomiast władzom ludzkim należy okazywać posłuszeństwo w NIEKTÓRYCH sprawach.
Choć ta erozja władzy jest znacząca dla państwa, rodziny i społeczeństwa w ogóle, gdy dotyka ona Kościoła, przenosi nas to na zupełnie nowy poziom niepokoju. Kościół katolicki opiera się na Prawdzie, która pochodzi od Boga Wszechmogącego i jest w pełni objawiona w Jezusie Chrystusie, Jego Boskim Synu – Prawdzie Wcielonej. Kiedy do Kościoła wdziera się niejasne rozumienie władzy, wówczas zachwiane są podstawy cywilizacji i obecnie jesteśmy świadkami tych wstrząsów każdego dnia.
Jezus Chrystus mówi nam, że dana Mu została „wszelka władza na niebie i na ziemi”; dlatego musimy uznać, że wszelka władza ziemska musi szukać swego światła w Chrystusie, ponieważ ostatecznie światło to płynie z jednego źródła — Tego, który jest źródłem wszelkiej władzy w niebie i na ziemi. Tylko dzięki właściwemu zrozumieniu władzy możemy stworzyć solidny fundament posłuszeństwa. Mówiąc najprościej, wszelkie posłuszeństwo musi zawsze znajdować swoje źródło i cel w posłuszeństwie Chrystusowi i prawdzie, którą On objawia.
Autentyczne posłuszeństwo prawdzie ostatecznie prowadzi nas do Boga – Ojca, Syna i Ducha Świętego – najwyższego autorytetu. Jeśli podążamy ścieżką posłuszeństwa, jeśli ignorujemy prawdę, którą objawił nam Chrystus, wówczas podważamy samo znaczenie i istotę posłuszeństwa.
Dziś jesteśmy zanurzeni w kulturze, która pod wpływem postmodernizmu nie jest w stanie lub nie chce uznać obowiązującej władzy. W rzeczywistości jesteśmy zanurzeni w kulturze, na którą wpływa nihilizm, a jej korzenie sięgają upadku naszych pierwszych rodziców w Ogrodzie Eden. Nihilizm, filozofia głosząca, że wszelkie wartości są bezpodstawne, skupia się na wykorzystaniu woli do dominacji. Jest to odrzucenie prawdy absolutnej i wysuwa fałszywą ideę, że „prawda” jest jedynie wyrazem woli, a czysta i nieskażona prawda nie istnieje. W tym kontekście każda osoba może wymyślać prawdę według własnego uznania lub może określić, że prawda jest taka, jaką uzna za nią uznany autorytet. Ta śmiertelna wiara (lub podobnie wiara, że każdy jest dla siebie autorytetem) przedarła się nawet do Kościoła i stała się dziś ropiejącą raną na Mistycznym Ciele.
Ten wypaczony pogląd na władzę i posłuszeństwo był błyskotliwą, ale zabójczą bronią upadłych, ponieważ byli oni w stanie wpłynąć na ludzi w hierarchii Kościoła, aby wykorzystali towarzyszącą im „władzę” do wyrządzenia ogromnej szkody duszom. Głosząc, że posłuszeństwo w dalszym ciągu należy się tym, którzy służą kłamstwu i którzy utracili nadaną mu przez Boga władzę, posłuszeństwo zostało użyte jako broń i wymusiło tolerancję wobec takich sytuacji, jak przerażające skandale związane z wykorzystywaniem seksualnym, które tak spustoszyły Kościół i wyrządziły krzywdę tak wielu osobom, które padły ofiarą tych ludzi nadużywających władzy.
Jedną rzeczą, która została utracona w zamieszaniu dotyczącym władzy i posłuszeństwa, jest fakt, że ilekroć użycie władzy wyrządza szkodę Bożej prawdzie, na przykład gdy ksiądz lub biskup kwestionuje Depozyt Wiary (który obejmuje niezmienne dogmaty i Doktryny Kościoła), to każdy ma prawo, a w zasadzie nawet uroczysty obowiązek, przeciwstawić się temu błędowi – bez względu na potencjalnie negatywne konsekwencje, jakie może ponieść. I zamiast naruszać katolicką zasadę posłuszeństwa, ten opór wobec nadużycia władzy w rzeczywistości umacnia i wzmacnia zasadę posłuszeństwa, ponieważ jest ona posłuszeństwem najwyższemu autorytetowi – Jezusowi Chrystusowi.
Jeszcze jedna kwestia, która jest często błędnie rozumiana w odniesieniu do władzy w Kościele, dotyczy nieomylności papieża i uległości wiary. Nieomylność papieska występuje jedynie w obliczu nieomylnego orzeczenia dotyczącego wiary i moralności, które pochodzi od Papieża lub soboru doktrynalnego za zgodą panującego papieża. Takie nieomylne oświadczenie jest zawsze, mówiąc najprościej, potwierdzeniem prawdy, która jest już częścią Depozytu Wiary i do której nie wprowadzono żadnych uzupełnień ani zmian od czasu zakończenia Objawienia Publicznego wraz ze śmiercią św. Jana w I wieku n.e. Kiedy zostaje wydane nieomylne oświadczenie, takie ogłoszenie wymaga poddania się wierze przez wiernych; tzn. wierni są pewni prawdziwości takiego głoszenia i zobowiązani są do utrzymywania tego przekonania jako przedmiotu wiary. Inne twierdzenia Papieża, biskupów lub innych władz – choć mogą być prawdziwe – nie mieszczą się w bardzo wąskim charyzmacie nieomylności papieża. W związku z tym roztropność nakazuje, abyśmy mogli i musieli oceniać wszystkie wypowiedzi w świetle prawd objawionych przez Boga, zawartych w Świętym Depozycie Wiary.
Jeśli czyjeś oświadczenie wydaje się zaprzeczać tym niezmiennym prawdom, musimy najpierw uzyskać wyjaśnienia. Jeśli nie otrzymamy wyjaśnień lub, co gorsza, błąd zostanie potwierdzony, musimy obalić błąd i spojrzeć na Depozyt Wiary jako na nasz pewny przewodnik po prawdzie.
Zajmując się kwestiami władzy i posłuszeństwa w dzisiejszym Kościele, musimy pamiętać, że ostatecznym źródłem władzy i prawdy jest Bóg.
Dylematy, przed którymi stoimy, zawsze znajdą odpowiedź w prawdzie, którą objawił nam Bóg. Musimy stale zadawać sobie pytanie: „Czy to jest autentyczne dla Chrystusa?” oraz „Czy odpowiada to temu, czego On i Jego Kościół zawsze nauczali?” Jeśli odpowiemy twierdząco na te pytania, dotrzemy do prawdy, której musimy być posłuszni. Jeśli jednak ktoś posiadający „władzę” nie otrzymał swojej władzy od Chrystusa, wówczas nie jest wymagane posłuszeństwo. Pamiętajmy, że Chrystus daje władzę osobom znajdującym się w hierarchii Kościoła dla dobra dusz powierzonych ich pieczy. Nigdy nie jest ono dane ze względu na osobę sprawującą władzę.
Było wielu świętych i doktorów Kościoła, którzy opowiadali nam o czasach, które nadejdą, kiedy wierni będą musieli przeciwstawić się tym, którzy wydają się mieć „władzę” w hierarchii. Jeśli będziemy nadal posłuszni i bez pytania o źródło władzy, znajdziemy się w niebezpiecznym miejscu.
13 października 1973 roku Matka Boża objawiła się Siostrze Agnes Sasagawie w Akita w Japonii. Miało to miejsce w 56. rocznicę ostatniego objawienia naszej Najświętszej Matki w Fatimie w Portugalii w 1917 roku.
Nasza Błogosławiona Matka skierowała te słowa do Siostry Sasagawy: „Dzieło diabła przeniknie nawet do Kościoła w taki sposób, że będzie można zobaczyć kardynałów przeciwstawiających się kardynałom, biskupów stających przeciwko biskupom. Kapłani, którzy mnie czczą, spotkają się z pogardą i sprzeciwem ze strony swoich współbraci… kościoły i ołtarze będą splądrowane; Kościół będzie pełen tych, którzy akceptują kompromisy. . . „
Arcybiskup Fulton Sheen powiedział w 1948 roku: „On założy przeciwkościół, który będzie małpą Kościoła, ponieważ on, diabeł, jest małpą Boga. Będzie miała wszystkie nuty i cechy Kościoła, ale w odwrotnej kolejności i będzie pozbawiony boskiej treści. Będzie to mistyczne ciało Antychrysta, które pod każdym względem będzie przypominało mistyczne ciało Chrystusa. . .”
Papież św. Jan Paweł II powiedział w 1976 r.: „Obecnie stoimy w obliczu ostatecznej konfrontacji między Kościołem a antykościołem, Ewangelii i anty-ewangelii”.
Tym, którzy mogliby sądzić, że może to mieć miejsce w odniesieniu do hierarchii Kościoła, ale z pewnością nigdy w odniesieniu do papieża, historia przypomina nam papieża Honoriusza I, który był papieżem w latach 625–638. Sobór w Konstantynopolu potępił go pośmiertnie i Papież Leon II potępił go, stwierdzając, że Honoriusz „nie próbował uświęcać tego Kościoła apostolskiego nauczaniem tradycji apostolskiej, lecz profanacją zdrady dopuścił do skażenia jego czystości”.
Dlatego ważne jest, aby zdać sobie sprawę, że możliwe jest, że członkowie hierarchii kościelnej – co nie wyklucza nawet papieży – mogą rzeczywiście wyrządzić krzywdę Kościołowi i wiernym, nawet jeśli nieumyślnie. Co więcej, patrząc na słowa świętych, uczonych, a w szczególności słowa naszej Najświętszej Matki podczas licznych objawień zatwierdzonych przez Kościół, musimy także rozpoznać możliwość, że członek hierarchii Kościoła mógłby celowo dążyć do zniszczenia Wiary i Kościół. Z tego powodu NIE WOLNO nam popadać w lenistwo i samozadowolenie w kwestii władzy i posłuszeństwa, nawet jeśli dotyczy to Ojca Świętego.
Francisco de Vittoria, dominikanin, kanonista i teolog z XVI wieku, stwierdził: „Gdyby (papież) chciał przekazać skarbiec Kościoła… . . gdyby chciał zniszczyć Kościół lub inne podobne rzeczy, nie należy pozwalać mu na takie działania, lecz należy mu stawić opór. Powodem tego jest to, że nie ma on mocy niszczenia. Dlatego też, gdy wiadomo, że tak czyni, wolno mu się przeciwstawić”.
Św. Robert Bellarmin napisał: „Tak jak wolno stawiać opór papieżowi, który atakuje ciało, tak wolno stawiać opór temu, który atakuje dusze lub zakłóca porządek publiczny, a nawet więcej, który stara się zniszczyć Kościół . Dopuszczalne jest stawianie mu oporu poprzez niewykonywanie jego poleceń i utrudnianie wykonywania jego woli. Nie wolno go jednak osądzać, karać ani rozporządzać, gdyż takie czyny należą do przełożonego. Dlatego katolickie posłuszeństwo wobec przełożonego nigdy nie powinno być tym, co nazywa się „ślepym posłuszeństwem”.
Podobnie jak powinniśmy być świadomi ostrzeżeń, jakie otrzymaliśmy w związku z antykościołem, który zostanie opróżniony ze swojej boskiej treści i któremu będzie przewodniczył Antychryst, musimy również zdawać sobie sprawę z możliwości, że w pewnym momencie Bóg dopuści, aby oszust zasiadł na tronie Piotra. Musimy zawsze czuwać, abyśmy w takiej sytuacji byli posłuszni samemu Jezusowi Chrystusowi, który jest Wcieloną Prawdą i który objawił nam swoją Prawdę w Świętym Depozycie Wiary, który jest niezmienny. Autentyczne posłuszeństwo nakazuje, że nie wolno nam być posłusznym nikomu, kto sprzeciwia się Prawdzie i którego pragnieniem jest zniszczenie Kościoła. Możemy być jednak pewni, że nawet gdyby doszło do tej tragicznej sytuacji, prawdziwy Kościół pozostanie nienaruszony, chociaż być może na jakiś czas powróci do katakumb.
Kiedy omawiamy niebezpieczeństwa związane z fałszywą władzą i niewłaściwym posłuszeństwem, należy zauważyć, że świeccy w Kościele nie istnieją dla duchowieństwa w Kościele. Duchowni istnieją po to, aby udzielać sakramentów niezbędnych do zbawienia świeckim. Najważniejszą troską całego duchowieństwa powinno być zawsze, ZAWSZE zbawienie powierzonych mu dusz.
Chciałbym również zauważyć, że biskupi są powołani przez Boga, aby byli pasterzami swoich owiec, a także „ojcami” kapłanów. Jednakże w obliczu głębokiego nadużycia władzy widzimy obecnie sytuacje, w których biskupi atakują i uciszają księży, którzy po prostu mówią prawdę i bronią Świętego Depozytu Wiary. W rezultacie wielu księży milczy, zamiast głosić pełnię prawdy Chrystusowej, a wielu nie ma zaufania, a nawet boi się swoich biskupów. Musimy zawsze pamiętać, że ojciec powołany jest do prowadzenia rodziny miłością, a nie do panowania nad nią poprzez strach.
Co więcej, ostatnio byliśmy świadkami sytuacji, w których wspólnoty religijne na całym świecie były poddawane przymusowi przez swoich biskupów w ramach czegoś, co czasami wygląda nawet na „zawłaszczenie ziemi” lub chęć kontroli, zamiast prawdziwej troski o dusze i ich opieki. Widzieliśmy także sytuacje, w których biskupi, powiadamiani o rzekomych przesłaniach i wezwaniach z nieba przekazywanych w określonych lokalizacjach i wspólnotach w ich diecezjach, natychmiast próbują zamykać te wspólnoty i uznawać przesłania za fałszywe bez dokładnego i odpowiedniego dochodzenia. W wielu z tych przypadków brak odpowiedniego dochodzenia zrodził pytania dotyczące władzy i nieposłuszeństwa. Musimy się modlić, aby biskupi – z roztropnością i rozeznaniem, ale także z sercami wiary nadprzyrodzonej – z modlitwą i sumiennie przeprowadzili dokładne dochodzenie, gdy zaistnieją takie sytuacje, aby wierni mieli pewne prowadzenie i wiedzieli, że mogą patrzeć na swoich pasterzy z ufnością i pewnością.
Na zakończenie módlmy się nieustannie za Kościół, za przełożonych, którzy nim przewodzą, i za wiernych należących do Jego Mistycznego Ciała. Obyśmy zabiegali o autentyczne posłuszeństwo autorytatywnej prawdzie, którą objawił nam Jezus Chrystus, oraz obyśmy uznawali i przeciwstawiali się wszelkiej władzy, której źródłem nie jest Chrystus, abyśmy zawsze postępowali w głębokim posłuszeństwie naszemu Panu Jezusowi Chrystusowi.
Biskup Joseph E. Strickland, Emerytowany biskup diecezji Tyler
Snort – it would be unusual for an academic to have this much self-awareness.
Word Salad
[PREMIERING TONIGHT, 9PM ET] H5N1 Avian Flu: Everything You Need to Know | FALLOUT
We have been hearing a lot about H5N1 avian influenza in recent months. Should you be afraid? Or are fears overblown?
And how does this relate to recent testimonies surrounding gain-of-function research?
What kind of gain-of-function research has already been done on avian flu, and what are the possible implications?
This is all in the context of a looming World Health Organization (WHO) vote that could give the WHO unprecedented powers over global public health policy in the name of “pandemic preparedness.” Join us this week on FALLOUT.
Zapraszamy do Siedlec 26 maja (niedziela) na 91 Pokutny Marsz Różańcowy w intencji naszej kochanej Ojczyzny – Polski. Zaczynamy o godz. 14-tej, pod Pomnikiem Św. Jana Pawła II. Na zakończenie Mszą Święta, która rozpocznie się o godzinie 16-tej w katedrze siedleckiej.
Uwielbiając Boga w Trójcy Świętej Jedynego, modlimy się razem z Maryją Królową Polski, o Polskę wierną Bogu, Krzyżowi i Ewangelii, o wypełnienie Jasnogórskich Ślubów Narodu.