Kolonie nie mają doktryny, ponieważ ze swej, ułomnej natury, są nie podmiotem, a przedmiotem.
Przedmiotem, podlegającym obrotowi, w którym to obrocie uczestniczą zbywca i nabywca.
***
Kiedy panowie Kriuczkow i Fried dogadywali szczegóły przekazywania dotychczasowej, sowieckiej kolonii w amerykańską sferę wpływów, pijany tzw. wolnością lud tubylczy, nie zwracał uwagi na takie detale, jak wielkoskalowa (to modne dziś określenie) grabież (marka handlowa – transformacja).
Trzeba przyznać, że Amerykanie zachowali się pragmatycznie i na początku, błyskawicznie wycisnęli z nowej kolonii co się dało (a dało się wiele, bo PRL była kolonią zasobną), po czym w ramach tzw. partnership in leadership , wydzierżawili Kraj nad Wisłą (dalej KnW) swoim, zaufanym wasalom, czyli Niemcom, którzy kontynuowali grabież latami, z właściwą sobie systematycznością.
Wyciskanie odbywało się przy udziale sitw kompradorskich (najpierw kapitalistycznych, potem socjalistycznych), pod czujną opieką przewerbowanych z rubli na dolary smutnych panów, co gwarantowało i regularność transferów haraczu, i spokój.
Pragmatyzm amerykański (czyli grab and run) wynikał z tzw. twardej przesłanki:
kolonia była położona daleko, bo aż za oceanem, a niemiecki wasal miał KnW tuż za rzeką, czyli najdosłowniej pod (grabiącą) ręką. ***
Emancypacja (nadmierna zdaniem Waszyngtonu) wasala niemieckiego, sprowokowała ponowne wejście do gry Amerykanów (to nie ja – to staliniątko Targalski), które spowodowało 8 lat temu przemeblowanie tzw. sceny politycznej w KnW.
Ale każdy, kto choć raz meblował mieszkanie wie, że meble (jak każdy sprzęt) się zużywają, nie tylko fizycznie, ale i moralnie.
Dlatego też, powróceni do gry Amerykanie, zmajstrowali nowoczesny zestaw meblowy „Szymek”, który ma zastąpić zużytą (fizycznie i moralnie) post peerelowską meblościankę „Jarek”, z jednoczesnym przyblokowaniem przestrzeni mieszkaniowej dla importowanych zza Odry meblarskich szrotów, pod roboczą marką „Donek”.
***
Kolonia KnW była i jest kompradorsko zarządzana przez lokalsów w najlepszym razie bez kindersztuby, a w najgorszym… wstyd być precyzyjnym, co każdy mógł (i może) sam zauważyć i usłyszeć.
Oczywiście wiek zaawansowany daje tu wielki handicap, bo ja pamiętam ferajny Gomułki, Gierka, Jaruzelskiego, Mazowieckiego, Bieleckiego. Suchockiej, Cimoszewicza…aż do Morawieckiego włącznie i bez problemu dostrzegam swoim, uzbrojonym w okulary okiem, nieustanną replikację buractwa, wyłażącego spod pseudo-inteligenckiej panierki.
I dlatego bardzo sobie cenię dobre maniery.
Rzecz jasna, wzorem savoir vivre jest Albion, znany ze swej uprzejmości aż po ostatni stopień szafotu. Do kodeksu dobrych manier wrócę po krótkim opisie sensacyjki, której autorem jest prezes NBP Glapiński, który w przerwach pomiędzy naradami z asystentkami potrafi strzelić takim bon motem, że buzi dać (to przenośnia):
„Jest (…) bezpieczeństwo (…) militarne, bo jesteśmy częścią NATO. Chociaż między nami Polakami (…) bez centralnego portu komunikacyjnego, ten 5 punkt NATO jest po prostu punktem. Musi być taki port, żeby amerykańskie na przykład wspomożenie obrony naszego wschodu miało gdzie wylądować i się logistycznie rozłożyć. O tym się nie mówi publicznie, bo każdy się boi, ja się nie boję, powiem: ogromne znaczenie strategiczne, militarne CPK a nie fiu bździu”
To piękne, że pomiędzy obowiązującym bajdurzeniem o wygodzie Polaków podróżujących po świecie, ktoś wreszcie powiedział, że budujemy CPK dla Amerykanów, żeby mogli tu przylecieć (do czego jeszcze wrócę).
Budujemy za w sumie nieduże pieniądze, bo 40 miliardów, co wobec 100 miliardów wydanych w rok na ferajnę pajaca Zełeńskiego jest niewiele.
Bo jak nam Ukraina te 100 miliardów odda, to będziemy mogli sobie wybudować kolejne 2 (i pół) CPK, tym razem już dla zwiedzających świat Polaków, albo 50 razy przekopać Mierzeję Wiślaną – bo kto bogatemu zabroni?
***
Wracając do dobrych manier (i mojej, długiej pamięci) zatrzymam się na wychodzeniu po angielsku:
Pamiętam, jak po angielsku wyszli Amerykanie z Wietnamu, co doskonale wizualizowały zdjęcia helikopterów startujących z dachu ambasady w Sajgonie, zabierających tylko najcenniejsze aktywa, w tym co ładniejsze panienki.
Cóż, helikoptery miały ładowność ograniczoną, stąd zrozumiałym jest, że zdecydowaną większość lokalnych sojuszników USA, trzeba było zostawić do dyspozycji wjeżdżających w tym samym czasie do Sajgonu na czołgach, komunistów.
A ci potrafili się nimi zająć wg najlepszych sowieckich wzorów.
Ale kogo to dziś obchodzi?
***
Znacznie później, gdy jako tzw. młody pracownik naukowy zarabiałem na swój pierwszy kolorowy telewizor (i magnetowid – było kiedyś takie słowo) zbierając na norweskich zboczach truskawki, Saddamowi zachciało się/został podpuszczony podboju Kuwejtu.
Robota była prosta, łup atrakcyjny, ale wtedy do gry wkroczyli Amerykanie w osobie gen Schwarzkopfa, a dokładniej w ciągu 100 godzin armie sprzymierzone wyzwoliły Kuwejt i wkroczyły na ok. 200 kilometrów w głąb Iraku, jednak rozkaz ówczesnego amerykańskiego prezydenta George’a H.W. Busha zmusił generała do zaniechania ofensywy (Wiki)
Kłopot w tym, że „Pod wrażeniem wezwań amerykańskich przywódców do buntu przeciwko irackiej dyktaturze, do walki z nią spontanicznie przystąpiły dwie dyskryminowane grupy: iraccy szyici w południowym Iraku oraz zamieszkujący północną część kraju Kurdowie.
Powstańcy nie otrzymali zagranicznego wsparcia; słabo uzbrojeni i pozbawieni jednolitego kierownictwa ponieśli klęskę w walkach z Gwardią Republikańską. Podczas przeprowadzonej przez Alego Hasana al-Madżida, Husajna Kamila al-Madżida oraz Tahę Jasina Ramadana pacyfikacji szyitów zginęło od 50 tys. do 300 tys. powstańców i cywilów. Z Iraku uciekło ponadto ok. 2 mln Kurdów (Wiki)
Swoją drogą, urocza jest ta dezynwoltura: „zginęło od 50 tys. do 300 tys. powstańców i cywilów”
No, ale tu przecież chodzi o jakichś szyitów, irackich do tego, więc nie ma co się obruszać.
***
Amerykanów wyjście po angielsku z Afganistanu było tak niedawno, że kto chciał, mógł obejrzeć hollywoodzkie wręcz sceny z Afgańczykami, czepiającymi się podwozi startujących wieeeelkich samolotów i potem spadających na rodzinną ziemię lotem swobodnym, ze skutkiem rozczarowującym.
Sceny szturmowania odgrodzonego szpalerem marines_lotniska, przez przerażonych, uciekających przed talibami lokalsów, wyglądały przy tym banalnie.
Swoją drogą, jakoś nie widzę/nie słyszę troski o los afgańskich kobiet pozostawionych przez Amerykanów na łaskę talibów, ale to pewnie kwestia niedoskonałości mojego wzroku i słuchu.
Zresztą – pewnie brzydkie te kobiety były. ***
Wracając do CPK:
prezes Glapiński nie powiedział jednak wszystkiego (bo odwaga nawet Glapińskiego, ma swoje granice:
otóż nie wspomniał, że pasy startowe CPK będą, jak by to ująć…. o! mam! – dwukierunkowe, co oznacza, że będą służyły nie tylko samolotom lądującym w KnW z amerykańskim cargo, ale i startującym np. za Atlantyk, albo choćby tylko do (niemieckiej) bazy w Ramstein
***
Na koniec wytłumaczę położenie ekipy, która postawiła wszystko (z nami włącznie), na egzotycznego (no oczywiście, że egzotycznego) sojusznika:
kot, który jednej dziury pilnował, z głodu zdechł.
Rosja: Ministerstwo Sprawiedliwości domaga się zakazania „międzynarodowego ruchu LGBT”
(Fot. LEGO/Facebook)
Rosyjskie ministerstwo sprawiedliwości chce uznać za „organizację ekstremistyczną” i zakazać w Rosji „międzynarodowego ruchu społecznego LGBT”. Stosowny wniosek resort skierował do Sądu Najwyższego – donosi w piątek portal Meduza.
W działalności lobby LGBT funkcjonującego na terytorium Rosji ministerstwo sprawiedliwości dopatrzyło się „znamion i przejawów ekstremizmu, w tym wzniecania wrogości na tle społecznym i religijnym” – pisze portal Meduza, powołując się na komunikat resortu.
Sprawę LGBT rosyjski Sąd Najwyższy ma rozpatrzyć 30 listopada. Jak przypomina cytowany portal, już w 2013 r. zakazano w tym kraju propagandy homoseksualizmu wśród nieletnich. W 2022 r. uchwalono z kolei ustawę, która zakazuje „propagandy nietradycyjnych stosunków seksualnych i pedofilii” w kinie, internecie, reklamie i w przestrzeni publicznej. Stosowne fragmenty (odnoszące się do stosunków osób tej samej płci) są wycinane z filmów, a książki usuwane z księgarni.
Dziennik „The Guardian” zwraca uwagę, że od początku wojny przeciwko Ukrainie Władimir Putin z nową siłą promuje się jako obrońca „tradycyjnych wartości”, a „retoryka antygejowska stała się fundamentem jego agendy politycznej”.
Klimat i pogoda to dwie emanacje procesu przepływu energii słonecznej przez Ziemię. Nasza planeta każdej doby jednocześnie nagrzewa się po jednej, nasłonecznionej stronie globu, a po drugiej, nocnej stronie, oddaje taką samą porcję energii. Jeśli te ilości są równe, to ilość energii cieplnej na globie jest stała. Z obserwacji przyrody z ostatnich kilku tysięcy lat możemy wnioskować, że mechanizm homeostazy działa i utrzymuje bilans energetyczny naszej planety wokół stałej wartości.
Ruch wirowy planety powoduje, że co 12h jesteśmy w jednej z tych sytuacji. Dodatkowym czynnikiem zmieniającym pory roku jest nachylenie osi wirującej Ziemi do płaszczyzny, po której Ziemia okrąża naszą gwiazdę, czyli Słońce. Skutkiem tego jest zjawisko nocy i dnia polarnego trwających nawet do pół roku na samych biegunach. Tereny polarne w okresie zimy to potężne kominy, gdzie ciepło niesione prądami morskimi ulatuje w bezkresny kosmos przez długie miesiące.
Od dobowego bilansu cieplnego oraz zjawisk takich jak efekt cieplarniany zależy kierunek zmian klimatycznych na Ziemi. Jest wiele pośrednich dowodów, że Ziemia w przeszłości była bardzo zimna lub bardzo gorąca. W ostatnim stuleciu dowiedzieliśmy się dużo o tych procesach, ale nadal nie wiemy dość, by rozumieć, co się dzieje. Wśród naukowców nie ma zgody np. co do długości okresu, w którym ciepło słoneczne przechwycone od Słońca przez oceany, utrzymywane jest na planecie przed jego utratą w procesie nocnego stygnięcia. Opinie specjalistów wahają się pomiędzy kilkoma latami, a okresem blisko 200 lat. W obliczu takiej niewiedzy próba zbudowania wiarygodnego modelu termodynamicznego dla naszej planety jest strzelaniem na oślep.
Jeden, wielki „kipisz”
Potoczne rozumienie relacji Słońce-Ziemia sprzyja wielu mitom rozpowszechnionym na ten temat. Zacznijmy od tak banalnego faktu, że Słońce nie nagrzewa ziemskiego powietrza. Jakkolwiek mamy gorące lato, to promienie słoneczne przelatują przez na 100 km grubą atmosferę zupełnie swobodnie w 99 proc., tak jakby tej atmosfery nie było. Mówimy, że powietrze jest przeźroczyste i to jest prawda. Oznacza to, że miedzy promieniowaniem płynącym od Słońca a powietrzem nie zachodzą interakcje skutkujące wymianą energii, czyli powietrze się nie nagrzewa od promieni słonecznych. Zupełnie nieistotne dla całości zjawiska jest przechwytywanie energii słonecznej przez zanieczyszczenia, takie jak pyły.
Skoro tak, to dlaczego w letni poranek powietrze się szybko nagrzewa? Nagrzewa się ono od niewidzialnych dla człowieka promieni podczerwonych, które emitują nagrzewające się od Słońca: grunt, skały, budynki, drzewa itp. Tak to działa, dlatego w asfaltowych miastach upał jest szczególnie uciążliwy i nie wyczuwalny w gęstym lesie, gdzie korony drzew pracują jak nasze domowe lodówki, schładzając powietrze w chwili odparowywania cząstek wody przez powierzchnie liści. Ciekawych odsyłam do tematu: „chłodnictwo, przejście fazowe cieczy”.
Skoro powietrze się nie nagrzewa od Słońca, a większość pasa międzyzwrotnikowego stanowią oceany, to większość ciepła słonecznego zbierane jest właśnie przez ziemskie wody. Prądy morskie rozprowadzają to ciepło w okołobiegunowe strefy chłodne, a stamtąd umyka ono na zawsze w bezkresny Kosmos w postaci fal podczerwonych. Atmosfera jest oczywiście elementem tego procesu. Termodynamika mówi, że energia przepływa od miejsc cieplejszych do zimniejszych. Ciepło, czyli energia termiczna, to nic innego jak ruch cząsteczek. Niewyobrażalne ilości cząstek różnych gazów atmosferycznych nieustannie się zderzają ze sobą, przekazując sobie energię, cieplejsze cząstki lecą do góry, gdzie oddają swoją energię w Kosmos w postaci podczerwieni. Jednocześnie, gdy podczerwień z nagrzanego gruntu natrafi na swym torze na gazową cząstkę, to ją podgrzewa. Atmosfera to jeden wielki „kipisz”.
Wiemy z autopsji, że chmury odgrywają kluczową rolę w lokalnym, dobowym bilansie cieplnym. Latem w dzień chronią nas przed nadmiernym nagrzaniem naszej okolicy, a zimą w nocy chronią od zbyt gwałtownego wychłodzenia i pozwalają zachować nawet dodatnią temperaturę do świtu. Często jako ludzkość popadamy w pychę, np. panuje pogląd, że współczesna nauka wie już wszytko o atmosferze itp. Tymczasem nie jest dokładnie znany proces powstawania chmur. Po 20 latach badań i walki z ideologiami duński Henrik Svensmark opublikował w renomowanym piśmie naukowym „Nature” wynik swych mozolnych badań. Okazuje się, że na tempo powstawania „zalążków” kropel pary, które dopiero utworzą chmurę, kluczowy wpływ ma promieniowanie kosmiczne niepochodzące ze Słońca. Zmienność tego promieniowania reguluje grubość jonosfery, która to jest skutkiem 11-letnich cykli aktywności Słońca. Wiemy też, że aktywność naszej gwiazdy waha się w cyklu około 107 letnim i w roku 2020 oba cykle były w swych minimach. Wynika z tego, że na klimat i pogodę na Ziemi mają i miały w przeszłości wpływ kosmiczne katastrofy w dalekim Kosmosie, takie jak eksplozje Supernowych.
Upadły symbol
Symbolem przemian klimatycznych są topniejące lody Arktyki i topnienie lodowców na Antarktydzie. Lód Arktyki to pływająca po oceanie sezonowa czapka bieguna północnego. Jego ilość ma zerowe znaczenie dla poziomu globalnego oceanu zarówno z przyczyn ilościowych, jak i natury samego zjawiska zmiany objętości wody w chwili zamarzania. Pokazywanie topniejącej Arktyki i zalewanych oceanem wysp na Pacyfiku jest przejawem wielkiej niekompetencji z fizyki na poziomie szkoły podstawowej. Lody Antarktydy, wielkiego kontynentu, stanowią istotną masę słodkiej wody uwięzionej w lodzie na Ziemi. Górzysta Antarktyda nie ma najmniejszych szans na topienie się; z powodu położenia i wysokości temperatury tam oscylują między minus 30 a minus 80 stopni Celsjusza. Szczególnie opinię publiczną poruszają sceny odrywania się do oceanu olbrzymich gór lodowych. Obszary biegunowe są mało zbadane z wielu powodów, a jednym z nich jest fakt, że nad biegunami rzadko latają satelity i jest mało zdjęć tego obszaru. Aby się dowiedzieć, co dzieje się z brzegami Antarktydy, Europejska Unia Nauk o Ziemi z siedzibą w Monachium przeprowadziła badania pt. „Zmiana powierzchni szelfu lodowego Antarktyki w latach 2009–2019”. Przez 10 lat zbierano według z góry opracowanej metodologii dużo zdjęć lotniczych i opublikowano raport mówiący, że ocean południowy stygnie, a Antarktyda szybko zwiększa swój lodowy szelf. W pewnych obszarach trochę lodu ubyło, ale w innych o wiele więcej lodu przybyło. Narastanie wielkiego lodowca trwa całe dekady i jest to proces bardzo powolny. Spektakularne załamanie się części lodowca i upadek do oceanu trwa chwilę i jest pokazywany przez media całemu światu. W raporcie też czytamy, że proces jest długoterminowy i po 10 latach badań wiemy, że musimy to jeszcze długo badać, aby zrozumieć, co się dzieje u brzegów Antarktydy.
Jednak globalne oziębienie?
Aby orzec o tym, czy klimat się zmienia i w którą stronę, trzeba przy stałej metodologii pomiarowej obserwować zjawisko przez setki lat. Ludzkość robi to od kilkudziesięciu lat w chaotyczny sposób. Jedną z poważnych wad metody jest mierzenie temperatur w miejscach nielosowych, a wprost przeciwnie – wybranych przez człowieka miejscach przyjaznych. Pomiary głównie są robione w osadach ludzkich, czyli miejscach o łagodnym, lokalnym klimacie. Najzwyklej zbieramy dane z miejsc wyjątkowych pod względem klimatu.
Nowe odkrycia, w tym związki między ilością chmur a cyklami solarnymi tłumaczy to, co się dzieje na Antarktydzie. Na północnej półkuli mamy równie ujemny bilans zimy w sezonie 2022/23. Jak podaje Światowa Organizacja Metrologiczna, w tym sezonie na północnej półkuli spadły rekordowe w historii pomiarów ilości śniegu i po raz pierwszy z powodu zimnego polarnego lata znaczne jego złoża nie stopniały i obecnie (październik) są już zasypywane nowymi opadami arktycznej zimy.
Na dzień dzisiejszy klimatyczne trendy długoterminowe są poza naszym poznaniem, nie znamy wszystkich zmiennych i ich wagi w procesie. To, co widzimy, to globalne oziębienie. Miejmy nadzieję, że coraz aktywniejsze Słońce powstrzyma je w ciągu najbliższych lat…
Antarktyda szybko zwiększa swój lodowy szelf. W pewnych obszarach trochę lodu ubyło, ale w innych o wiele więcej lodu przybyło… (źródło: https://tc.copernicus.org/articles/17/2059/2023/#&gid=1&pid=1)
Tristatecity to projekt „inteligentnego miasta”, który zaczął pojawiać się jako koncepcja w 2015 roku. Wizją Petera Savelberga, holenderskiego „konsultanta”, jest stworzenie gigantycznego megalopolis od Holandii przez Belgię do Zagłębia Ruhry w Niemczech, obejmującego od 30 do 45 milionów ludzi.
−∗−
Tłumaczenie w zestawieniu kilku tekstów dotyczących planów budowy Tristatecity, megalopolis na bazie trzech państw i protestów holenderskich rolników. W materiałach zawarta jest próba odpowiedzi na ile te dwa wydarzenia są ze sobą powiązane. /AlterCabrio/
_____________***_____________
Czytelnicy mogą być zainteresowani wcześniejszym zapoznaniem się z tym, jak się wydaje, oryginalnym dokumentem [TRISTATECITY, A PRIVATE SECTOR PLACE BRANDING INITIATIVE, pdf] na temat planu Trójpaństwowego miasta dla Holandii, Belgii i Zagłębia Ruhry w Niemczech oraz krótkim filmem [13min].
Tristate City – The Reason to Bankrupt Dutch Farmers – The Netherlands https://www.youtube.com/embed/s45OeHX5veM
_____________***_____________
Elita buduje Megalopolis, gdzie plebs będzie zjadał owady
Jesteśmy w stanie wojny w Europie. Ale nie z Rosją. Wróg nie wysłał żołnierzy, czołgów, karabinów maszynowych ani bomb. Nie zobaczymy tego.
To przebiegła, podstępna wielogłowa hydra kształtująca nasze życie, wspomagana przez tych, którzy mają nas reprezentować. Otworzyła się kluczowa linia frontu przeciwko temu amorficznemu wrogowi w sercu Europy. W Holandii.
Dzielni holenderscy rolnicy zmobilizowali swoje ciągniki, wozidła do obornika i bele słomy. Wyjechali na ulice, aby zaprotestować, jak już tutaj donosiliśmy, i nie dają za wygraną.
Po burzliwym lecie protestów rolników przeciwko tzw. przepisom dotyczącym „zanieczyszczenia” – rozporządzeniu rządu holenderskiego, który będzie wymagał od rolników ograniczenia emisji azotu nawet o 70 procent w ciągu najbliższych ośmiu lat – holenderski minister rolnictwa Henk Staghouwer zrezygnował po zaledwie dziewięciu miesiącach na stanowisku, mówiąc dziennikarzom, że nie jest odpowiednią osobą do tej pracy. Rzeczywiście.
Dobrze zrobimy śledząc to z uwagą. Protestują w naszym imieniu. Zmagają się z czymś, co trafnie opisano jako „skorporatyzowany program „zrównoważonego rozwoju” stworzony przy poparciu miliarderów przez „zieloną” elitę, która nie wywodzi się z żadnego popularnego okręgu wyborczego”.
Niewidzialne instytucje, takie jak Światowe Forum Ekonomiczne, Fundacja Billa i Melindy Gatesów, Fundacja Rockefellera, a także zgrupowanie ponadnarodowych korporacji, są kluczowymi „interesariuszami” tej ściśle powiązanej sieci. Są to niewybieralne postacie, które wpływają na politykę rządową w rzekomo suwerennych państwach na całym świecie.
Holenderski rząd planuje wydać 25 miliardów euro na wywłaszczenie 11 200 gospodarstw – rzekomo w celu zmniejszenia o połowę emisji azotu do 2030 roku. Będzie to oznaczać utratę 20 procent gospodarstw, a kolejne 33 procent będzie zmuszone do ograniczenia wielkości i redukcji inwentarza żywego.
Szaleństwo tych cięć ma miejsce w czasie światowych niedoborów żywności i nawozów, kiedy Holandia jest drugim co do wielkości eksporterem żywności po USA. Obecnie ryzykuje pójście w ślady Sri Lanki i zostanie głównym importerem, a nie eksporterem żywności.
Oprócz czasu tych działań, tym, co wzbudza podejrzenia holenderskich rolników, jest fakt, że redukcja emisji azotu nieproporcjonalnie spada na rolnictwo, podczas gdy przemysł i transport są również głównymi trucicielami. Jest w tym jednak logika, jeśli konkretnym motywem zawłaszczania ich ziemi i środków do życia jest Tristatecity [Trójpaństwowe miasto -tłum.].
Tristatecity to projekt „inteligentnego miasta”, który zaczął pojawiać się jako koncepcja w 2015 roku. Wizją Petera Savelberga, holenderskiego konsultanta, jest stworzenie gigantycznego megalopolis od Holandii przez Belgię do Zagłębia Ruhry w Niemczech, obejmującego od 30 do 45 milionów ludzi.
Jak w tej epoce świadomej emisji dwutlenku węgla taki projekt mógł przetrwać ekopobożność fanatyków środowiska? Nie jest oczywiste, w jaki sposób budowanie drapaczy chmur i pokrywanie dużych obszarów betonem może być bardziej zrównoważone niż ziemia uprawna, ale projekt chwali się, że wspiera wszystkie cele zrównoważonego rozwoju ONZ.
Oczywiście, że tak – na papierze. Chętnie promuje również agro-tech, skupiony w regionie Brabancji, w tym uprawę wertykalną (np. hydroponika). Być może nie jest przypadkiem, że według Financial Times, belgijski rząd również zaczął skupować grunty rolne, rzekomo w celu uniknięcia holenderskiego „kryzysu”. Innymi słowy, Trójpaństwowe miasto to klasyczna koncepcja „czwartej rewolucji przemysłowej” Światowego Forum Ekonomicznego.
Peter Savelberg jest wspierany przez holenderską organizację pracodawców VNO-NCW, fundusze emerytalne i deweloperów. Wierzą, że Tristatecity, z 45 milionami mieszkańców, będzie w stanie lepiej konkurować o inwestycje i talenty z innymi globalnymi megamiastami, zwłaszcza z Chinami. A więc, nieuchronnie, Tristatecity potrzebuje holenderskich gruntów rolnych na mieszkania.
Tymczasem mieszkańcy Tristatecity prawdopodobnie będą żywić się robakami – bo będzie tam mniej pól uprawnych, by produkować dla nich żywność. Stąd potrzeba uprawy pionowej. Nie byłoby dla nich żadnego innego przemysłu, w którym mogliby pracować, ponieważ paliwa kopalne potrzebne do funkcjonowania przemysłu wysychają.
Niemcy już teraz doświadczają oznak dezindustrializacji, gdy rosyjski gaz znika, a wysychający Ren jak na ironię uniemożliwia transport węgla. Zero-carbon staje się rzeczywistością.
Pomimo rosnącego sprzeciwu wobec programu ONZ „zrównoważonego rozwoju” Agenda 2030, przeciwko WEF i Wielkiemu Resetowi, rząd holenderski, być może zachęcony m.in. przez niedawne Forum Wysokiego Szczebla ONZ [UN High-Level Forum], w którym Holandia uczestniczyła tego lata, uciekł się do używania tak zwanych „zmian klimatycznych” i „ochrony przyrody” jako podstępnej i zwodniczej wymówki dla zdobycia ziemi potrzebnej do realizacji tych celów.
Widać, że szum marketingowy wokół samego Tristatecity ucichł (zaledwie kilkaset osób śledzi tę stronę na Facebooku), a projekt poczuł potrzebę wydania publicznego oświadczenia, że nie ma związku z programami redukcji azotu.
Tutaj, w Wielkiej Brytanii, być może na razie uniknęliśmy losu holenderskich rolników, chociaż zachęta finansowa naszego rządu dla rolników do opuszczenia gospodarstw była oferowana aż do 11 sierpnia. Nadal istnieje potrzeba zachowania czujności.
Podczas gdy walijskie szkoły zachęcają dzieci do jedzenia robaków, Francja stała się krajem innowacji w produkcji owadów i mieści największe na świecie farmy owadów.
Start-up o nazwie Ynsect zebrał 224 miliony dolarów od inwestorów – w tym koalicji Footprint Coalition gwiazdy Hollywood Roberta Downey Juniora – na budowę drugiej farmy owadów w Amiens w północnej Francji.
Firma zajmuje się hodowlą larw mącznika, które produkują białka dla zwierząt gospodarskich, karmę dla zwierząt domowych i nawozy. Antoine Hubert, dyrektor generalny i współzałożyciel, obiecał, że „40-metrowy zakład o powierzchni ponad 40 000 metrów kwadratowych” będzie „najwyższą pionową farmą na świecie i pierwszą pionową farmą ujemną pod względem emisji dwutlenku węgla na świecie”.
Jesteśmy wciąż atakowani przez wielogłową hydrę na inne sposoby. Manipulacje [gaslighting] przybierają wiele form. Jednym z niedawnych przykładów było przyznanie głównej nagrody podczas Chelsea Flower Show ogrodowi, którego centralną cechą było przeżuwane przez bobry drewno, a nie kwiaty – tak jakby nietknięta natura przebijała uprawę i tworzenie.
W czerwcu omalże nie przeoczyliśmy utraty 700 000 akrów ziemi uprawnej, kiedy budżet na „odnowę krajobrazu” (czyli „odnowę dzikiej przyrody”) został zmniejszony z 800 milionów do 50 milionów funtów.
Ta wojna jeszcze się nie skończyła i powinniśmy wspierać naszych europejskich sojuszników, tak jak robiliśmy to podczas II wojny światowej.
Michael Yon: korespondent wojenny, holenderscy rolnicy, światowy głód, New Paradigms w/Sargis Sangari EP #107
W poniedziałek, 25 lipca 2022, w 107. odcinku New Paradigms z Sargisem Sangari, Michaelem Yon: to najbardziej doświadczony korespondent wojenny w Ameryce, a ja rozmawiałem o jego ostatnich doświadczeniach gdy towarzyszył #DutchFarmers w #Holandia.
Michael mówił o faktycznych przyczynach rządowych nakazów przeciwko rolnikom oraz o skutkach tych kroków dla rozwijającego się światowego głodu i imigracji.
Michael wskazuje, że Holandia jest punktem wyjścia dla Światowego Forum Ekonomicznego (#WEF) oraz programu i projektu sieciowego #TristateCity. Nie jest to więc przypadek, że #Holenderski Premier, #MarkRutte, jest ulubieńcem #KlausSchwaba, założyciela WEF.
Głównymi fundatorami WEF jest około 1000 firm członkowskich, zazwyczaj globalnych przedsiębiorstw z obrotem przekraczającym 5 miliardów dolarów amerykańskich plus subwencje publiczne.
Dołącz do mnie, aby wysłuchać tego ważnego programu z Michaelem Yonem, który towarzyszył holenderskim rolnikom, walczącym z potężną WEF, międzynarodową organizacją pozarządową i lobbingową.https://rumble.com/embed/v1azd3j/?pub=4
Świat według Klausa Ty i ja nie będziemy jeść robaków. Ty i ja nie będziemy wiecznie nosić masek. Ty i ja nie będziemy odgrywać ról cyborgów. I ty i ja nie będziemy w […]
________________
Od Sri Lanki do Niderlandów czyli jak działać Wiedzą, że kiedy ludzie stają się wściekłym, głodnym tłumem, mogą być kontrolowani jak zwierzęta. I tego typu reakcje są dokładnie tym, na co liczą ci globalistyczni oszuści. Dlatego niszczą światowe […]
________________
Dyptyk żywnościowy czyli apokalipsa, robaki i GMO Byliśmy świadkami jak lockdowny roznoszą gospodarkę na kawałki, podczas gdy klasa miliarderów osiąga rekordowe zyski, a korporacyjne molochy rozszerzają swoje monopole, tak też każda proponowana polityka bezpieczeństwa żywnościowego przyniesie korzyści […]
Liczba alertów Squawk 7700 wzrosła o 386% w 2023 roku
***
Pilot ostrzega przed katastrofą w branży lotniczej z powodu szczepionek na COVID-19 Autor: Sally Beck
Kapitan Shane Murdock twierdzi, że branża lotnicza znajduje się „nad przepaścią katastrofy”. Jako pilot od ponad 40 lat i wykwalifikowany badacz wypadków lotniczych, znalazł oficjalne dane, które potwierdzają jego twierdzenie o zbliżającej się globalnej katastrofie. Dodaje: „Skorelowane ze sobą dane wskazują na istnienie ogromnego problemu, który ma i będzie miał znaczący wpływ na bezpieczeństwo lotnictwa na całym świecie. Jest wystarczająco dużo dowodów, by wysyłać czerwone flagi”.
W tym roku doszło do wielu tragedii. Phil Thomas, młody absolwent akademii szkolenia lotniczego w hiszpańskim Kadyksie, zachorował i zmarł nagle w kwietniu. W marcu pięciu pilotów straciło zdolność do wykonywania lotów, w tym pilot British Airways, który zasłabł i zmarł w Kairze w Egipcie na krótko przed planowanym lotem.
Piloci są w świetnej formie, więc dlaczego tak wielu z nich nagle umiera lub zapada się? Kpt. Murdock doszedł do wniosku, że cierpią oni z powodu poważnych niepożądanych reakcji na szczepienia przeciwko Covid-19, których skutkami ubocznymi są zapalenie mięśnia sercowego, mgła mózgowa, bezsenność, zakrzepy krwi i anafilaksja.
Uważa on, że niektórzy piloci to tykające bomby zegarowe i twierdzi, że wielu z nich nie zgłasza złego stanu zdrowia. Powiedział: „Nie zgłaszają mgły mózgowej, trzepotania serca i zawrotów głowy, ponieważ nie chcą stracić pracy”.
Lotnicy przechodzą kompleksowe coroczne kontrole stanu zdrowia lub co pół roku, jeśli byli chorzy. Przepisy stanowią, że mogą zdać tylko wtedy, gdy prawdopodobieństwo wystąpienia choroby, która mogłaby ich obezwładnić, wynosi mniej niż 1 procent.
W jaki sposób przechodzą badania lekarskie, jeśli cierpią na poważne reakcje niepożądane? W ubiegłym roku globalny regulator lotnictwa, Federalna Administracja Lotnictwa (FAA), zmienił markery elektrokardiogramu (EKG), które mierzą „odstęp PR”. Jest to czas, w którym impuls elektryczny przemieszcza się z jednej części serca do drugiej i jest wskaźnikiem zdrowia serca. Nowy limit jest o 50 procent dłuższy niż poprzedni, co oznacza, że jeśli u pilota rozwinęła się choroba serca, może się on prześlizgnąć.
——————————–
15 listopada 2020 r. australijskie linie lotnicze wprowadziły obowiązek szczepień przeciwko Covid-19 dla 900 pilotów oraz całego personelu lotniczego i naziemnego. W Australii dostępne były szczepionki Pfizer, AstraZeneca i Moderna.
Dziś mija trzecia rocznica tego mandatu, a kpt. Murdock jest jednym z 12 pilotów, którzy odmówili. Został oczywiście zwolniony, oskarżony o poważne wykroczenie zawodowe, zarzut zwykle zarezerwowany dla niewłaściwych zachowań seksualnych lub lekkomyślnego i niebezpiecznego zachowania.
60-letni Murdock, mieszkający niedaleko Sydney w Australii, latał jako kapitan dla Virgin Australia przez 20 lat, a licencję posiada od 1984 roku. Posiada również tytuł magistra w dziedzinie Aviation Human Factors [czynników ludzkich w lotnictwie], nauki stojącej za tym, jak ludzie współdziałają z maszynami. Powiedział: „Codziennie gdzieś w międzynarodowej sieci można znaleźć samolot, który został zawrócony z powodu stanu zagrożenia zdrowia. Albo ze względu na stan zdrowia pasażera, albo załogi”.
Kiedy piloci wysyłają wezwanie radiowe mayday do kontroli ruchu lotniczego, jest ono nazywane „squawk„. Używają oni kodu 7700 dla wszystkich wywołań mayday, które są zarezerwowane dla poważnych incydentów, takich jak niezdolność pilota lub pożar na pokładzie. Niewiele scenariuszy uzasadnia wezwanie mayday; pasażerowie i załoga muszą stawić czoła prawdziwemu niebezpieczeństwu.
Odnotowano bezprecedensowy wzrost liczby połączeń mayday, śledzonych przez bota utworzonego przez konto X @GCFlightAlerts. Publikuje on wiadomości, gdy pilot wysyła sygnał 7700 w dowolnym miejscu na świecie.
W latach 2018-2019 średnia liczba wezwań mayday wynosiła 29,1 procent wszystkich wezwań pomocy. W 2022 r. liczba wezwań mayday wzrosła o 272 procent. W pierwszych trzech miesiącach 2023 r. wzrost ten wyniósł 386 procent. Wykres pokazuje, że nastąpił natychmiastowy, gwałtowny wzrost, gdy szczepionki zostały zlecone pilotom.
Średni wiek zgonu w Australii podczas pandemii wynosił 85,3 lat. Liczby te nie uzasadniały nakazu szczepienia zdrowych, sprawnych pilotów i wdrożenia polityki „no jab, no job”. Naruszało to nawet ich własne wytyczne: zgodnie z zasadami FAA żaden pilot nie może przyjmować żadnego rodzaju leku, chyba że został zatwierdzony i był stosowany w populacji ogólnej przez 12 miesięcy. Piloci nie mogą brać udziału w testach leków, a wszystkie szczepionki na Covid-19 były dozwolone na podstawie zezwolenia na stosowanie w nagłych wypadkach. Ostatnia faza badania zakończy się w tym roku.
Kpt. Murdock przyjrzał się również liczbie licencji dla załóg wieloosobowych wydanych przez australijski organ regulacyjny, Urząd Bezpieczeństwa Lotnictwa Cywilnego (CASA). Urząd ten jest uprawniony do nakładania ograniczeń na licencje pilota liniowego (APTL). Licencja dla wielu członków załogi ogranicza pilotów do wykonywania lotów z wieloma członkami załogi i jest wydawana, gdy ich stan zdrowia wskazuje na możliwość utraty zdolności do wykonywania lotów. CASA monitoruje i zarządza certyfikacją medyczną i licencjonowaniem wszystkich australijskich pilotów. Dane udostępnione przez CASA pokazują, że nastąpił bezprecedensowy wzrost ograniczeń o 126 procent.
Można by pomyśleć, że skłoni to CASA do poważnego przeglądu, ale nie zrobią nic, podczas gdy australijski organ nadzorujący leki, Therapeutic Goods Administration (TGA), nadal popiera szczepienia przeciwko Covid-19 dla wszystkich. To drzwi obrotowe unikające odpowiedzialności, które są znane tym z nas, którzy badają kwestie szczepionek.
Kpt. Murdock uważa, że brak działania może mieć tylko jeden skutek, a należy pamiętać, że widzieliśmy wiele samolotów lądujących awaryjnie z powodu niezdolności pilota. Jest jednoznaczny i powiedział: „Dojdzie do katastrofy, a zarówno załogi samolotów, jak i podróżujący zginą niepotrzebnie”.
***
Komentarze dr Williama Makisa
Zgłosiłem przypadki śmierci i niezdolności do lotu pilotów, o których mowa w tym artykule.
Mam bardzo dokładny rejestr obezwładnień pilotów i zgonów podczas lotu w 2023 r., Które śledziłem na moim podstacku, a gdy będziemy mieli wystarczającą ilość danych, opublikuję porównania obezwładnień pilotów w 2022 i 2023 r. W porównaniu z latami sprzed szczepionki COVID-19.
Kody Squawk to czterocyfrowe numery używane do komunikacji między samolotem a kontrolą ruchu lotniczego, umożliwiające skuteczną komunikację w różnych sytuacjach związanych z bezpieczeństwem i sytuacjami awaryjnymi.
Squawk 7700 to kod awaryjny, który wskazuje na poważny problem na pokładzie samolotu. Może to być spowodowane kwestiami technicznymi, środowiskowymi lub medycznymi, które prowadzą do sytuacji awaryjnej.
Może być wprowadzony przez pilotów lub poinstruowany przez ATC i ostrzega kontrolerów i personel naziemny, aby przygotowali się na przybycie samolotu.
Inne zarezerwowane kody squawk to 7500 dla sytuacji porwania i 7600 dla utraty łączności z ATC. Kody te zapewniają łatwe powiadomienie każdej osobie monitorującej statek powietrzny i umożliwiają ATC zapewnienie niezbędnej pomocy i priorytetowych usług.
* Dr William Makis jest kanadyjskim lekarzem specjalizującym się w radiologii, onkologii i immunologii. Medal Gubernatora Generalnego, stypendysta Uniwersytetu w Toronto. Autor ponad 100 recenzowanych publikacji medycznych. Światowy kryzys koronowy, globalny zamach stanu przeciwko ludzkości autor: Michel Chossudovsky
Michel Chossudovsky szczegółowo analizuje, w jaki sposób ten podstępny projekt „niszczy ludzkie życie”. Zapewnia kompleksową analizę wszystkiego, co musisz wiedzieć o „pandemii” – od wymiaru medycznego po reperkusje gospodarcze i społeczne, podstawy polityczne oraz skutki psychiczne i psychologiczne.
„Moim celem jako autora jest informowanie ludzi na całym świecie i obalanie oficjalnej narracji, która została wykorzystana jako uzasadnienie destabilizacji tkanki gospodarczej i społecznej całych krajów, a następnie narzucenie „śmiertelnej” „szczepionki” COVID-19. Kryzys ten dotyka całą ludzkość: prawie 8 miliardów ludzi. Jesteśmy solidarni z naszymi bliźnimi i dziećmi na całym świecie. Prawda jest potężnym narzędziem”.
Recenzje
Jest to dogłębne źródło bardzo interesujące, jeśli jest to szersza perspektywa, którą chcesz nieco lepiej zrozumieć, autor ma dużą wiedzę na temat geopolityki i widać to w sposobie, w jaki Covid jest rozpatrywany w szerszym kontekście.-Dr Mike Yeadon
W tej wojnie przeciwko ludzkości, w której się znajdujemy, w tym pojedynczym, nieregularnym i masowym ataku na wolność i dobro ludzi, książka Chossudovsky’ego jest skałą, na której możemy podtrzymać naszą walkę. -Dr Emanuel Garcia
W piętnastu zwięzłych rozdziałach opartych na nauce Michel śledzi fałszywą pandemię COVID-19, wyjaśniając, w jaki sposób test PCR, dający do 97% udowodnionych wyników fałszywie dodatnich, w połączeniu z nieustającą kampanią strachu 24/7, był w stanie stworzyć ogólnoświatową panikę „plandemii”; że ta plandemia nigdy nie byłaby możliwa bez niesławnego testu reakcji łańcuchowej polimerazy modyfikującego DNA – który do dziś jest narzucany większości niewinnych ludzi, którzy nie mają pojęcia. Jego wnioski potwierdzają znani naukowcy. -Peter Koenig
Profesor Chossudovsky ujawnia prawdę, że „nie ma związku przyczynowego między wirusem a zmiennymi ekonomicznymi”. Innymi słowy, to nie COVID-19, ale raczej celowe wdrożenie nielogicznych, naukowo bezpodstawnych blokad spowodowało zamknięcie globalnej gospodarki. -David Skripac
Lektura książki Chossudovsky’ego stanowi kompleksową lekcję na temat globalnego zamachu stanu zwanego „Wielkim Resetem”, który, jeśli nie zostanie oparty i pokonany przez kochających wolność ludzi na całym świecie, doprowadzi do dystopijnej przyszłości, której jeszcze sobie nie wyobrażano. Przekaż ten darmowy prezent od profesora Chossudovsky’ego, zanim będzie za późno. Nie znajdziesz tak wielu cennych informacji i analiz w jednym miejscu. -Edward Curtin. https://www.globalresearch.ca/pilot-warns-airline-industry-disaster-due-covid-19-vaccines/5840318
Na Różańcu świętym będziemy się modlić wraz z Maryja Królową Polski o Polskę wierną Bogu, Krzyżowi i Ewangelii oraz o wypełnienie Jasnogórskich Ślubów Narodu.
BIAŁYSTOK – O godz. 13.30 wyruszymy sprzed Katedry (ul. Kościelna 2), przejdziemy Rynkiem Kościuszki, ul. Lipową do Bazyliki Mniejszej p. w. św. Rocha.
POZNAŃ – początek o godz. 12.30 Msza Święta za Ojczyznę w Sanktuarium Bożego Ciała przy ul. Krakowskiej. Po Mszy Świętej Pokutny Marsz Różańcowy poprowadzi Ojciec Jerzy Garda. Zakończenie u Ojców Franciszkanów w Sanktuarium Matki Boskiej w Cudy Wielmożnej na Wzgórzu Przemysła.
ZAMOŚĆ – o godz. 15.00 Koronka do Miłosierdzia Bożego, po modlitwie wyruszy spod kościoła św. Katarzyny Pokutny Marsz Różańcowy.
Msza Święta za Ojczyznę w Kościele Rektoralnym Świętej Katarzyny, ul. Kolegiacka 3 o godz. 17.00
W piątek Włodzimierz Karpiński oficjalnie otrzymał mandat europosła w miejsce wybranego do Sejmu Krzysztofa Hetmana; mandat otrzymał również Witold Pahl, który zastąpi wybranego do Sejmu Bartosza Arłukowicza – poinformował w piątek w komunikacie Parlament Europejski.
——————–
W komunikacie wydanym w piątek przez Parlament Europejski czytamy, że na posiedzeniu 20 listopada PE „przyjmie do wiadomości wybór na posłów do Parlamentu Europejskiego” dwóch nowych polskich euro-parlamentarzystów – Witolda Pahla i Włodzimierza Karpińskiego”. Jak podkreślono, są oni oficjalnie uznani za europarlamentarzystów od 16 listopada.
Jak podał PE, gdy poseł do Parlamentu Europejskiego decyduje się odejść, umiera lub traci mandat, powiadamia o tym (lub robią to w jego imieniu władze państwa, z którego pochodzi) Przewodniczącego PE.
Następnie Parlament ogłasza wakat. Właściwe organy krajowe są wtedy proszone o obsadzenie wakującego miejsca. Państwo członkowskie informuje Parlament o zastępstwie, którego ogłoszenie następuje na posiedzeniu plenarnym. Następnie nowy poseł do PE podpisuje oświadczenie o niepołączalności i obejmuje urząd.
Marszałek Sejmu Hołownia podpisał dokumenty informujące trzy osoby o pierwszeństwie przysługującym im w objęciu mandatu do Parlamentu Europejskiego.
Włodzimierz Karpiński, były sekretarz w warszawskim ratuszu i były minister w rządzie PO-PSL w czwartek opuścił areszt, w którym przebywał od lutego. Zatrzymano go w związku z tzw. aferą śmieciową. Usłyszał zarzuty korupcyjne związane z zawieraniem kontraktów na zagospodarowanie odpadów w Warszawie.
Karpiński kandydował w 2019 r. w wyborach do Parlamentu Europejskiego z listy Koalicji Europejskiej. Nie zdobył jednak mandatu europosła. Posłem PE z tej listy został Krzysztof Hetman, który w październiku tego roku zdobył mandat do polskiego Sejmu i go objął. Do PE za Hetmana trafić powinna Joanna Mucha, lecz ona także została wybrana na posłankę. Następny w kolejności do mandatu europosła byłby Riad Haidar, ale polityk zmarł w maju br. Mandat europosła przypada więc kolejnemu kandydatowi – właśnie Włodzimierzowi Karpińskiemu.
Zgodnie z Kodeksem wyborczym, Marszałek Sejmu zawiadamia, na podstawie informacji Państwowej Komisji Wyborczej, kolejnego kandydata z tej samej listy kandydatów, który w wyborach otrzymał kolejno największą liczbę głosów, o przysługującym mu pierwszeństwie do mandatu w PE w miejsce osoby, której wygasł mandat.
Oświadczenie kandydata o przyjęciu mandatu do PE powinno być złożone w terminie 7 dni od dnia doręczenia zawiadomienia. Niezłożenie go w tym terminie oznacza zrzeczenie się pierwszeństwa do obsadzenia mandatu.
Drugi mandat europosła obejmie Witold Pahl – były sędzia Trybunału Stanu i były wiceprezydent Warszawy. Otrzyma on mandat po wybranym do Sejmu z list KO Bartoszu Arłukowiczu. W wyborach do PE w 2019 roku kilkoro kandydatów z listy zdobyło lepszy wynik; była marszałek woj. lubuskiego Elżbieta Polak również zdobyła jednakże mandat w Sejmie, podobnie jak Jarosław Rzepa, który został posłem z ramienia Trzeciej Drogi. Wśród kandydatów przed Pahlem znalazła się jeszcze była minister pracy i polityki społecznej oraz posłanka Jolanta Fedak, która zmarła w 2020 roku. W tej sytuacji mandat po Arłukowiczu przydał więc Pahlowi.
Były minister skarbu za rządów PO-PSL Włodzimierz Karpiński został zatrzymany przez CBA w lutym. Wraz z kilkoma innymi osobami, w tym z byłym wiceministrem skarbu Rafałem Baniakiem, jest podejrzany o załatwianie wartych 600 mln zł kontraktów z Miejskim Przedsiębiorstwem Oczyszczania w Warszawie.
Karpiński usłyszał zarzut przyjęcia korzyści majątkowej w kwocie blisko 5 mln zł. Do tej pory przebywa w tymczasowym areszcie. Pod koniec marca został odwołany z funkcji sekretarza Warszawy przez Rafała Trzaskowskiego. Zasiadał również w radach nadzorczych spółek: Metro Warszawskie i Veolia.
Baniak usłyszał zarzuty m.in. kierowania zorganizowaną grupą przestępczą, prania pieniędzy i płatnej protekcji w zamian za prawie 5 mln zł łapówki.
==============
Marsz. Hołownia:
Próby wmontowywania mnie teraz w jakieś opowieści, że pierwsza decyzja marszałka to wypuszczenie przestępców z więzienia są po prostu żałosne –
Być może żyjemy już w czasach ostatecznych, podobnych do tych z końca Cesarstwa Rzymskiego, kiedy nastąpił podobny regres, a w końcu całkowity upadek wartości cnót obywatelskich oraz kanonów piękna, gdy deprawacja i demoralizacja osiągnęły prawdziwe wyżyny… – mówi w rozmowie z PCh24.pl dr Janusz Szewczak, autor książki „Piękno zdeptane, kult brzydoty” (Biały Kruk, 2023).
Gdyby miał Pan wskazać moment, kiedy prawda, dobro i piękno zostały „zastąpione” przez kłamstwo, zło i brzydotę, to co by to było?
To na pewno nie był jakiś jeden moment, ponieważ cały ten proces deptania piękna i lansowania brzydoty trwał dziesięciolecia. Gdybym jednak miał wskazać, kiedy miało miejsce swego rodzaju przesilenie, po którym to kłamstwo, zło i brzydota zaczęły triumfować, to powiedziałbym, że jest to okres po II wojnie światowej.
Oczywiście zjawiska, które opisuję w książce, pojawiły się wcześniej, ale nie były one globalne, tylko bardziej lokalne. Festiwal brzydoty mieliśmy podczas rewolucji protestanckiej zapoczątkowanej w 1517 roku przez Marcina Lutra – że przywołam tylko obrzydliwe grafiki, jakie promował reformator czy też nowy „wystrój świątyń”, gdzie piękne malowidła zostały zastąpione przez białe ściany.
To samo było w czasie rewolucji francuskiej, w czasie niemieckiego nazizmu, w czasie rewolucji bolszewickiej, ale jednak to wszystko odbywało się lokalnie. Globalny kult brzydoty trwa od kilkudziesięciu lat i niestety cały czas się nasila – coraz mniej piękna, coraz więcej szpetoty i obrzydliwości.
Pytanie brzmi: czy my, współcześni, musimy pokochać brzydotę, tak dziś wszechobecną w życiu codziennym? Czy musimy się pogodzić z brzydką sztuką współczesną, z paskudną, dołującą literaturą, pełną agresji i wulgaryzmów, głupawą muzyką i obscenicznym teatrem?
Brzydota ośmieliła się rzucić dzisiejszemu światu prawdziwe wyzwanie, napluć nam w twarz i ogłosić swoje zwycięstwo. Wywrócono do góry nogami całą dotychczasową hierarchię wartości, podważono skutecznie całą naszą cywilizację chrześcijańską, a więc i sposób rozumienia, i odróżniania piękna od brzydoty. Świadomie pomieszano kategorie i kanony, zdeformowano rzeczywistość, upodlono sztukę, pokrzywiono ludzkie charaktery i wypalono sumienia.
Współczesna sztuka odrzuciła wszelkie kanony piękna i rządzi się dziś egoizmem twórców, ideologią i dziwactwem. W XXI wieku przestało się praktycznie używać określenia „sztuka piękna”, zaczyna się już tylko mówić o sztuce. To ogromny kryzys estetyczny. Niemiecki filozof Georg Wilhelm Friedrich Hegel (1770–1831), twórca systemu idealistycznego, wykluczał piękno natury, uznając, że tylko sztuka może być piękna: „piękno sztuki zrodzone jest z ducha i dla ducha. Piękno jest domeną Ducha Absolutnego, jest objawieniem ideału”. Tak widział piękno ten myśliciel wspierający państwo pruskie.
Gdzie szukać przyczyny tej zmiany? Jak to się stało, że lokalne fanaberie stały się czymś globalnym?
Nie ma jednej przyczyny. Jest ich wiele: upadek wartości chrześcijańskich, odcięcie się od korzeni naszej cywilizacji, budowa cywilizacji śmierci, promowanie relatywizmu moralnego, bezbożność, traktowanie wulgarności i chciwości jako cnoty…
Nie można oczywiście zaprzeczyć, że w czasach antycznych, czy w średniowieczu nie było rzeczy złych, podłych, brzydkich. Nie można zaprzeczyć, że nie było wówczas fałszu, kłamstwa i po prostu zła. To wszystko było, ale żaden normalny człowiek tego nie promował, nie kultywował, nie przedstawiał jako czegoś dobrego. Zło było nazywane złem i nawet jeśli nie stało się to w danej chwili, to następne pokolenia nie miały problemu z odróżnieniem tego, co dobre, od tego, co złe. Dzisiaj jest inaczej. Wciska się nam, że to, co brzydkie jest piękne i mamy się tym zachwycać, bo inaczej będziemy skazani na ostracyzm i wykluczenie.
Nie dotyczy to jedynie kultury i sztuki, ale również innych aspektów jak ideologia. Proszę zauważyć: dzisiaj próbuje się obrzydzać tradycyjne małżeństwo, czyli związek kobiety i mężczyzny, oraz tradycyjną rodzinę. Z drugiej strony jako coś „fajnego” przedstawia się jakieś luźne związki bez zobowiązań, tzw. związki homoseksualne czy związki poliamoryczne, których legalizacji domagają się niektóre siły polityczno-pseudointelektualne na Zachodzie. Rodzina – podstawowa komórka społeczna – jest przedstawiana jako coś patologicznego, jako coś, co zasługuje na maksymalne potępienie i upodlenie.
Mimo tych wszystkich zabiegów socjotechnicznych i psychologicznych ludzie pragnęli piękna w sposób naturalny, i nadal go pragną – tego ziemskiego i tego boskiego, choć dziś już nawet ziemskiego pragną coraz mniej, o boskim praktycznie zapominają lub dawno zapomnieli. Simone Weil tak widziała piękno: „We wszystkim, co budzi w nas czyste i autentyczne odczucie piękna, Bóg jest oczywiście obecny”. Współcześnie można by tę opinię sparafrazować w następujący sposób: we wszystkim, co dziś brzydkie, złe, demoralizujące, a nawet obrzydliwe, podłe i wulgarne – również w sztuce – czuć rękę szatana, a na pewno pomniejszych diabłów. Nie ma dziś żadnej wspólnej koncepcji piękna ani, tym bardziej, jakichkolwiek barier dla brzydoty. Wszystko jest dozwolone, wszystko akceptowalne, wszystko uznawane za dzieło artystyczne i swobodę twórczą, bo podobno piękno i brzydota to dziś wyłącznie kwestia subiektywnej wrażliwości, kwestia umowna nowoczesnego obycia, otwartych horyzontów. Czy na pewno? Czy nie jest tak, że piękne dzieło jest piękne nawet po ponad 500 latach, a brzydota od razu brzydko pachnie i nigdy nie pięknieje?
Przecież piękno zawsze było i dla wielu nadal jeszcze jest pewną i realną, a zarazem i uniwersalną wartością, a brzydota – antywartością. Wszystko to było dobrze poukładane i zakorzenione w ludzkiej, rozumnej naturze i to piękno właśnie przez tysiące lat kształtowało cywilizację oraz ludzkie życie. W naszym uniwersum piękna nie mieszczą się przecież zło, deformacja, obrazoburczość, pogarda i zbrodnia – a to cechy konstytutywne brzydoty, to obraz upadku, kultury i cywilizacji, to nihilizm i transhumanizm zarazem.
Być może żyjemy już w czasach ostatecznych, podobnych do tych z końca Cesarstwa Rzymskiego, kiedy nastąpił podobny regres, a w końcu całkowity upadek wartości cnót obywatelskich oraz kanonów piękna, gdy deprawacja i demoralizacja osiągnęły prawdziwe wyżyny…
To samo można powiedzieć o tzw. prawach człowieka. Mam tutaj na myśli m.in. aborcję i eutanazję. Kiedyś uważano je za zło. Dzisiaj kobiety, które zamordowały dzieci w swoich łonach, otrzymują tytuły ludzi roku, a osoby pomagające w morderstwie dzieci nienarodzonych są przedstawiane jako wzór cnót obywatelskich i przykład do naśladowania…
Mamy wkrótce zaprzestać jedzenia mięsa, eleganckiego ubierania się, mamy jeść produkty z robaków i owadów, krowy mają przestać dawać mleko, bekać i emitować metan, bo już zajęły się tym najlepsze start-upy, wspomagane miliardami Billa Gatesa. Mamy przestać być szarmanccy wobec kobiet, mamy kochać byle kogo, byle nie Pana Boga, a za prawa człowieka uznawać prawo do śmierci dla nienarodzonych, starych i schorowanych, mamy przestać chcieć mieć dzieci i zakładać tradycyjne rodziny. Bo tylko wtedy będzie lepiej dla planety, bardziej ekologicznie i nowocześnie. Mamy na nowo zdziczeć i stać się heroldami złych emocji w postaci antynatalizmu, klimatyzmu, genderyzmu czy transhumanizmu i to ma być ta nowa, lepsza przyszłość ludzkości. Z pewnością nie będzie ona piękniejsza, no bo cóż pięknego jest w aborcji na życzenie, w eutanazji staruszków, kazirodztwie, czarnej magii, chodzeniu na czworakach i udawaniu psa czy w szczekaniu na modlących się na ulicy ludzi? Przecież to zwyczajnie głupie, podłe i bezsprzecznie brzydkie.
Mamy być w wiecznym transie, nieczuli na dobro, obojętni na piękno, egoistyczni i zadowoleni sami z siebie. Tyle że to wszystko już kiedyś było i źle się skończyło. Bez piękna, dobra i prawdy światu zawsze grozi katastrofa.
Święty Augustyn pisał, że „dusza żyje z Boga, a ciało żyje z duszy”. A więc, by było pięknie, a nie brzydko, nie wystarczy tylko ciało i materia, młodość i operacje plastyczne, algorytmy i aplikacje, a nawet gigantycznie rozbudowane własne ego. Sama cielesność i seksualność nie gwarantuje istoty piękna, potrzebna jest dusza, duchowość i wartości. Współczesne internetowe i medialne naloty dywanowe na ludzką wrażliwość, a szczególnie na duchowość, pozostawiają po sobie same ruiny zła i podłości. To zaś musi czynić nasz świat bardziej odpychającym niż przyciągającym, zdecydowanie bardziej brzydkim niż pięknym. Jak to krótko i celnie stwierdził wielki polski poeta Zbigniew Herbert w utworze „Pan Cogito”: „Dowodem istnienia potwora są jego ofiary”. A dzisiejszych ofiar zła i brzydoty, kłamstwa i obsceniczności, a także cywilizacji śmierci przybywa w zastraszającym tempie. Trwa więc dziś wojna o same fundamenty naszej cywilizacji. Ale biada tym, którzy zamieniają piękno na brzydotę, dobro na zło i prawdę na kłamstwo.
Na szczęście trwa jeszcze tęsknota za pięknem, za honorem, za duchowością. Ta tęsknota jeszcze całkiem nie umarła, choć dziś jest w ogromnych tarapatach. Platon twierdził, że „potęga dobra schroniła się w naturze piękna”. Zaś nasz ukochany papież św. Jan Paweł II pisał, że „piękno jest widzialnością dobra”. Jakie to proste, mądre i zarazem jak musi drażnić niektórych. Antyludzkie ideologie, odrzucenie Boga, dziwaczna i brzydka sztuka nigdy nie dadzą nam poczucia piękna i nie będą godne podziwu, nie będą też wsparciem dla naszej cywilizacji, dla przetrwania cennych dla nas wartości. Każda wspólnota musi mieć swój kod kulturowy i swój kanon piękna i brzydoty, bowiem jak twierdził Platon: „Piękno jest jedynym bytem duchowym, który kochamy instynktownie”.
Żyjemy dziś ewidentnie w czasach rozkładu moralnego i wielkiego upadku estetyki i wzorców kulturowych. Jesteśmy świadkami ogromnej skali deformacji sztuki i kultury, promocji antyestetycznych kanonów i konwencji. Jest to szczególnie widoczne w tzw. kulturze masowej. Widzimy współcześnie coraz bardziej wykolejone relacje intelektualne i międzyludzkie, społeczne dysfunkcje, przemoc, wulgarność i różnego rodzaju patologie, i to nie tylko w internecie. To zaawansowany proces likwidacji piękna, i to w wielu odsłonach. Jest brzydko i coraz brzydziej i będzie tak pewnie dalej.
Najbardziej wstrząsającym fragmentem Pana książki „Piękno zdeptane, kult brzydoty” był dla mnie rozdział VI „Ludzkie ciała”. Zarówno tekst, jak i zdjęcia, które tam zobaczyłem, mówiąc najdelikatniej, zrobiły na mnie wrażenie…
Uroda to niewątpliwie rzecz względna i wielce subiektywna, każdy z nas ma swój kanon urody i piękna ludzkiego ciała. Od zamierzchłych czasów istnieją pewne stałe cechy atrakcyjności fizycznej, cechy uniwersalne: dobre proporcje ciała, odpowiednia muskulatura w przypadku mężczyzn, delikatna skóra, długie nogi, bujne włosy, wąska talia, wyrazisty biust w przypadku kobiet. Wygląd, uroda i osobiste piękno nadal mają istotny wpływ na relacje społeczne, sukcesy życiowe i zawodowe, popularność i atrakcyjność. Powszechnie dziś uznaje się, że co jak co, ale na scenie, w modelingu, w mass mediach, w show-biznesie działać i eksponować swoje ciało mogą wyłącznie młodzi i piękni. Jeśli zaś ludzie starsi, to raczej w sferze reklamy suplementów i medykamentów związanych z problemami z pamięcią czy chorobami stawów.
Słynna celebrytka amerykańska, influencerka Kim Kardashian, eksponująca w mediach i show-biznesie swe nienaturalne, zmienione po wielu operacjach plastycznych kształty, stała się w drugiej dekadzie XXI wieku kanonem piękna kobiecego. Jednak dziś przecież płeć, kobiecość to coś wstydliwego i umownego, bo płeć ma być elastyczna, nie wiadomo jaka. Wyraziste jest teraz to, co brzydkie, a piękne jest to, co nijakie, sztuczne, unisex, to, co gender, trans i wielu to już odpowiada, to już ich kanon piękna coraz brzydszego.
Brylują więc na okładkach i w internecie młode, wysportowane, męskie kobiety i zniewieściali mężczyźni. A przecież jeśli chodzi o płeć nazywaną dawniej piękną, to istnieje ciągle dość uniwersalna klasyfikacja: „najpiękniejsze kobiety to te, którym się podobamy”.
W „Braciach Karamazow” Fiodora Dostojewskiego, można znaleźć fragment rozmowy seminarzysty Rakitina z Aloszą Karamazowem: „Jak się człowiek rozkocha w jakiejś tam piękności, w kobiecym ciele, albo nawet tylko w jednej części kobiecego ciała (lubieżnik to rozumie), to porzuci dla niej własne dzieci, zaprze się ojca i matki, Rosji i Ojczyzny: jest łagodny – to zabije, jeśli wierny – zdradzi (…), zwłaszcza jak w rodzinie lubieżność doszła do stanu zapalnego”. Jak widać, to zabijanie rosyjska dusza ma we krwi… A przecież właśnie dla współczesnych pokoleń ta body-centryczność, to piękno ciała nie tylko w kulturze, sztuce i mediach, stała się dziś wręcz obsesją i kult młodego, zmysłowego ciała coraz częściej zabija samo piękno. Współczesny człowiek, nie tylko dosłownie, ale i w przenośni, jest coraz bardziej nagi, bo został odarty z tego najcenniejszego ludzkiego odzienia, jakim są: zasady moralne, poczucie wstydu, ludzkiej godności, ale też pozbawiony został kanonów piękna, pobożności, pokory i delikatności.
Dziś uroda, piękno ciała i sylwetki są wręcz utożsamiane z człowieczeństwem, tolerancją i kulturą, a to właściwie uniemożliwia krytykę czy prawdziwą ocenę, bo współcześnie nie wolno oceniać niedoskonałości ludzkiego wyglądu, jeśli nie potrafimy odnaleźć piękna w przeciętności czy nawet w brzydocie. Jeśli zaś dostrzegamy ewidentną brzydotę czy niedoskonałość, musimy się powstrzymać z werdyktem, gdyż inaczej okażemy się ludźmi złymi, podłymi i źle wychowanymi. A przecież piękno nie jest już dziś zarezerwowane tylko dla ludzi urodziwych, atrakcyjnych fizycznie, wyjątkowych, jest dostępne praktycznie dla każdego, bo to współczesne piękno nie tylko się upowszechniło, ale wyjątkowo zdemokratyzowało. A skoro wszyscy są tylko piękni, choć nie wszyscy są szczupli, zgrabni, wysportowani, zbudowani proporcjonalnie, nie wszyscy mają piękne rysy twarzy i piękne włosy, to jednak nie ma ludzi brzydkich ani ludzkiej brzydoty. Obowiązuje bowiem idea tzw. body positive: podobasz się sobie, to już jesteś piękny i wygrany, pozytywnie nastawiony do życia, a nawet im brzydziej, tym modniej, a więc i piękniej. Kobieta nie musi być już zgrabna, zwiewna, wąska w talii, o ujmującej twarzy, nie musi być pociągającą istotą wynurzającą się z morskiej piany niczym Wenus ani prawdziwym aniołem. Może mieć zwyczajne ciało ze wszystkimi ludzkimi wadami i ułomnościami naszego wizerunku. Ma „być sobą” i już w ogóle nie musi być kobietą. Podobnie jak mężczyzna, który może czuć się kobietą i całkowicie się do niej upodobnić, poddając się zabiegowi „zmiany płci”, ale też i kobieta, i mężczyzna mogą być trans-, bi-, poli-, queer i też będzie ładnie i pięknie. Czy aby na pewno?
Co prawda nie wypada dziś mieć krzywych zębów, zmarszczek, siwych włosów, za małych piersi czy zbyt wąskich ust, bo to wszystko da się szybko poprawić odpowiednim zastrzykiem, skalpelem, można powiększyć pośladki i usta, zlikwidować „oponki”, odessać tłuszczyk, wyjąć parę żeber, spiłować kości policzkowe, podciąć i podnieść opadające powieki, teoretycznie odsunąć brzydką wizerunkowo starość i już jesteśmy piękni i młodzi niczym z katalogu mody. Czy zawsze i na pewno to gwarantuje nam prawdziwe piękno, czy walka z nieubłaganym czasem, owa uderzająca nienaturalność dla wszystkich muszą stanowić nowy kanon ludzkiego piękna, piękna ciała, które pomału przestaje być nasze własne? Przecież obiecywana przez złotoustych oszustów, ideologów transhumanizmu, zaklinaczy rzeczywistości ludzka nieśmiertelność nie nadejdzie, nie ma serum młodości i piękna, choć chirurgia i medycyna poczyniła ogromne postępy, to kres dla wszystkich jednaki.
Na koniec chciałbym przywołać dwie, jakże różne strategie „obrony piękna”. Pierwsza to realizacja wezwania, które pozostawił nam św. Jan Paweł II – żeby rechrystianizować Europę, a co za tym idzie razem z Ewangelią głosić prawdę, dobro i piękno. Druga to zaproponowana przez Roda Drehera tzw. opcja Benedykta, czyli wezwanie do tworzenia środowisk niezmąconej wiary w Chrystusa, miejsc umożliwiających rozwój rodzin i przekaz wiary, prawdy, piękna i dobra przyszłym pokoleniom. Która z tych strategii jest Panu bliższa?
Pierwsi chrześcijanie bronili swojej wiary, narażając się na plugawy język i prześladowania. Dzisiaj powinniśmy brać z nich wzór i bronić nie tylko wartości chrześcijańskich, ale i piękna, które dało nam chrześcijaństwo. Musimy mówić o prawdziwym pięknie w sposób śmiały i odważny, a nie chować się gdzieś po kątach.
60 lat temu Sobór Watykański II apelował do współczesnych: „Świat, w którym żyjemy, potrzebuje piękna, aby nie pogrążyć się w rozpaczy”. Ten apel szczególnie dziś, w 2023 roku, wydaje się niezwykle aktualny, a działania w tej sferze wręcz niezbędne. To przecież nasz wielki rodak, dzisiaj już święty, Jan Paweł II, dla którego „piękno zawsze było imieniem Boga”, potwierdzał to, pisząc o pięknie niezmiennym i absolutnym. W Wykładach lubelskich w 1986 roku tak to ujmował: „to Stwórca jest pełnią bytu, dobra i piękna (…) [to Bóg] stoi ponad wszelką miarą, pięknem i ładem, którego On sam nieskończony jest najwyższym źródłem”. I właśnie to piękno, piękno stworzenia, zbawienia i zmartwychwstania jest tym niezmiennym i odwiecznym, prawdziwym pięknem. Jak mówi 1 Księga Samuela (16, 7b): „bo człowiek patrzy na to, co widoczne dla oczu, Pan natomiast patrzy na serce”. To serce właśnie powinno być piękne, dobre, czyste i miłosierne. Nie będzie takie u tych, którzy wielbią brzydotę.
Stanisław Michalkiewicz 17 listopada 2023 michalkiewicz
Zapoczątkowana młodzieżową rewoltą na Zachodzie nowa strategia rewolucji komunistycznej najwyraźniej wchodzi w nowy etap. Jak bowiem pamiętamy, wiodącym hasłem tamtej rewolty było: „Zabrania się zabraniać”. Chodziło przede wszystkim o usunięcie wszelkich możliwych ograniczeń w dziedzinie seksualnej, bo młodzi – jak to młodzi – w większości przypadków przede wszystkim chcieli się wybzykać z panienkami – ale nie da się ukryć, że to hasło było bardzo podobne do tego, które towarzyszyło rewolucji bolszewickiej w samych jej początkach: „Grab nagrabliennoje!” W jednym i drugim przypadku chodziło o obalenie dotychczasowych reguł stabilizujących społeczeństwo. „Grab nagrabliennoje” godziło w dotychczasowe stosunki własnościowe, bo gwałtowna i gruntowana zmiana stosunków własnościowych była – obok masowego terroru i masowego duraczenia – istotnym elementem bolszewickiej strategii rewolucyjnej. W 1968 roku sytuacja była inna; zmiana stosunków własnościowych, jeśli w ogóle była postulowana, to raczej na marginesie zmian obyczajowych. Myślę, że złożyły się na to dwie przyczyny. Po pierwsze ówczesna młodzież na Zachodzie znakomicie wpasowała się w panujący tam system ekonomiczny i nikomu nie przychodziło do głowy, by cokolwiek w nim zmieniać. Owszem, zdarzały się wyjątki.
Na przykład podczas wyjazdu na „saksy” do Francji w roku 1978, pracowałem na winobraniu z pewnym Grekiem. Był on zdecydowanym rewolucjonistą, ale kiedy zwróciłem mu uwagę, że jeśli wybuchnie rewolucja to prawdopodobnie zabraknie bagietek, bardzo się zaniepokoił i zażądał wyjaśnień. Wyjaśniłem mu więc, że w rewolucji udział biorą nie tylko tacy rewolucjoniści, jak on, ale przede wszystkim – tak zwany „lud”, czyli między innymi piekarze. – Co ty sobie myślisz – mówiłem – że ty będziesz się kotłował rewolucyjnie, a oni po staremu całymi nocami będą po piekarniach wypiekać bagietki, żebyś każdego ranka miał do dyspozycji świeżą i chrupiącą? Nic z tego; oni też będą chcieli się trochę pokotłować, więc bagietek może nie być. Na takie dictum mój Grek głęboko się zamyślił i sądzę, że zasiałem w nim straszliwą wątpliwość, czy w takim razie w ogóle robić jakąś rewolucję. Druga przyczyna była taka, że o ile w przypadku rewolucji bolszewickiej, jedną z jej sił napędowych był żydowski proletariat ze Wschodniej Europy, to w roku 1968 Żydzi, którzy nadal byli w awangardzie rewolucji komunistycznej, kontrolowali już sektor finansowy na Zachodzie, więc w tej sytuacji, na wszelki wypadek, woleli skierować uwagę zrewoltowanej młodzieży w stronę genitaliów, niż stosunków własnościowych.
Celem rewolucji komunistycznej jest bowiem uchwycenie władzy nad większością przez mniejszość i dlatego właśnie Żydzi tradycyjnie są w awangardzie komunistycznej rewolucji, bez względu na to, czy są biedni, czy bogaci. Nowa rewolucyjna strategia, której programem pilotażowym była wspomniana rewolta, nie dążyła do obalenia istniejących instytucji, jak np. banki czy fundusze inwestycyjne, tylko do ich wykorzystania w służbie rewolucji. Dotyczyło to również instytucji publicznych, czyli struktur państwowych, a także – co akurat dokonuje się na naszych oczach w postaci dokazywania w ramach enigmatycznej ”synodalności” – również struktury Kościoła katolickiego. Po ateistycznym, bolszewickim terrorze, pojawił się zwiastun nowego etapu w postaci „ekumenizmu”, w ramach którego ćwiczyliśmy i nadal ćwiczymy tak zwany „dialog z judaizmem”, który w końcu właśnie doprowadza do wmontowania struktur Kościoła w ariergardę komunistycznej rewolucji, dowodzonej oczywiście tradycyjnie przez tzw. starszych i mądrzejszych.
Od roku 1968 minęło już ponad 55 lat, czyli mniej więcej – dwa pokolenia – więc promotorzy rewolucji musieli dojść do wniosku, że musi ona wejść w kolejny etap. Toteż na naszych oczach etap umizgów z jego hasłem: „zabrania się zabraniać”, właśnie jest zastępowany przez nadchodzący etap surowości, w którym lista zachowań i postaw zabronionych nie tylko każdego dnia się wydłuża, ale w dodatku – coraz częściej na straży tych zakazów stawiane są instytucje państwowe, z orwellowskim Ministerstwem Prawdy i Ministerstwem Miłości na czele. A skoro tak, to nic dziwnego, że towarzyszą temu zmiany obyczajowe, a zwłaszcza jedna. O ile na etapie umizgów, podobnie jak na etapie uwiądu starczego, na który rewolucja bolszewicka zaczęła zapadać po śmierci Ojca Narodów Józefa Stalina, donosicielstwo uznane było powszechnie za zachowanie niegodne człowieka honorowego, to obecnie przeżywa ono nie tylko okres rehabilitacji, ale również – instytucjonalnego rozwoju. Donosiciele nie nazywani są już „konfidentami” – o co jeszcze w stanie wojennym obrażał się pewien oficer SB prowadzący ze mną „rozmowę ostrzegawczą” po zwolnieniu z obozu internowania w Białołęce – aż musiałem mu wyjaśnić, że po łacinie „konfident” znaczy po prostu „zaufany”, a więc nie ma w tym nic obraźliwego – to teraz donosiciele, podobnie jak zboczenia płciowe, które ponad 30 lat temu zostały uznane za szlachetne „orientacje”, noszą szlachetne nazwy „aktywistów” i „sygnalistów”, którzy pozostają pod szczególną ochroną prawa, przede wszystkim – funkcjonariuszy Ministerstwa Miłości, czyli niezawisłych sędziów – o czym świadczy niedawny prawomocny wyrok skazujący kol. Rafała Ziemkiewicza na przymusowe „prace społeczne” (jak zwykle: grabimy – mawiało się za pierwszej komuny), ale nawet tworzą specjalnie organizacje delatorskie w rodzaju „Nigdy Więcej”, czy Ośrodka Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych.
Jak widać choćby na przykładzie pana Rafała Gawła, założyciela tej ostatniej organizacji delatorskiej, korzysta on z ochrony władz państw miłujących pokój chociaż skazany został w Polsce za przestępstwa kryminalne: oszustwa i wyłudzenia. Takich właśnie jednak komunistyczna rewolucja na tym etapie potrzebuje, bo zmiany obyczajowe dopiero się rozpoczynają, toteż Parlament Europejski, w którym liczba wariatów w sensie medycznym prawdopodobnie dorównuje liczbie rewolucyjnych postępków, którzy w podskokach dostarczają pozorów legalności coraz to nowym „myślozbrodniom”, właśnie na skutek donosu pana Gawła, cofnął immunitet czterem europosłom za „polubienie” jakiegoś wpisu na Twitterze. Jestem przekonany, że za ten bohaterski czyn pan Rafał Gaweł nie tylko już wkrótce zostanie oczyszczony ze wszystkich fałszywych zarzutów, być może nawet przez tego samego sędziego, który go wcześniej skazał (wiecie, rozumiecie sędzio, wy lepiej naprawcie krzywdę wyrządzoną naszemu sygnaliście, by inaczej będzie z wami brzydka sprawa), ale przez Judenrat „Gazety Wyborczej” zostanie dokooptowany do grona autorytetów moralnych. Toteż nic dziwnego, że na mieście krążą fałszywe pogłoski, jakoby na Uniwersytecie Warszawskim i innych tego typu parkach jurajskich w Polsce, mają zostać utworzone specjalne kierunki delatorskie, gdzie młode kadry będą przez starych praktyków kształcone w służbie rewolucji.
Lata 90 ub. wieku przyniosły krajom Europy środkowo-wschodniej niewyobrażalne i wyczekiwane przez wielu przemiany. Na mocy tajnych porozumień sterników globalnej polityki zwijano ZSRR i jego wpływy w tzw. demoludach, czyli krajach demokracji ludowej. Kończył się okres blisko półwiecznej zimnej wojny. Po państwach byłego Układu Warszawskiego rozlała się fala przestępczości zorganizowanej, cechującej się brutalnymi walkami gangów przemycających w różnych kierunkach samochody, narkotyki, spirytus, papierosy, ludzi i elementy uzbrojenia szmuglowane z terenów byłych sowieckich republik na wszystkie strony globu. Rodzącą się na gruzach swej poprzedniczki Rosję plądrowano bez zahamowania, wywożąc na Zachód wszystko, co miało jakąkolwiek wartość. Nic dziwnego, że sięgano również po najnowsze, niedostępne w oddzielonej dotąd żelazną kurtyną reszcie świata, wytwory komunistycznego molocha, któremu nie miały być już potrzebne. Podobnie działo się po każdej wojnie, kiedy zwycięzcy rozdrapywali dobrostan pokonanych, zarówno intelektualny, jak i materialny. Przemyt łączył tajne służby wojskowe, niedawnych bezpieczniaków politycznych i pospolitych bandziorów, a granice między nimi były tak samo niezauważalne, jak te, które przyszło im wspólnie przekraczać. Co oczywiste, dochodziło między nimi dość często do sporów. Kompetencyjnych, terytorialnych, ambicjonalnych, czy finansowych. Na ogół zwyciężali ci, którzy nielegalną działalnością zajmowali się dłużej, mieli za sobą wsparcie aparatu państwowego, dostęp do nowocześniejszych technologii i pieniądze. O tych starciach przeciętny obywatel dowiadywał się z opóźnieniem, a informacje dochodziły do niego zmanipulowane i wskazujące na zwykłe porachunki gangsterskie, wypadki drogowe lub, w poważniejszych przypadkach, katastrofy.
Jedną z takich, do dziś nie wyjaśnionych katastrof, było zatonięcie w nocy z 27 na 28 września 1994 roku, promu pasażersko-samochodowego o nazwie „Estonia”. Ogólny zarys tego zdarzenia znajdziemy w Wikipedii, która pisze, że „Estonia kursowała pomiędzy Tallinnem a Sztokholmem. Opuszczała Tallinn co drugi dzień o godzinie 19.00, a przybywała do Sztokholmu o godzinie 9.00 czasu lokalnego, następnie opuszczała Sztokholm tego samego dnia o godzinie 17.30 czasu lokalnego i była w Tallinnie godzinie 9.00 rano następnego dnia. (…) Do katastrofy doszło 28 września 1994 roku na Bałtyku, między godziną 00:55 a 1:50, podczas rejsu z Tallinna w Estonii do Sztokholmu w Szwecji. Estonia miała przypłynąć do Sztokholmu o 9:30. Na pokładzie znajdowało się 989 pasażerów i członków załogi. Większość pasażerów była Skandynawami, a załoga była w większości estońska. (…) Pierwszymi oznakami problemów był głośny odgłos tarcia metalu o metal około 1:00. Właśnie wtedy statek mijał archipelag Turku. Podczas oględzin furty dziobowej nie wykryto żadnych uszkodzeń. Około godziny 1:15 furta oderwała się od kadłuba; statek nabrał silnego przechyłu na prawą burtę. Około 1:20 przez megafony wypowiedziano słabym, damskim głosem słowa: „Häire, häire, laeval on häire”, co po estońsku oznacza „Alarm, alarm, alarm na pokładzie”. Wkrótce w ten sam sposób zaalarmowano załogę. Niedługo po tym na statku został ogłoszony generalny alarm ratunkowy. Przechył zwiększył się do 30–40 stopni na prawą burtę co sprawiło, że nie można było już się bezpiecznie przemieszczać po pokładzie statku. Drzwi oraz przejścia zostały zablokowane, aby uniemożliwić ewentualne przelewanie się wody. Pasażerowie, którzy próbowali się uratować, zostali uwięzieni.
O godzinie 1:22 nadane zostało przez załogę wezwanie Mayday, jednak jego forma nie spełniała międzynarodowych norm. Komunikacja ustała około 01:29. Po blisko siedmiu minutach od nadania pierwszego sygnału pomocy Estonia zniknęła z pola widzenia wszystkich radarów. Z powodu braku zasilania i silnego przechyłu akcja ratownicza na promie była spowolniona i utrudniona. Statek zniknął z ekranów radarów około 1:50. Mariella dotarła na miejsce tragedii około 2:12; pierwszy helikopter o 3:05”. Z 989 pasażerów uratowano jedynie 138, a głównym powodem śmierci były utonięcia i hipotermia, bo temperatura wody wynosiła zaledwie 10 st. Celsjusza.
Wokół zatonięcia promu narosło wiele kontrowersji, inspirujących dziennikarzy do snucia licznych teorii, okrzykniętych przez czynniki oficjalne mianem spiskowych. Jednak, jak podaje Wikipedia „W wyniku ponownego przeanalizowania sprawy Estonii przez estoński zespół prokuratora Margusa Kurma, którego raport ujawniono 30 marca 2006, rząd estoński zakwestionował wyniki prac wspólnej komisji i zaprosił rządy Szwecji i Finlandii do wznowienia dochodzenia. Raport sugeruje, że rząd szwedzki ukrywał część, mających związek ze sprawą, dowodów. Według analizy zeznań świadków dokonanej przez zespół Kurma, rampa dziobowa była podczas katastrofy jedynie uchylona i nie mogła przez nią dostać się na pokład podawana dotychczas ilość wody, nadto nie jest jasne, skąd brała się woda na pokładzie. Komisja ustaliła, że szwedzkie służby odnalazły urwaną furtę dziobową 9 dni przed oficjalnym ujawnieniem tego faktu, a także prowadziły niejawne nurkowania badawcze, a wnętrze ładowni zostało sfilmowane przez pojazd podwodny, czego również nie ujawniono wspólnej komisji. Podczas nurkowań poszukiwano m.in. jednej walizki z nieujawnioną zawartością, którą następnie zabrano ze statku. Raport ten stwierdza również, że trójstronna komisja nie zbadała hipotezy wybuchu na pokładzie”.
Tajemnicza walizka, czego już w Wikipedii nie przeczytamy, opatrzona była nazwiskiem Aleksander Woronin, a znaleziono ją w kabinie, której używał kapitan Avo Piht. Co ciekawe, kapitan płynął promem całkiem prywatnie, ponieważ miał dzień wolny od pracy. Po tym, kiedy odtransportowano go do szpitala, Piht nieoczekiwanie zniknął, a wraz z nim 11 innych członków załogi promu. Ich nazwiska równie tajemniczo zniknęły z pierwszej listy ocalonych.
Niektóre źródła wskazują na to, że 28 i 29 września odlecieli z lotniska w Sztokholmie dwoma wyczarterowanymi przez ambasadę amerykańską samolotami. Jeśli zaś chodzi o Woronina, to był właścicielem spółki z siedzibą w Tallinnie, o nazwie „Kosmos Association”, a jego brat Walerij zarządzał identyczną, mieszczącą się w Moskwie. Firmy handlowały bronią i elementami technologii kosmicznej. Kiedy, w r. 1998 W. Putin został szefem Federalnej Służby Bezpieczeństwa, spółki Woroninów zostały zlikwidowane, a przedsiębiorstwa amerykańskie, które z nimi handlowały, zniknęły z rynku. W 2019 r. ponad 1000 ocalałych i krewnych ofiar zażądało 40,8 mln euro odszkodowania od francuskiej agencji, która uznała statek za zdatny do żeglugi oraz od niemieckiej stoczni, która go zbudowała. Roszczenie zostało jednak odrzucone przez paryski sąd, który stwierdził, że powodowie nie udowodnili „winy umyślnej”. Rok później, podwodny robot sfilmował wrak promu i okazało się, że w kadłubie widnieje 4-metrowa dziura, co zmienia całkowicie dotychczasową narrację o awarii furty ładunkowej.
Sprawa „Estonii” jest doprawdy niezwykła, a Czytelnicy zainteresowani większą ilością szczegółów będą mogli o niej przeczytać w jednym z rozdziałów książki mojego autorstwa, zatytułowanej „Wrota Magadanu”, którą zamierzam wydać w grudniu tego roku.
Watykan postrzega Buddę jako wspaniałego uzdrowiciela na tym samym poziomie co Chrystus
„Jako buddyści i chrześcijanie postrzegamy Buddę oraz Jezusa jako wspaniałych uzdrowicieli” – stwierdza się w oświadczeniu opublikowanym na łamach Vatican.va (16 listopada).
Wspomniane oświadczenie stanowi podsumowanie Siódmego Kolokwium Buddyjsko-Chrześcijańskiego, które miało miejsce na Uniwersytecie Mahachulalongkornrajavidyalaya (Bangkok, Tajlandia). Współorganizatorem wydarzenia była Dykasteria ds. Dialogu Międzyreligijnego.
Zgodnie z oświadczeniem – „Jezus i Budda promowali miłość oraz współczucie jako sposób na wykorzenienie ciemności z ludzkich serc i świata”.
Ktoś powinien przypomnieć watykańskim sklerotykom[to sataniści, optymistyczny Kolego.. MD] , że Kościół Katolicki opiera się na odrzuceniu fałszywych bogów, w tym ideologii pokroju buddyzmu, oraz czczeniu Trójcy Świętej, która otwiera przed nami wąskie drzwi do wiecznego zbawienia.
Mieszkańcy miejscowości Studzianki (woj. podlaskie) kultywują tradycję tzw. desek wotywnych. Są to pięknie zdobione, nieduże deski z krzyżem lub pasyjką, które wiesza się na drzewach, głównie w puszczach terenu województwa podlaskiego. Takie kapliczki deskowe to wotum dziękczynne Bogu lub błaganie w ważnej intencji.
Niegdyś desek wotywnych wieszanych na drzewach, najczęściej wzdłuż leśnych dróg, było w podlaskich puszczach bardzo wiele. Dziś zobaczyć taką „perełkę”, jest bardzo trudno. Dlatego mieszkańcy Studzianek powzięli decyzję, aby ratować tą piękną, religijną tradycję. W wiejskiej świetlicy zorganizowali warsztaty wyrobu desek wotywnych. W ten sposób wykonano już 11 takich rzadkich kapliczek, które w najbliższym czasie umieszczone zostaną w różnych miejscach Puszczy Knyszyńskiej, na skraju której leżą Studzianki. Na deskach, ich twórcy i twórczynie, zapisali osobiste podziękowania i intencje. W ten sposób cenna tradycja na nowo ożyła i została przekazana młodemu pokoleniu.
Wieszanie na drzewach desek wotywnych jest bardzo dawną tradycją Podlasia. Nie jest jednak pewne jak starą, gdyż drewniany materiał, z których robi się deski, nie zachowuje się długo. Najstarsze, istniejące deski wotywne pochodzą z wieku XIX. Są one przechowywane w muzeach. Obecnie w Puszczy Knyszyńskiej można spotkać, wiszące jeszcze na drzewach, prawie stuletnie deski wotywne. Napis na jednej z nich, sporządzonej w roku 1930, brzmi „Jezu proszę serdecznie dopomóż w mojej biedzie.” Na innej desce znajdującej się w puszczy koło Supraśla znajdujemy napis „Boże miej nas zawsze w opiece”. Deski wotywne sporządzała głównie ludność puszczańskich wsi i osad. Były to formy leśnych kapliczek.
W czasie Powstania Styczniowego deski wotywne pełniły też w rolę skrzynek kontaktowych między leśnymi oddziałami tzw. partiami). To w nich ukrywano, przeważnie zaszyfrowane, wiadomości. Najstarsze zachowane XIX-wieczne deski wotywne, mają bogato profilowany kontur i są dość spore, od 70 do 180 cm wysokości i od 30 do 40 cm szerokości. Młodsze, powstałe po pierwszej i drugiej wojnie światowej, są mniejsze – nie przekraczają 70 cm wysokości.
Kapliczki deskowe wykonywano najczęściej z żywicznego drewna sosnowego. Na najstarszych zawieszano krzyż z rzeźbioną figurą Ukrzyżowanego Chrystusa. Czasem rzeźbę mocowano bezpośrednio do deski, na namalowanym czarną farbą krzyżu. Deski polichromowano farbą olejną, dzieląc barwami całość na dwie części. Górę malowano na niebiesko, co symbolizowało niebo; dół na czarno lub brunatno, co oznaczało ziemię.
Często na deskach kapliczek drzewnych umieszczano symbol krzyża z półksiężycem, który dawni mieszkańcy Podlasia rozumieli jako symbol zwycięstwa Chrystusa nad śmiercią lub Matki Bożej nad szatanem. Półksiężyc traktowany tu jako symbol ciemności i zła, występuje u nasady większości kutych, kowalskiej roboty, krzyży. Te półksiężyce, znajdziemy na Podlasiu nie tylko na kapliczkach deskowych ale też wieńczą one szczyty dawnych, drewnianych krzyży przydrożnych i cmentarnych. Najbardziej znanym półksiężycem jest ten na słynącym łaskami wizerunku Matki Bożej Ostrobramskiej w Wilnie. Jako wotum podarowała go Maryi w roku 1849, nieznana osoba. „Dzięki Tobie składam Matko Boska za wysłuchanie próśb moich, a proszę Cię, Matko Miłosierdzia, zachowaj mnie nadal w łasce i opiece Swojej Przenajświętszej W. I. J.” – wygrawerowano na srebrnym półksiężycu. Treść tego napisu jest bardzo podobna do wielu napisów na wotywnych kapliczkach deskowych.
Dawniej, ale i dziś, szczególnie szanowane jest drzewo, na którym zawieszano kapliczkę deskową. Takie drzewo mieszkańcy puszczańskich okolic nazywają „święte”. W powszechnym przekonaniu, nie można go ścinać, ale musi ono obumrzeć ze starości. Przykładem tego była stojąca, około stu lat, w Supraślu ogromna sosna – nazywana przez miejscowych świętą. Kiedy upadła, skruszona zębem czasu, pracownicy Lasów Państwowych, przygotowali dla niej specjalne, zadaszone miejsce, gdzie już kilkadziesiąt lat, do dziś dnia, można ją podziwiać. Sami leśnicy szanują tradycję drzew z leśnymi kapliczkami. Przy zrębach, nie wycina się ich.
Zostało wygłoszone. – Jedynie tyle można powiedzieć o „orędziu Hołowni”. Po raz kolejny okazało się, że bycie telewizyjnym celebrytą to coś zupełnie innego od – choćby odgrywania – roli poważnego polityka.
„Sejm ma przede wszystkim służyć tym Polakom, którzy na co dzień w nim nie bywają. Będzie bliżej zwykłych, codziennych spraw”.
„Dzięki państwa głosom i rekordowej frekwencji w wyborach 15 października Sejm X Kadencji ma najsilniejszy mandat w historii”.
„W tym tygodniu posłowie i posłanki zdecydowali się powierzyć mi zaszczytną rolę marszałka Sejmu. Dziękuję za okazane zaufanie w głosowaniu, które jest jednocześnie dowodem na stabilność nowej większości”.
„Zniknęły bariery, które od siedmiu lat niepotrzebnie odgradzały parlament od Polaków. Otwieramy znów Sejm na media. Zdecydowaliśmy też o poszerzeniu prezydium Sejmu, tak by mogli w nim zasiąść przedstawiciele wszystkich Klubów Parlamentarnych od Lewicy po Konfederację. Tego wymaga szacunek do Państwa głosów. Bo demokracja to rządy większości, z poszanowaniem praw mniejszości”.
„Jutro pojadę do prezydenta Andrzeja Dudy, by zapewnić go o potrzebie szybkiego stworzenia rządu, który zaraz zajmie się rozwiązywaniem realnych spraw Polaków: obniżeniem kosztów życia, zapewnieniem bezpieczeństwa”.
„Podziękuję też przewodniczącemu Państwowej Komisji Wyborczej za sprawne przeprowadzenie wyborów i omówię z nim niezbędne zmiany w Kodeksie Wyborczym. Zwrócę szczególną uwagę na konieczność usprawnienia głosowania Polek i Polaków mieszkających za granicą”.
Itd., itp., etc. Oto przesłanie, które dostarczył publiczności Szymon Hołownia. Banały, pustosłowie, zero konkretnej treści. To przykre, że odchodzące „elity” zastępują właśnie nowe – znów nijakie, napełnione dodatkowo polityczną poprawnością.
„Hołownia powiedział, że nie ma nic do powiedzenia. Gdyby się przynajmniej popłakał. A on nic, śladu łez” – celnie skomentował przemowę nowego marszałka Sejmu Tomasz Sommer, redaktor naczelny nczas.info i „Najwyższego czasu!”.
W dniu 17 lipca 2023 roku, w wieku 87 lat zmarł w Warszawie Lech Jęczmyk, wybitny tłumacz literatury światowej, publicysta, znawca fantastyki naukowej, niezwykle skromny i pogodny człowiek, erudyta i patriota. Lech Jęczmyk to człowiek pewnej epoki, która bezpowrotnie się kończy. Na szczęście w 2013 roku opublikował swoje wspomnienia Światło i dźwięk. Moje życie na różnych planetach. Pełne refleksji zapiski wspomnień pokazują wielowymiarowość autora, ukazują go na tle istotnych i przełomowych wydarzeń historycznych.
Ze wspomnień dowiadujemy się o tym, że ojciec Lecha Jęczmyka współpracował w ramach działalności konspiracyjnej z Witoldem Pileckim, dowiadujemy się jak autor, dzięki wybitnej znajomości judo został ochroniarzem ks. Jerzego Popiełuszki, dzięki któremu z kolei się nawrócił i został oddanym synem Kościoła Katolickiego. Poczytać możemy o przyjaźni z poczytnym pisarzem Kurtem Vonnegutem, którego książki z języka angielskiego na język polski tłumaczył. Jęczmyk nie ukrywa na kartach książki, swojego negatywnego stosunku do kierunku w jakim poszły reformy gospodarcze w Polsce po upadku PRL-u, wskazując przy tym na destrukcyjny kierunek, w którym za sprawą rządzących poszła Polska.
Niezwykle ciekawym aspektem wspomnień jest nawiązanie do okoliczności, w których Jęczmykowi pozwolono studiować jedynie rusycystkę. Okazuje się, że za ograniczeniem możliwości studiowania innych kierunków stał nie kto inny tylko młody Jacek Kuroń. Jęczmyk na łamach wspomnianej wyżej książki swoją „znajomość” z Kuroniem opisał następująco:
Rektor w obecności mamy poprosił o moją teczkę, zajrzał do środka i stwierdził: Z taką opinią syn nie dostanie się na żadne studia. Oprócz świadectwa maturalnego, piątkowego w moim przypadku, w teczce figurowała tajna (dla mnie) opinia polityczna ze Związku Młodzieży Polskiej. W mojej dzielnicy, na warszawskim Żoliborzu, opnie takie wystawiał wszystkim maturzystom szczególnie zajadły bolszewik (potem nawrócił się na trockizm) niejaki Jacek Kuroń. (…)Postrachem żoliborskiej młodzieży był niejaki Jacek Kuroń, członek zarządu dzielnicowego ZMP. (…) Jako zajadły bolszewik Kuroń chodził uzbrojony w pistolet. Stanowiło to dowód szczególnego zaufania ze strony partii i było romantyczną pozostałością z czasów, gdy działało jeszcze antykomunistyczne podziemie. Z pistoletami biegali też po uniwersytecie Geremek i Kołakowski.
Skąd wiedzieliśmy o tym pistolecie? Kuroń chodził wtedy po szkołach i wygłaszał demoralizujące pogadanki, zachęcające na przykład żeby donosić na rodziców. Zwłaszcza czy słuchają londyńskiego radia. Po takiej pogadance w żeńskiej szkole im. Sempołowskiej ojciec pięknej Kamili, znany pisarz Strumph-Wojtkiewicz, postanowił z Kuroniem popolemizować, wybrał się więc na „dzielnicę”, ubrany jak przedwojenny dziedzic z nieodłączną grubą bambusową laską. W obskurnym biurze ( byłem tam raz wzywany na przesłuchanie) pan Strumph-Wojtkiewicz spytał grzecznie, który to jest pan Kuroń, po czym przy grzmocił mu lagą. Kuroń wyskoczył przez okno i na parapecie zgubi pistolet. (…)
Kuroniowi podlegało także harcerstwo w całej Warszawie, bo moi koledzy z innych dzielnic pamiętali, jak robił zbiórki i wyrywał im krzyże harcerskie razem materiałem. Wzorując się na wzorach sowieckich, gdzie młodzi komuniści spisywali osoby chodzące do cerkwi, Kuroń w kościele św. Stanisława Kostki ukrywał się za filarem na chórze i spisywał chodzących na mszę harcerzy. Stary pan Kuroń zaglądał do nas na herbatę i pamiętam, jak kiedyś wpadł bardzo podniecony: „No, nie daj, Boże – mówił od wejścia – żeby ten mój Jacuś kiedyś się dorwał do władzy.
Jacuś wbrew obawom ojca nie tylko dorwał się do władzy ale wspólnie ze wspomnianym Geremkiem kształtował polską rzeczywistość przez pierwsze lata III RP.
Kiedy czyta się tak bulwersujące fakty i człowiek weźmie pod uwagę, że taki Kuroń jest patronem polskich szkół, a tym samym ma stanowić wzór wychowawczy dla polskich dzieci i młodzieży, to zachodzi pytanie oto kto i jak kształtuje normy wychowawcze w Polsce. Może gdyby ministrami zostawali ludzie pokroju Jęczmyk zamiast Kuronia czy Geremka, Polska wyglądałby dziś zupełnie inaczej.
Stanisław Michalkiewicz: Etap surowości dla Generalnej GuberniEtap-surowosci
Nowy Kierowniczek Sejmu w osobie pana Szymona Hołowni przerwał posiedzenie Wysokiej Izby bodajże do 25 listopada, kiedy to pan Mateusz Morawiecki ma ogłosić skład swego gabinetu. Ciekawe, co wykombinuje, bo zapowiada, że w tym składzie zajdą “głębokie zmiany”. O takich zmianach można by jednak mówić tylko w jednym przypadku – gdyby mianowicie pan Mateusz utworzył gabinet wyłącznie ze starych kiejkutów, czyli tak zwanych “fachowców spoza Sejmu”.
Wydaje się to wielu osobom nieprawdopoodobne, ale taki precedens już był. Do rządu pana premiera Marka Belki nie przyznawało się żadne ugrupowanie parlamentarne, a jednak nie tylko uzyskał on votum zaufania, ale w dodatku rządził jak-gdyby-nigdy-nic.
Co prawda pan premier Belka miał aż dwa pseudonimy operacyjne, ale przecież pan Mateusz Morawiecki też miał dwa i to jeszcze lepsze, niż pan Marek Belka, bo ten tylko w tubylczej SB, podczas gdy pan Mateusz – w STASI – co w tym sezonie politycznym, kiedy Nasz Najważniejszy Sojusznik oddał nas w arendę Naszemu Drugiemu Sojusznikowi liczy się podwójnie. Ciekawe, czy Donald Tusk ośmieliłby się podnieść świętokradczą rękę na taki rząd.
Myślę, że przynajmniej długo by się namyślał, pamiętając rok 2008, kiedy to stare kiejkuty wsadziły go na aferę hazardową, a z opresji musiała ratować go sama Nasza Złota Pani. Bardzo możliwe zresztą, że odwiedziłby go ktoś starszy i mądrzejszy i powiedziałby jemu tak: wiecie, rozumiecie Tusk. Wy się cieszcie, że żywy-zdrowy i nie próbujcie tu wierzgać przeciwko ościeniowi, bo inaczej będziemy musieli wam przypomnieć, skąd wyrastają wam nogi.
Nie uprzedzajmy jednak faktów, tylko na razie korzystajmy z zarządzonej przez Pana Kierowniczka Sejmu przerwy w parlamentarnej pracy dla dobra powszechnego, żeby na gorąco skomentować różnicę między dawnymi i nowymi laty.
W ostatnich latach, podobno również na skutek epidemii zbrodniczego koronawirusa, wyraźnie wzrosła w naszym nieszczęśliwym kraju liczba obywateli cierpiących na rozmaite zaburzenia psychiczne. Statystyki mówią o 20 procentach, ale wydaje się, że to jest liczba zaniżona już choćby z tego względu, że nie obejmuje ona sodomczyków, gomorytki i osób z płcią – jak to mówił marszałek Piłsudski – “rozdziwaczoną” – jak na przykład Wielce Czcigodna Anna Maria Żukowska, co to została wciągnięta na członka Krajowej Rady Sądownictwa.
Myślę, że w obliczu zadań, jakie Nasz Drugi Sojusznik postawi przed Krajową Radą Sądownictwa na odcinku praworządności ludowej, takie nominacje są jak najbardziej uzasadnione. Ponieważ – jak za Donaldem Tuskiem powtarza Pan Kierowniczek Sejmu – właśnie “przywracana jest demokracja”, to jest rzeczą oczywistą, że te 20, a może nawet 40 procent obywateli powinno mieć reprezentację parlamentarną.
Wygląda na to, że tak się własnie stało – a wskazuje na to między innymi pani wicemarszałkowa Sejmu, Wielce Czcigodna Dorota Niedziela, która na razie nie ma większych zmartwień, tylko żeby mogła do Sejmu przyprowadzać swego psa. Najwyraźniej musi być z nim bardzo zżyta; kto wie, czy nie jest on jakimś jej konsyliarzem w sprawach państwowych, więc jego obecność w Sejmie jest tak samo uzasadniona, jak obecność Wielce Czcigodnej Anny Marii Żukowskiej w KRS.
To zresztą jest stara, jeszcze XVIII-wieczna tradycja. Jak pisze Karol Zbyszewski w książce “Niemcewicz z przodu i z tyłu”, pani Chrzanowska nigdy nie rozstawała się z białym baranem, wodziła go do salonu, a nawet spała z nim w jednym łóżku, a znowu pani Olędzka ukochała wielką gęś i wszędzie prowadziła ją ze sobą na wstążce.
Myślę, że prześwietne grono, które – zapewne zaśmiewając się do łez – układało Donaldu Tusku listy wyborcze Volksdeutsche Partei, podobnie jak w 2007 roku – skład gabinetu, do którego weszły tylko dwie osoby z tak zwanego “gabinetu cieni” – przygotowało nam jeszcze inne niespodzianki, które będą nam objawiane w odpowiednim czasie.
Ale to są drobiazgi w porównaniu z symptomami wskazującymi na możliwość zmiany etapu. Dotychczas bowiem obowiązywała niepisana zasada konstytuująca III Rzeczpospolitą: “my nie ruszamy waszych – wy nie ruszacie naszych”.
Tak było do tej pory i chociaż minister Ziobro, którego teraz Wielce Czcigodny poseł Pupka chce zaciągnąć przed Trybunał Stanu, a nawet – przed niezawisły sąd – miotał rozmaite groźby pod adresem podejrzanych osobników, to jednak nie zrobił krzywdy nikomu, bo nawet pan Sławomit Nowak trafił do aresztu wydobywczego tylko dlatego, że zadenuncjowali go Ukraińcy, z którymi najwyraźniej musiał nie podzielić się wziątkami z tytułu budowy tamtejszych – pożal się Boże! – dróg.
Zresztą i jemu nic się nie stało, a kiedy tylko praworządność zostanie przywrócona, to na pewno Judenrat “Gazety Wyborczej” dołączy go do grona autorytetów moralnych. Komisje śledcze, na przykład ta, w sprawie “Amber Gold”, w którą pośrednio zamieszany był sam Donald Tusk, zakończyła się wesołym oberkiem i nawet żona wytypowanego na głównego winowajcę pana P. otrzymała od naszego nieszczęsliwego kraju ponad 6 tys. euro odszkodowania za katusze, jakie w związku z tym przeszła.
Teraz może być inaczej, bo rzeczywiście – jeśli planowana nowelizacja traktatu lizbońskiego zostanie dokonana – co jest kwestią tygodni, bo z przekształceniem Unii Europejskiej w IV Rzeszę Niemcy chcą zdążyć jeszcze przed 5 listopada przyszłego roku, kiedy to Amerykanie wybiorą sobie jakiegoś ulubieńca ulicy na kolejnego prezydenta.
Jeśli tedy wspomniana nowelizacja zostanie dokonana – a przecież nie wyobrażam sobie, by Donaldu Tusku, ani ktokolwiek inny z Volksdeutsche Partei przeciwko temu protestował – to możliwe jest przekształcenie naszego nieszczęśliwego kraju w Generalne Gubernatorstwo tym bardziej, że Niemcy mogą skorzystać z okazji by dokończyć proces zjednoczenia, przesuwając swoją wschodnią granicę do linii z 1937 roku, a może nawet do tej z roku 1914.
Co to w końcu za różnica, którędy będą przebiegały wewnętrzne granice między poszczególnymi landami IV Rzeszy, bez której – na tym etapie – nie może wytrzymać pan Leszek Miller, podobnie, jak na etapie tak zwanym minionym, nie mógł wytrzymać bez Związku Radzieckiego i wszelką myśl o naruszeniu sojuszów uznawał za myślozbrodnię.
No a w Generalnym Gubernatorstwie już nie będzie miejsca na polskie safandulstwo, jakim charakteryzowała się III Rzeczpospolita, tylko przeciwnie – wszelkie, nawet powzięte wyłącznie in pectore, “zdradzieckie zamachy na niemieckie dzieło odbudowy”, będą zwalczane z całą – jakby to powiedział wybitny przywódca socjalistyczny Adolf Hitler – “fanatyczną konsekwencją”.
Dlatego z parlamentarnych czeluści dobiegają głosy, by ministrem sprawiedliwości w rządzie premiera Tuska został pan Adam Bodnar, z pierwszorzędnymi ukraińskimi korzeniami, a “killerem” – sam Książę Małżonek, który będzie się mógł wykazać pomysłowością w zakresie “dożynania watahy”.
Wojna Izrael-Hamas to „wewnętrzna robota” globalistycznej elity, która pracuje nad tym, aby izraelska „fałszywa flaga” zapaliła lont, aby rozpalić „świętą wojnę”, która wymknie się spod kontroli i położy podwaliny pod jej całkowitą władzę i zapoczątkuje „jeden rząd światowy” i „jedną światową religię”. Ale jest tylko jeden problem dla elity globalistycznej i jej planów zniewolenia rasy ludzkiej. Ich plany zakładają, że ludzie na świecie pozostaną ignorantami, czemu trzeba zapobiec.
Rothschild przyznał , że jego rodzina stworzyła Izrael w ramach wielkiego planu III wojny światowej – a teraz ich plan rozgrywa się na naszych oczach.
W zeszłym miesiącu People’s Voice przekazał wiadomość , że były agent izraelskiego wywiadu dał znać o sobie i przyznał, że atak Hamasu był pod fałszywą flagą.
Potem rozeszła się wiadomość, że syn przywódcy Hamasu przyznał, że CIA stworzyła tę grupę bojowników w celu wykonywania poleceń globalnej elity.
Od tego czasu stale napływają dowody na istnienie fałszywej flagi Izrael-Hamas. W tym momencie tylko ci, którzy nadal oglądają CNN, nie mają pojęcia o prawdziwej naturze wojny Izrael-Hamas.
Nie ma już potrzeby zastanawiać się, dlaczego izraelskiemu wojsku zajęło 7 godzin, aby odpowiedzieć na ataki Hamasu z 7 października.
Netanjahu to globalistyczny marionetka , który od lat po cichu wspiera Hamas – w Izraelu jest to tajemnica poliszynela.
Teraz pojawił się materiał filmowy przedstawiający izraelski helikopter Apache, który zabił wielu Izraelczyków podczas koncertu 7 października w Izraelu.
Rząd Izraela później oskarżył o zabójstwo Hamas.
W rzeczywistości Izrael i Hamas współpracują, realizując program elity globalistycznej. W zeszłym miesiącu skrajnie lewicowy miliarder George Soros został przyłapany na potajemnym przekazywaniu terrorystom Hamasu ponad 15 milionów dolarów z zamiarem „destabilizacji Zachodu”.
Hamas prowadzi biuro w stolicy Kataru, Doha, a przywódcy Ismail Haniyeh, Moussa Abu Marzuk i Khaled Mashal prowadzą luksusowy styl życia .
Skąd wzięły się miliardy dolarów na ich kontach bankowych? Prowadzenie rebelii nie jest najbardziej oczywistym sposobem na zostanie miliarderem… Chyba że pracujesz w imieniu elity globalistycznej, wdrażając ważną część jej planu mającego na celu wywołanie III wojny światowej i powołanie rządu światowego.
Przywódcy Hamasu są cennymi pionkami w grze elity i zostali odpowiednio wynagrodzeni.
W mrożącym krew w żyłach liście przepowiadającym pierwszą i drugą wojnę światową stwierdzono również, że pomiędzy Zachodem a islamskimi przywódcami wojennymi rozegra się trzecia globalna bitwa.
Albert Pike napisał list 152 lata temu, opisując szczegółowo, w jaki sposób elity planują rozpocząć trzy wojny światowe, aby przejąć całkowitą kontrolę nad ludzkością.
Pike był masonem 33 stopnia, wielkim mistrzem okultyzmu masońskim i twórcą południowej jurysdykcji masońskiego zakonu rytu szkockiego, a także notorycznym lucyferianinem i generałem Konfederacji podczas amerykańskiej wojny domowej.
W swoim liście szczegółowo opisuje, w jaki sposób Nowy Porządek Świata sprowokuje Świętą Wojnę pomiędzy syjonistami a światem islamskim.
Widzieliśmy już, co Nowy Porządek Świata zrobił z islamem. Wykorzystali to do wywołania kryzysu, zderzenia cywilizacji. Nie dajcie się zwieść, Nowy Porządek Świata wznieca kolejny kryzys, aby osiągnąć swoje cele.
Wiadomo, że Albert Pike mówił, że jego program wojskowy może zająć 100 lat lub trochę dłużej, zanim dotrze do dnia, w którym ci, którzy kierują spiskiem na szczycie, ukoronują swojego przywódcę na króla-despotę całego świata i narzucą lucyferiańską totalitarną dyktaturę na to, co pozostało z rodzaju ludzkiego.
Pike wydaje się wskazywać na spisek mający na celu rozpoczęcie wojny, aby Antychryst mógł wspiąć się na pozycję władcy świata.
List Pike’a szczegółowo opisał także specyfikę pierwszych dwóch wojen światowych – z mrożącą krew w żyłach dokładnością:
„Należy przekupić I wojnę światową, aby umożliwić iluminatom obalenie władzy carów w Rosji i uczynienie z tego kraju fortecy ateistycznego komunizmu”.
„Druga wojna światowa będzie toczona z dwóch powodów. Aby ustanowić państwo Izrael i rozszerzyć komunistyczną kontrolę nad Europą.”
„Trzeba wywołać III wojnę światową, wykorzystując różnice między politycznymi syjonistami a przywódcami świata islamskiego”.
Widzieliśmy, co robią z kryzysem migracyjnym, atakami terrorystycznymi i wojnami zastępczymi. Światowa elita co do joty podąża za przewidywaniami Pike’a. Tylko poprzez zrozumienie historii iluminatów (https://thepeoplesvoice.tv/the-history-of-the-illuminati-in-7-minutes/) możemy zrozumieć obecny stan świata i spowodować, że elita globalistyczna nie będzie kształtować naszej przyszłości.
W dobie szalejącej rusofobii, kiedy za kontakty z Rosjanami można trafić do aresztu, a już na pewno doświadcza się wykluczenia społecznego, postanowiłam wiele zaryzykować, by spróbować przełamać ten impas. 9 listopada, w murach Państwowego Uniwersytetu w Sankt Petersburgu, uczestniczyłam w międzynarodowej dyskusji o tym, jak odzyskać utracone zaufanie, co powinno stanowić podstawę przyszłego dialogu i kiedy zakończy się konfrontacja.
Konferencja pt. „Wielki Bałtyk: dziedzictwo historyczne i kulturowe, specyfika etnokulturowa i edukacyjna”, odbyła się w ramach XI Bałtyckiego Forum Rodaków. W dyskusji uczestniczyli przedstawiciele Rosji, Białorusi, krajów bałtyckich i Polski. Wśród delegatów przeważali uczeni i eksperci poważnych instytucji, którzy rozprawiali nad nowymi wyzwaniami. Byłam jedyną osobą z Polski zaproszoną na to wydarzenie.
Przyjęto mnie bardzo życzliwie. Osobiście doświadczyłam tego, że wroga polityka nie musi się przekładać na niechęć między narodami. Dlatego jestem przekonana, że Polacy w każdej chwili mogą rozpocząć dialog z Rosjanami. Podobnie jak z sąsiadami zza Buga. Na konferencji w Sankt Petersburgu była niezwykle interesująca ekipa z Białorusi. Tak się złożyło, że podczas kolacji miałam wspólny stolik z Białorusinami. To połączenie sprawiło, że stolik nasz zyskał miano „najweselszego”.
Większość Polaków nie zdaje sobie sprawy z tego, jak wiele tracimy nie utrzymując dobrych relacji ze słowiańskimi narodami – rosyjskim i białoruskim – chowając przy tym jakieś irracjonalne urazy. Najwyższy czas to zmienić.
W trakcie konferencji wygłosiłam odczyt pt. „Ostracyzm wobec polskich dziennikarzy piszących obiektywnie o Rosji. Jak pokonać rusofobię?”. Pierwsza część przemówienia została odebrana jako spora sensacja, dzięki czemu przykułam uwagę audytorium. Jednak w moim wystąpieniu kluczowe było to, co przekazałam w drugiej części. Uważam wręcz, że była to najważniejsza misja, jaką do tej pory zrealizowałam w swoim życiu. Poniżej moje przemówienie w całości.
Szanowni Państwo!
Przyjechałam z Polski, w związku z tym wybaczcie proszę, jeśli zniekształcę język rosyjski. Jak wiadomo, najlepszym sposobem na naukę języka jest praktyka. Niestety komunikacja między naszymi krajami jest obecnie znacznie utrudniona. Przyczynia się do tego wroga polityka oraz zerwanie połączeń lotniczych z Unii Europejskiej do Rosji.
Wśród moich rodaków panuje obawa, że jeśli podejmą dialog z Rosjanami, to spotka ich za to w Polsce sporo problemów i trudności.
Tacy dziennikarze jak ja – czyli rozmawiający z Rosjanami i piszący obiektywnie o Rosji – doświadczają ogromnego ostracyzmu. Na moim przykładzie pokrótce to zobrazuję.
Zaczęło się od udziału w Międzynarodowych Motocyklowych Rajdach Katyńskich. W latach 2015 i 2016 pojechałam z polskimi motocyklistami do Katynia i Miednoje, na groby polskich oficerów zamordowanych przez NKWD. Na podstawie materiałów zebranych podczas tych wypraw, zrealizowałam dwa filmy dokumentalne oraz napisałam reportaże.
Właśnie wtedy uruchomiono w Polsce nagonkę przeciwko mnie. Osoby, które mnie atakowały nie doceniły tego, że w moich relacjach przypomniałam o ofiarach terroru komunistycznego. Skrytykowano mnie, bo komuś się nie spodobało, że pokazałam, iż podczas naszych wypraw Rosjanie przyjęli nas bardzo serdecznie. Pokazałam przyjacielskie relacje między naszymi narodami, między normalnymi ludźmi.
Przypuszczam, że niektórych oburzył także fakt, iż w moich relacjach przypomniałam o tym, że naród rosyjski był pierwszą i najliczniejszą ofiarą terroru komunistycznego.
W efekcie, w polskojęzycznych mediach zaczęto mnie określać epitetami: „propagandystka Kremla”, „ruska agentka”, „szpieg Putina”. Proszę mi wierzyć: dla dziennikarza w Polsce jest to jak wyrok śmierci cywilnej, gdyż oznacza wykluczenie z życia publicznego.
Paradoksalnie, ta kampania oszczerstw sprawiła, iż zapragnęłam lepiej poznać Rosję i Rosjan. W związku z czym, w kolejnych latach przeprowadziłam wiele wywiadów z osobami publicznymi z Rosji: dyplomatami, ekspertami, dziennikarzami. Ponadto, wielokrotnie podróżowałam do Rosji – do różnych regionów tego kraju – w celu zebrania materiałów, żeby napisać obiektywne reportaże, jakich brakowało w polskich mediach.
W moich publikacjach nawiązywałam do trudnej historii między naszymi narodami, czyli do tego co nas tak często dzieli. Jednocześnie, starałam się także pokazać niektóre dobre strony, czyli to co nas łączy. Ponadto, próbowałam odszukać możliwe drogi wyjścia z kryzysu.
W efekcie mojego zaangażowania w polsko-rosyjski dialog, doświadczyłam w Polsce absurdalnych ataków. Oto jeden z przykładów. Dyrektor telewizji Biełsat Agnieszka Romaszewska, której mąż został niedawno nowym ambasadorem Polski na Ukrainie, zaatakowała mnie publicznie, kiedy otrzymałam akredytację prasową na Białoruś.
Udałam się na Białoruś m.in. po to, aby wziąć udział w Wielkiej Rozmowie z Prezydentem, podczas której jako dziennikarka z Polski zadałam Aleksandrowi Łukaszence pytanie: „Co jest gotowy zrobić dla poprawienia relacji polsko-białoruskich?”.
Przy okazji mojego dziennikarskiego wyjazdu na Białoruś, Romaszewska opublikowała w mediach społecznościowych mój wizerunek podpisując: „regularnie opłacania moskiewska najmitka”. Rzuciła takie kłamliwe oskarżenia nie mając żadnego dowodu na poparcie swoich słów.
Kolejny przykład. Kilka miesięcy temu pojechałam do Iraku na Międzynarodowy Festiwal Imama Husajna w Karbalii. Zaprosiła mnie tam miejscowa organizacja szyicka. Wyjazd relacjonowałam w mediach społecznościowych. W efekcie, pewien popularny w Polsce dziennikarz publicznie zasugerował, że za moim wyjazdem do Iraku stoją… rosyjskie służby specjalne.
W takiej absurdalnej rzeczywistości przyszło mi żyć.
Piętnowanie nasiliło się po 24 lutego 2022 roku. Nigdy nie popierałam wojny na Ukrainie. Jednak wkrótce po rozpoczęciu tzw. „specjalnej operacji wojskowej” – zacytowałam w mediach społecznościowych wypowiedzi dwóch popularnych amerykańskich ekspertów: profesora Johna Mearsheimera, twórcy teorii realizmu ofensywnego oraz Douglasa Macgregora, emerytowanego pułkownika armii USA. Obaj Amerykanie wyraźnie wskazali, że za kryzys na Ukrainie w znacznym stopniu odpowiada ekspansja NATO na Wschód.
Zacytowanie tych konkretnych amerykańskich ekspertów, spowodowało, że spadła na mnie fala hejtu, a atakujący zarzucili mi, że… powtarzam propagandę Kremla.
Podobna nagonka spotyka każdego dziennikarza w Polsce, który obiektywnie pisze o Rosji.
Celem tych ataków jest odbieranie wiarygodności i stygmatyzowanie: «Oto straszny ruski agent».
W Polsce wielu ludzi boi się Rosji. A wystraszonymi ludźmi łatwiej jest sterować.
Jak pokonać rusofobię? Ufam, że jest pewne antidotum.
Znajdujemy się w Sankt Petersburgu. Chcę opowiedzieć o wielkim Rosjaninie i świętym męczenniku, który urodził się w tym pięknym mieście. Mam na myśli Mikołaja II Romanowa, ostatniego cara Rosji, który był także tytularnym królem Polski.
Niedawno zmarł wybitny rosyjski reżyser Gleb Anatoljewicz Panfiłow. Jego ostatnim dziełem był wstrząsający film o zmordowaniu rodziny carskiej przez bolszewików, pt. „Carska rodzina Romanowów”. W jednym z wywiadów Panfiłow powiedział:
«Jestem głęboko przekonany, że skrucha za rozstrzelanie rodziny królewskiej wśród Rosjan jeszcze nie nastąpiła. Piotr I odrąbałby im głowy, utopił ich we krwi i pozostał na tronie. A tu – inteligent, przyzwoity człowiek. On nie był do tego zdolny. I poświęcił siebie, swoją rodzinę… Dzieje się tak wtedy, gdy prawdy moralne wchodzą w konflikt z wymogami prawdziwego życia, okrutnymi i bezlitosnymi! I co robić w sytuacji Mikołaja II? Mówimy o polityce, a ona często wchodzi w konflikt z kategoriami moralnymi, chrześcijańskimi. Po abdykacji już zwykły polityk Mikołaj II stał się niedościgły pod względem moralnym. Stał się, z mojego punktu widzenia, wielki. A cała jego droga krzyżowa mówi o wielkości ducha. Tylko najwybitniejsi ludzie mają taką cierpliwość i taki stopień poświęcenia.»
Męczeńska śmierć Mikołaja II, to straszna katastrofa i punkt zwrotny w historii świata. Dlatego uważam, że przywrócenie jemu należytej czci jest kluczem do wszystkiego. Należy uświadamiać nasze narody, kim naprawdę był ostatni władca Rosji i jaką poniósł ofiarę.
Na koniec chciałabym przytoczyć fragmentem opisu zamieszczonego na jednym z kanałów aplikacji Telegram: «Mikołaj II ze względu na swoją pobożność i moralność, prostotę i skromność, pragnienie przestrzegania chrześcijańskich przykazań i rytuałów stał się obcy otaczającemu go zdeprawowanemu społeczeństwu, pogrążonemu w okultyzmie i masonerii.»
Gdyby Polacy znali prawdę o tym najbardziej niezrozumianym rosyjskim carze, to jestem przekonana, że wielu moich rodaków zaczęło by odchodzić od rusofobii.
Lider Konfederacji Sławomir Mentzen wielokrotnie zapowiadał, że jego ugrupowanie idzie do wyborów, by „wywrócić stolik”. Obiecanki cacanki, a głupiemu radość, więc nagrania z szumnymi deklaracjami zrobiły na TikToku zawrotną karierę. I na tym się skończyło. Nienaruszona „banda czworga” świetnie się trzyma.
PO, PSL, SLD, PiS i ich przystawki – zostały przy korycie. Starym zwyczajem zamieniają się rolami – teraz tamci znowu będą rządzić, a ugrupowanie Kaczyńskiego wraca do roli opozycji. Nic się nie zmieniło od czasów układu zawartego przy Okrągłym Stole, który poprzedziło chlanie wódy w Magdalence.
Na wybory nie poszłam, gdyż gardzę demokracją – ustrojem, gdzie głos dostaje niczego nieświadoma większość, która de facto o niczym nie decyduje. Przyznaję jednak, że beneficjenci tego ustroju mają co świętować. Frekwencja okazała się być rekordowo wysoka.
Dla myślącej mniejszości nic się nie zmienia. Nadal trzeba dzielić państwo ze stadem baranów, które w 2020 roku potulnie założyło maski, w 2021 roku bezrefleksyjnie przyjęło szprycę, w 2022 roku wywiesiło na profilówkach flagę Ukrainy, a w 2023 roku okazało solidarność z Izraelem.
Jako że wielu moich znajomych – a także część czytelników – pokładało nadzieję w Konfederacji, to o porażce tego ugrupowania nakreślę słów kilka.
Jeszcze niedawno sondaże wskazywały, że Konfederacja ma spore szanse zostać trzecią siłą w parlamencie, zgarniając kilkadziesiąt mandatów poselskich. Politycy tej partii otworzyli się na młodych i zdominowali media społecznościowe, gdzie lajkom nie było końca. Przez ostatnie cztery lata mieli całkiem dogodne warunki do budowania i poszerzania struktur. Podczas konferencji prasowych czy debat telewizyjnych liderzy Konfederacji wielokrotnie wykazywali się większą inteligencją i elokwencją, niż politycy pozostałych ugrupowań. Konwencje wyborcze organizowali w amerykańskim stylu – co w demokracji ma znaczenie.
Co zatem poszło nie tak, że ostatecznie ponieśli sromotną porażkę? Wbrew obiegowej opinii, nie wpłynęły na to niefortunne wypowiedzi o „zjadaniu psów” czy „kobietach jako części dobytku”.
Ostatnie miejsce Konfederacji w Sejmie to „efekt Mentzena” – zadufanego w sobie faceta, który zasłynął z tego, że jeździł po Polsce, by rozpijać młodzież, na czym wypromował sygnowane własnym nazwiskiem piwo, coby zyskać jeszcze więcej hajsu. W imprezach z browarem w tle często towarzyszył mu lalusiowaty Krzysztof Bosak. Przed laty zyskał on ogólnopolską sławę wywijając pośladkami w „Tańcu z gwiazdami”.
Do klęski ugrupowania, które rzekomo miało walczyć z systemem, przyczynił się miałki duet Mentzen-Bosak, który zepchnął z podestu wyrazistego Grzegorza Brauna i barwnego Janusza Korwin-Mikkego, bez których w ogóle nie powstałaby Konfederacja.
Jak Mentzenowi i Bosakowi udało się tego dokonać? Nie mam pojęcia. Wiem natomiast, że psychopatia jest bardzo pożądaną cechą w polityce. Być może w definicji tego zaburzenia osobowości kryje się odpowiedź.
Tłumaczenia, że „Braun i JKM są zbyt kontrowersyjni”, by pokazywać ich w mediach, to głupota. Przecież Konfederacja zyskała sympatyków właśnie dzięki charyzmatycznym i wyrazistym wypowiedziom Brauna i Korwina.
Znam wielu (byłych?) sympatyków Konfederacji, dzięki czemu jeszcze przed wyborami poznałam powody rozczarowania tym ugrupowaniem. Oto kluczowe w nich.
– Zdradzenie prawicowego elektoratu, na rzecz przypodobania się nijakiemu centrum.
– Wyciszanie Brauna ws. covidozy, który jako jedyny nie założył w Sejmie maski i bezkompromisowo walczył z sanitarnym zamordyzmem.
– Marginalizowanie Brauna i JKM za ich racjonalne wypowiedzi w kwestii polityki wschodniej. Zamiast tego promowanie bełkotu Mentzena i Bosaka o potrzebie wspierania banerowskiej Ukrainy.
– Niedocenianie pracowitych i oddanych „dołów” partii.
– Wypełnianie list wyborczych kolesiami i systemowcami.
– Przyznanie „jedynki” Przemysławowi Wiplerowi, który zasłynął z tego, że – będąc posłem z listy PiS – pijany awanturował przed nocnym klubem i wdał w bójkę z policjantami.
– Schowanie Brauna, mimo iż ma najwięcej sympatyków (a może właśnie dlatego?).
– Wycinanie z list wyborczych niezależnych kandydatów, którzy cieszą się popularnością w internecie, ale nie podobają się mainstreamowi.
– Wywindowanie na „twarz Konfederacji” Sławomira Mentzena, który na fejsbukach i tiktokach robił furorę prowadząc monolog. Problem w tym, że gwiazdor social mediów wraz z rosnącymi słupkami Konfederacji, zaczął prezentować coraz większą butę i pychę. Szczytowym popisem chamstwa była niebywała arogancja, podczas konfrontacji z politycznym przeciwnikiem Ryszardem Petru. Oglądając w internecie nagranie z tego starcia w Poznaniu, przecierałam oczy ze zdumienia. Oto bowiem, na proste pytanie z dziedziny ekonomii, Mentzen nie potrafił udzielić sensownej odpowiedzi, a dopytywany o konkrety, wydarł się na Petru słowami:
«Masz pitbulla, który wygląda jak jamnik, gibasz się jak lewicowy rezus, zachwycasz się panem Kunta Kinte, marnujesz mojemu kumplowi ścieżkę najlepszego proszku, a na koniec chcesz ubić ze mną interes. Po tym, co tu zobaczyłem, nie chcę ubić z panem nawet muchy w kiblu» (cyt. z filmu „Chłopaki nie płaczą”).
Grubiańskiemu popisowi Mentzena towarzyszył aplauz i ryki rozwydrzonego tłumu, prawdopodobnie uchlanego piwskiem.
– I wreszcie, strasznym błędem – w oczach świadomych tego typu symboliki chrześcijan – było zwieńczenie konwencji wyborczej Konfederacji dźwiękami piosenki AC/DC pt. „Autostrada do piekła”, której słowa brzmią:
«Łatwe życie, wolna miłość, sezonowy bilet na przejażdżkę w jedną stronę. Nie chce niczego. Pozwólcie mi być. Biorąc wszystko bez wysiłku, nie potrzebuję powodu, nie potrzebuję rymu. Na nic bym tego nie zamienił idąc na dno. Czas zabawy. Moi przyjaciele też tam będą. Jestem na autostradzie do piekła, na autostradzie do piekła, autostradzie do piekła. Jestem na autostradzie do piekła. Żadnych znaków „stop” ani limitów prędkości. Nikt mnie nie zatrzyma. Jak koło to rozkręcę. Nikt mnie nie wyprowadzi z równowagi. Hej Szatanie, spłaciłem swoje długi grając w zespole rockowym. Hej Mamuśka, popatrz na mnie. Jestem na mojej drodze do Ziemi Obiecanej».
Cóż pozostaje dodać. Dla Brauna i Korwina – zadeklarowanych monarchistów – to zapewne cenna życiowa lekcja. Tak właśnie wygląda alians z d***kracją.
Czytam w mediach taki oto newsik: „SZOKUJĄCE słowa Samueli Torkowskiej, która ODMÓWIŁA odpowiedzi na pytanie kto powinien wygrać wojnę rosyjsko-ukraińską!”.
Przyznam, że też jestem zszokowany, lecz nie odmową odpowiedzi ze strony kandydatki Konfederacji, lecz z powodu idiotyzmu tego pytania.
Kto powinien wygrać wojnę? – pytanie jest tak sformułowane, że polityk (a kandydując Samuela Torkowska tym samym stała się politykiem) nie może na nie odpowiedzieć, gdyż jest to pytanie z innego świata. Podobnie jest w przypadku politologa. Kategoria „powinien” pochodzi z filozofii Immanuela Kanta i z jego rozróżnienia pomiędzy tym, jaki świat jest (niem. Sein) a jaki być powinien (niem. Sollen) i kryła się za tym rozróżnieniem chęć likwidacji świata takim jakim on rzeczywiście jest, aby zastąpić go w przyszłości światem takim, jakim on powinien być.
Kant i jego uczniowie nigdy nie zrozumieli, że świat zawsze był, jest i będzie taki sam, ponieważ kierują polityką ludzie, którzy zawsze byli, są i będą tacy sami. Pytanie „kto powinien wygrać wojnę?” od biedy zadać można byłoby także scholastykom i neoscholastykom pracującym nad problemem wojny sprawiedliwej, o ile założymy, że wojnę powinien wygrać ten, kto prowadzi ją w słusznej sprawie (łac. justa causa).
Jednak polityka międzynarodowa nie funkcjonuje wedle kategorii „powinien wygrać”, lecz wedle kategorii „wygra lub przegra”. Dlatego poprawnie sformułowane i posiadające jakikolwiek wymiar praktyczny pytanie do Samueli Torkowskiej powinno brzmieć: „Kto Pani zdaniem wygra wojnę rosyjsko-ukraińską?”. Można także sformułować je jeszcze inaczej: „Pani zdaniem lepiej dla Polski byłoby, aby wojnę wygrała Ukraina czy Rosja?”. Albo jeszcze inaczej: „Czy Polska ma interes w dalszym popieraniu Ukrainy?”. To byłyby pytania adekwatne do polityka, a nie do oderwanego od realiów kantysty, który funkcjonuje w kategoriach „powinien”.
Polski problem od całych dziesięcioleci, albo i kilku stuleci, polega właśnie na tym, że nie myślimy w kategoriach jak jest (Sein), lecz jak być powinno (Sollen). Prawdę mówiąc uważam, że źródło tego błędu tkwi bardzo głęboko w naszej historii i wiąże się z naszym niedorozwojem ustrojowym jeszcze z epoki Rzeczypospolitej Szlacheckiej, gdy nasi przodkowie nie zbudowali silnej władzy monarchicznej, która kierowałaby się w polityce międzynarodowej kategorią racji stanu. Nie powstała w Polsce szkoła myślenia o polityce w kategoriach racji stanu, własnego interesu, etc. W to miejsce mieliśmy demokrację szlachecką z masami politycznie ignoranckiej szlachty, która nie rozumiała polityki międzynarodowej i którą magnaci i agenci obcych dworów szprycowali kategorią moralną „co jest słuszne, co niesłuszne, sprawiedliwe i niesprawiedliwe”.
Oczywiście, ci, który te idee popularyzowali swoje własne interesy ubierali w futerka sprawiedliwości i dobra, a interesy im przeciwne przedstawiali jako złe i niesprawiedliwe. I to nam zostało. Stało się trwałym i antypolitycznym dziedzictwem Rzeczypospolitej Szlacheckiej, wzmocnionym następnie tradycją insurekcyjną, która nigdy nie funkcjonowała w kategorii interesów narodowych, lecz „moralnego oburzenia”. I Polacy ciągle się na coś w polityce światowej „moralnie oburzają”, przy czym nie widzą, że ich oburzenia są skrajnie wybiórcze, skoro „oburzają się” na rosyjski atak na Ukrainę, a nie „oburzali się” na przykład na agresję NATO na Serbię. Działo się tak dlatego, że to media dyktują moralizatorskiej polskiej opinii publicznej na co należy się oburzać, a na co nie należy. Stąd to pytanie, od którego zacząłem ten tekst, a mianowicie „kto powinien wygrać wojnę?” – pytanie, które dla osoby myślącej w kategoriach racji stanu jest kompletnie bez sensu.
Weźmy taki przykład. Wyobraźmy sobie, że na mundialu polska reprezentacja trafiła do jednej grupy eliminacyjnej z Francją, Izraelem i Zimbabwe. Każdy kto mnie zna wie, że kulturowo jestem skrajnym frankofilem, a francuską filozofię i literaturę polityczną znam zdecydowanie lepiej niż polską. Równocześnie jestem antysyjonistą i nie darzę Państwa Izraela specjalną sympatią. Pierwszy mecz w grupie rozegrać zaś mają Francja i Izrael. Komu powinienem kibicować jako Polak? Jakkolwiek jako frankofil czuję, że moje serduszko bije dla Francji, to rozpoczynam rachunki futbolowe: bezsprzecznie najsilniejszym zespołem w grupie jest Francja, będąca absolutnym faworytem, aby wyjść z grupy z pierwszego miejsca. Izrael i Zimbabwe to drużyny słabsze od polskiej. Jeśli więc Polacy mieliby wyjść z pierwszego miejsca w grupie, to należy kibicować komu? Francji i czy Izraelowi? Oczywiście jesteśmy zainteresowani, aby Izrael wygrał ten mecz, aby choć zremisował, aby chociaż urwał jeden punkt, albo choć jedną bramkę!
Jednak nie umiemy tych samych kategorii przenieść do stosunków międzynarodowych i zacząć liczyć czyje zwycięstwo się nam opłaca, a czyje nie. Nie umiemy odróżnić naszych prywatnych sympatii do poszczególnych narodów i państw od realnych interesów politycznych. Jestem skrajnym kulturowym frankofilem, ale absolutnie nie życzę sobie zwycięstwa francuskiej polityki zagranicznej, która chce doprowadzić do federalizacji Unii Europejskiej.
Wiem, że to dziś niepopularne, ale zawsze byłem także rusofilem, a jednak wcale nie chciałbym, aby na przykład Rosja dokonała aneksji Ukrainy i Białorusi, co spowodowałoby, że bylibyśmy kolejnym i naturalnym celem dalszej ekspansji rosyjskiej. Po prostu sympatie prywatne do konkretnych narodów i państw muszą zostać schowane do szuflady, gdy rozpatrujemy stosunki międzynarodowe i rację stanu. Sympatie są namiętnościami, które zakrywają nam rację stanu, a racja – jak mówi sama nazwa (od łac. ratio) – to rozum! Stąd też całkowicie uprawnione byłoby pytanie „Pani zdaniem dla Polski lepiej byłoby, aby wojnę wygrała Rosja czy Ukraina?” – szczególnie, że już wiemy, iż Ukraina pozycjonuje się jako sojusznik Berlina przeciwko Warszawie, czyli i z Rosją i Ukrainą będziemy mieć złe stosunki.
Kościół staje się instytucją, która sama w swoich strukturach wprowadza chaos, a więc nie może być punktem odniesienia, wzorcem stabilności dla chaosu i anarchii w świecie świeckim.
Carl Schmitt w eseju pt. „Rzymski katolicyzm a forma polityczna” pisał, że jeżeli upada wszelka zasada autorytetu w świecie, jeśli upadają monarchie, jeśli upadają tradycyjne elity, to przynajmniej pozostaje ta latarnia na horyzoncie, jaką jest Kościół – jedyna instytucja, która wie na czym polega prawdziwa idea reprezentacji, to znaczy, że reprezentacja jest „z góry”, a nie „z dołu”; że władza zarówno duchowa, jak i polityczna, reprezentuje Boga wobec ludzi, a nie lud etc. Od kiedy mamy jednak anarchistę na Stolicy Piotrowej, bo tak trzeba nazwać tego człowieka, to nie ma nawet pół punktu odniesienia, nie ma się na czym oprzeć, nie ma żadnej ściany, która mogłaby zatrzymać nacierających orków –mówi w rozmowie z PCh24.pl prof. Jacek Bartyzel, autor książki „Demokracja” (PROHIBITA, 2023).
Jestem po lekturze książki Pana profesora pt. „Demokracja”, która ukazała się nakładem wydawnictwa PROHIBITA. Jak to jest, panie profesorze: w Polsce Tusk i jego przystawki szli do wyborów z hasłem „obrony demokracji”. Takie samo hasło mają Macron we Francji, Sánchez w Hiszpanii, Scholz w Niemczech, Biden w USA i wielu innych liderów politycznych na Zachodzie. Czego tak naprawdę chcą oni bronić? Czymże naprawdę jest „demokracja”?
To bardzo ciekawa kwestia. Wszystkie postacie, które Pan wymienił, ich ugrupowania i hasła, jeśli się im przyjrzymy, to w klasycznym rozumieniu demokracji, a przez klasyczną demokrację rozumiem przede wszystkim demokrację ateńską, powinny zostać uznane za antydemokratyczne i pro-oligarchiczne. Taki sam wniosek można wyciągnąć odwołując się do poglądów Jana Jakuba Rousseau – ojca demokracji nowożytnej.
Przykład: dotychczasowa opozycja w Polsce twierdziła, że broni niezawisłości sądów, zwłaszcza Trybunału Konstytucyjnego. Nawet jeśli przyjęlibyśmy za dobrą monetę, że im naprawdę chodzi o praworządność, to przecież taka instytucja jak Trybunał Konstytucyjny nie jest demokratyczna, tylko elitarna, jest z natury arystokratyczna. Członkowie Trybunału Konstytucyjnego są mianowani, a nie wybierani; muszą spełniać określone kryteria, np. muszą być prawnikami etc. To nie jest więc instytucja dla wszystkich, więc z punktu widzenia demokracji, która jest rządem liczby i równością polityczną, takie instytucje zawsze były powoływane do tego, żeby stawiać tamę roszczeniom demokracji, żeby powściągać demokrację, żeby powściągać zakusy suwerennego ludu do wszechwładzy. Nie przypadkiem wódz demokracji w „Nie-Boskiej komedii” Krasińskiego nosi imię Pankracy, a więc „Wszechwładny”.
To pomieszanie wynika oczywiście z tego, że to, co się współcześnie uważa za demokrację w świecie, którego jesteśmy częścią, tak naprawdę jest mieszaniną pewnych idei demokratycznych i idei liberalnych, czyli to jest tzw. demokracja liberalna. W tej mieszaninie występują co i rusz jakieś tarcia pomiędzy pierwiastkiem demokratycznym a pierwiastkiem liberalnym. Trybunał Konstytucyjny to tylko jeden z przykładów tego tarcia.
W dodatku dzisiaj problem jeszcze jest taki, że współczesna ideologia liberalna przeszła na bardzo radykalne pozycje ekstremalnego permisywizmu moralnego. W ideologii liberalnej niemal zawsze był czynnik obrony mniejszości, czy praw mniejszości. Dzisiaj mamy do czynienia z bardzo specyficznymi mniejszościami, przede wszystkim tzw. mniejszościami seksualnymi. W związku z tym obecnie tym, co jest szczególnie eksponowane i w propagandzie, i w polityce ruchów liberalnych jest właśnie forsowanie postulatów, które mają realizować życzenia tych mniejszości.
W swojej książce pt. „Demokracja” kilkukrotnie przywołuje Pan hasło, które jest „świętym Graalem” współczesnych wyznawców „władzy ludu”, a brzmi ono: demokracja to rządy większości z poszanowaniem praw mniejszości. Wiele osób wieszczy schyłek demokracji liberalnej. Ja złośliwie odpowiadam: mamy do czynienia z triumfem demokracji liberalnej, co pokazuje na przykład sprawa reformy emerytalnej we Francji. Popierało ją w porywach 5 proc. obywateli. Politycy ją przeprowadzili pod hasłem m. in. „trzeba szanować prawa i wolę mniejszości”.
To ma swoje dwojakie oblicze. Z jednej strony trzeba przypomnieć, co jest tym, co zasadniczo charakteryzuje zarówno demokrację, jak i liberalizm, i co powoduje antagonizm. Sednem demokracji jest zasada rządów większości i suwerenności ludu. Jak mówił Rousseau: tej suwerenności nie można stawiać żadnych granic, ponieważ byłoby to naruszenie zasady, że lud może wszystko. Ta suwerenność w praktyce przekłada się na suwerenność konkretnego ludu czy narodu. Natomiast liberalizm wychodzi z zupełnie innego podstawowego założenia, mianowicie: dla liberałów istnieje pewna abstrakcyjna jednostka – człowiek, która jest według liberałów wyposażona w pewne naturalne i niezbywalne prawa. Ta autonomiczna jednostka jest kimś zupełnie innym niż lud czy naród w demokracji. To tarcie wynika z tego, że próbuje się wolę suwerenną narodu ograniczyć przez wskazanie domniemanych praw autonomicznej jednostki.
Bardzo dobrym przykładem jest sprawa imigracji: z punktu widzenia interesów danego narodu niekontrolowana imigracja jest ogromnym zagrożeniem dla społeczeństwa, ale dla dogmatycznego liberała to jest kwestia autonomicznej jednostki, której wszystko jedno czy ktoś jest Polakiem, czy Syryjczykiem, który chce się tutaj dostać, czy przynajmniej przetransferować. Ta abstrakcyjna jednostka jest stawiana w centrum na jakimś piedestale.
I teraz na pytanie, które Pan stawia, czy demokracja liberalna triumfuje, czy nie, odpowiedź jest złożona. Z jednej strony ideologia, która stoi u podstaw demoliberalizmu, u podstaw demokracji liberalnej triumfuje na poziomie polityki większości państw, jak i przede wszystkim Unii Europejskiej, która zyskuje coraz większą władzę nad państwami członkowskimi. Można by językiem Marksa powiedzieć, że demokracja liberalna to „ideologia panująca klasy panującej” w Europie. Z drugiej jednak strony widzimy pewien opór. Pojawia się on w postaci ruchów, które władze unijne traktują jako zagrożenie i starają się im zapobiec. Te ruchy wpisują się w koncepcję demokracji nieliberalnej, którą ogłosił jako pierwszy z liczących się polityków premier Węgier Víktor Orbán.
Widzimy, że te ruchy wpisujące się w demokrację nieliberalną czasami dochodzą do władzy, bądź zyskują coraz większe poparcie w takich krajach, jak Niemcy, Francja czy Hiszpania. Przyszłość rysuje się więc ciekawie, bo pojawia się pytanie, która tendencja zwycięży? Czy walec unijny zdoła to powstrzymać, czy może raczej oddolny ruch będący w pewnym sensie powrotem do korzeni demokracji zdoła się umocnić i jednak odwrócić bieg historii?
Która koncepcja ostatecznie zatriumfuje, zdaniem pana profesora?
Najtrudniej jest prorokować… Moim zdaniem w najbliższych latach będziemy świadkami coraz bardziej pogłębiającej się sprzeczności. To właściwie taka trochę wojna pozycyjna: na jednych odcinkach frontu się przegrywa, a na innych wygrywa. W Polsce, jeśli uznamy, że PiS było reprezentantem demokracji nieliberalnej, to ta koncepcja właśnie przegrała, a wygrała frakcja, która jest zgodna z ideologią narzucaną z Brukseli. Z kolei na Węgrzech Orbán trzyma się mocno…
Najbliższe lata będą zapewne tak wyglądały, że w różnych krajach, czyli na różnych odcinkach tego frontu będzie to kształtowało się różnie. Ostatecznie jednak mam nadzieję, że zwycięży normalność, że to szaleństwo, które forsuje zdominowana przez liberalnych radykałów Unia na dwóch odcinkach – zmieniania natury ludzkiej i promowania wszelkich dewiacji oraz nieograniczonej imigracji – w końcu zostanie zatrzymane i pokonane przez siły oporu. Mam nadzieję, że narody europejskie w końcu zbuntują się przeciwko temu szaleństwu. Ale jeśli się nie zbuntują, to będzie to oznaczać, że umarły duchowo, czego niestety też nie możemy wykluczyć.
Miało być tak pięknie, panie profesorze. Francis Fukuyama ogłosił „koniec historii”. Demokracja liberalna zaorała wszystkie inne ustroje – komunizm, monarchię, tyranię etc. Dlaczego w związku z tym jest tak źle?
Nad Fukuyamą nie ma potrzeby się nadal znęcać, ponieważ po latach przyznał się on do pomyłki. Przede wszystkim jednak ogłaszając „koniec historii” nie zauważył on islamu, jako nowego wroga demoliberalizmu.
Jednakowoż to, że mamy nadzieję, iż demoliberalizmu upadnie, nie oznacza, że z miejsca zostaną rozwiązane wszystkie problemy, dlatego że nurt „czysto” demokratyczny też ma swoje wady i niesie różne zagrożenia. Nie chcemy przecież tego, żeby lud posiadał nieograniczoną władzę i robił to, co chce.
Prawdziwie tradycjonalistyczne środowiska są dzisiaj na zupełnym marginesie, więc żeby nastąpiła prawdziwa reakcja o charakterze kontrrewolucyjnym, a nie tylko buntu mas przeciwko panującej oligarchii, to na razie nie widać nic dobrego na horyzoncie.
Czy biorąc to wszystko pod uwagę pan profesor, jako monarchista, nadal wierzy w restaurację monarchii?
To zależy w jakiej perspektywie na to patrzeć. Konserwatyści myśląc w perspektywie dziesiątek czy nawet setek lat wiedzą, że zawsze jest to możliwe. Natomiast w dającej się przewidzieć aktualnej sytuacji nie ma na to żadnej szansy. Przede wszystkim, żeby powróciła tradycyjna, katolicka monarchia musi powrócić i zostać wdrożona maksyma „nie ma króla bez biskupa”. Najpierw więc musimy przezwyciężyć straszny kryzys w Kościele, a niestety on się dramatycznie pogłębia…
No właśnie… Kościół staje się obecnie jedną z najbardziej demoliberalnych instytucji na świecie…
Powiem więcej: Kościół staje się instytucją, która sama w swoich strukturach wprowadza chaos, a więc nie może być punktem odniesienia, wzorcem stabilności dla chaosu i anarchii w świecie świeckim. Carl Schmitt w eseju pt. „Rzymski katolicyzm a forma polityczna” pisał, że jeżeli upada wszelka zasada autorytetu w świecie, jeśli upadają monarchie, jeśli upadają tradycyjne elity, to przynajmniej pozostaje ta latarnia na horyzoncie, jaką jest Kościół – jedyna instytucja, która wie na czym polega prawdziwa idea reprezentacji, to znaczy, że reprezentacja jest „z góry”, a nie „z dołu”; że władza zarówno duchowa, jak i polityczna, reprezentuje Boga wobec ludzi, a nie lud etc.
Od kiedy mamy jednak anarchistę na Stolicy Piotrowej, bo tak trzeba nazwać tego człowieka, to nie ma nawet pół punktu odniesienia, nie ma się na czym oprzeć, nie ma żadnej ściany, która mogłaby zatrzymać nacierających orków.
Sugeruje pan profesor, że za niedługo hierarchia sama będzie się domagała tzw. rozdziału państwa od Kościoła?
Ależ to już dawno się stało. Przecież po II Soborze Watykańskim dyplomacja watykańska zażądała zarówno od frankistowskiej Hiszpanii, jak i od Irlandii czy krajów Ameryki Romańskiej, w których istniały jeszcze państwa katolickie, rewizji konkordatów właśnie w duchu odebrania katolicyzmowi pozycji religii uprzywilejowanej.
U nas w Polsce jest to jeden z kluczowych punktów nowej koalicji rządzącej…
Nawet obowiązujący konkordat nie stoi na gruncie państwa katolickiego. Nie mówi on o rozdziale, bo tego pojęcia tam nie ma. Nie jest to jednak konkordat państwa katolickiego ze Stolicą Apostolską. To jest konkordat państwa indyferentnego religijnie.